Od Soreya CD Mikleo

piątek, 27 lutego 2026

|
 Obudziłem się... sam nie wiem, kiedy, ale jakoś tak dziwnie było. Otworzyłem oczy i okazało się, że byłem sam. Gdzie był mój Miki? Wyciągnąłem rękę i położyłem ją na materacu, który był chłodny. Czyli spałem sam przez dłuższy czas... a mieliśmy spać razem. Obiecał, że będziemy leżeć razem... dopiero po chwili do moich nozdrzy dotarł przyjemny zapach. To były podsmażane warzywa...? Chyba wyczuwałem paprykę, i cebulę. Więc dlatego go tu nie ma. Chciał mi coś przygotować. Niepotrzebnie, powinniśmy trochę się oszczędzać, a ja ten dzień jakoś bym przetrwał. Muszę jak najbardziej zminimalizować ilość jedzenia, jakie teraz spożywam. Wiem, że mam już pracę, w teorii, ale przecież do wypłaty jeszcze daleko. Zresztą, ta wypłata może mi się przydać później. Albo w ogóle jej nie zobaczę, bo nas wyrzucą. Jesteśmy w takiej głupiej, niepewnej sytuacji, a to wszystko przez to, że go kocham, że chcę z nim być, a oni tego nie akceptują. Niby się już z tym spotykałem w akademii, ale nie było to aż tak piętnowane. Nie każdemu się to podobało, owszem, ale nie miałem z tego powodu większych problemów. A tu? To wszystko przez mojego tatę. On widzi w tym coś złego, czego nie rozumiem. Nie krzywdzę jego, ani nikogo innego. Nie robię nic wbrew Mikleo, on kocha mnie, ja kocham jego. Darzymy siebie uczuciem szczerym, pięknym, czego brakuje w niejednym związku. A on twierdzi, że to coś złego, bo oboje jesteśmy facetami. 
Powoli podniosłem się do siadu, przeczesując dłonią swoje już i tak potargane włosy. Zdecydowanie najwyższa pora, by wstać. I może pomóc Mikleo. Co prawda, jestem taki raczej beznadziejny w gotowaniu, ale coś tam może będę w stanie zrobić. Coś pokroić w nieregularne kształty, pomieszać coś. Do takich prostych robótek się raczej nadaję. Wygładziłem swoją koszulę i cicho ruszyłem w stronę kuchni. Mikleo stał przy ogniu, coś mieszając i dolewając do garnka. A to było ciekawe... co on takiego tam przygotowywał? Podszedłem do niego i przytuliłem się do jego pleców. Wyczułem, jak delikatnie drgnął, ale był raczej zaskoczony tym, że wstałem. 
- Nie było cię, jak się obudziłem – mruknąłem z żalem, wtulając nos w jego włosy. Zawsze tak słodziutko pachniał, tak ciepło, tak domowo... taka wanilia, migdały, i coś jeszcze, jakieś wypieki? Nie wiem, co tam w sobie miał, ale to połączenie było niesamowite. 
- Chciałem ci przygotować obiad. Minęło trochę czasu, nim ostatni raz coś jadłeś. A skoro wracasz do pracy jako kowal, musisz mieć dużo siły – powiedział, mieszając cierpliwie ryż  z warzywami. Teraz dostrzegłem, że dolewał do niego... bulion? Ciekawe. 
- A co takiego robisz na obiad? - spytałem, wsuwając dłonie po jego koszulkę. Jego skóra była taka chłodna, i mięciutka... to było takie przyjemne uczucie, kiedy drażniłem ją swoimi rozgrzanymi dłońmi. Coś takiego zupełnie innego. Niespotykanego. Bardzo mi si się to podobało. 
- Risotto. Na bulionie warzywnym – odpowiedział, a jego głos lekko się załamał. 
- Co to w ogóle jest? Nigdy czegoś takiego nie jadłem. Skąd ty bierzesz pomysły na takie dania? - spytałem, będąc pod wielkim wrażeniem. Skąd on to wszystko bierze...? Jest naprawdę niesamowity. 

<Owieczko? C:>

Od Daisuke CD Haru

|
 No tak, najlepiej od razu narzekać, a nie spróbować. Takie rzeczy można mówić dopiero, jak podjęło się walkę, a on się z niej całkowicie wycofał. Ma jednak mnie. Ja nie pozwolę mu tak łatwo się wycofać. Jak sytuacja tego ode mnie będzie wymagać, będę go popychał do przodu. Nie poddam się w jego przypadku. W końcu, kocham go. On nie poddał się w moim, to i ja będę walczył o niego. Widziałem progres w jego zachowaniu, postrzeganiu siebie. Już prawie nie ma tego duszącego poczucia winy, jakie mu towarzyszyło, kiedy pierwszy raz przekroczył próg naszego pokoju. Prawie. Chciałbym, by przestał siebie winić za coś, na co nie miał wpływu. Wierzyłem, że jest to możliwe, tylko czegoś mu brakuje. Może musi do tego dojrzeć. Albo potrzebuje więcej zrozumienia. Czasu. Czegokolwiek mu nie brakuje, będę przy nim, będę go wspierał, i dopingował w każdej jego decyzji. On, w przeciwieństwie do mnie, ma jakieś plany i marzenia. A ja chcę tylko wyrwać się spod wpływu babki. Wtedy będę mógł się zastanowić, co dalej. 
- Tak łatwo się nie wywiniesz. Najpierw spróbujesz, a później mi takie kity będziesz wciskał. Raz dziennie mieszanka ziół, twoja babcia na pewno coś takiego ma, zaraz się tego dowiem. I urozmaicić twoją dietę. Na pewno więcej ryb, orzechów, pomidorów i jajek. I czegoś jeszcze... dowiem się, i będę ci pomagał jakoś wprowadzać te produkty to naszej diety – mówiłem, już sobie wszystko w głowie układając. Co to było... gdybym miał przy sobie HEUSC, od razu nie dość, że wszystko bym wiedział, to miałbym nawet jakiś dla niego jadłospis, który uwzględniłby wszystko, co najważniejsze. 
- Naszej? - spytał, przenosząc swój wzrok na mnie. 
- Naszej. Dwa inne obiady chciałoby ci się robić? Poza tym uznaj to jako moje małe wsparcie w twojej drodze do poprawienia się i eliminacji swoich złych cech – odpowiedziałem, uśmiechając się delikatnie. Jeśli potrzebuje zachęcenia, inspiracji, czemu by nie spróbować? A mi taka dieta też nie zaszkodzi. 
- Daisuke ma rację. Powinieneś zacząć o siebie dbać, i o swoją pamięć. Jesteś taki młody, a twoja pamięć jest okropna. Jak u staruszka – usłyszałem pełen zachęty głos jego babci. - Proszę, skarbie. Tak jak prosiłeś, lunaria z żurawiną. Poczekaj chwilę, by się zaparzyła. 
Skarbie... tego się nie spodziewałem. To skarbie było takie ciepłe, i miłe. Haru też tak do mnie mówił, ale oczywiście w jego ustach to określenie miało zupełnie inne znaczenie. Moja babcia ani razu chyba nie odezwała się do mnie w ten sposób. Zawsze był chłód, krótkie polecenia, nagany, nigdy pochwały. Przyjemna odmiana. Będę za tym ciepłem bardzo tęsknił, kiedy na święta wrócę do rezydencji. 
- Dziękuję pani bardzo – uśmiechnąłem się do niej z wdzięcznością. - Nie wiem, jak ja się pani odwdzięczę za pani dobroć – dodałem zgodnie z prawdą. Ta kobieta była dla mnie tak dobra... to było aż dziwne. Nienaturalne. I strasznie miłe. Nie licząc Haru nie pamiętam, kiedy ostatni raz okazał mi taką dobroć, a przecież nie byłem jakoś bardzo stary. 

<Wilczku? C:>

Od Mikleo CD Soreya

czwartek, 26 lutego 2026

|
To był naprawdę dobry pomysł, żebyśmy obaj się położyli. Sorey choć na chwilę zapomni o problemach, a ja, wtulony w jego ciepłe, bezpieczne ciało, przestanę myśleć o codzienności. Przy nim wszystko wydawało się prostsze, lżejsze… jakby świat na moment przestawał istnieć, zostawiając tylko nas.
- Bardzo chętnie położę się obok ciebie - Wyszeptałem cicho, muskając jego policzek delikatnym pocałunkiem. Powoli podniosłem się z jego kolan, przeciągając leniwie i czując przyjemne rozluźnienie w mięśniach. - Idziemy? - Zapytałem, wyciągając do niego dłoń.
Sorey uchwycił ją bez wahania, a jego łagodny uśmiech sprawił, że moje serce zabiło szybciej. Pozwolił mi poprowadzić się w stronę łóżka, splatając nasze palce tak naturalnie, jakby były stworzone właśnie po to, by do siebie pasować.
Położyliśmy się obok siebie, niemal natychmiast odnajdując znajomą pozycję, jakby nasze ciała znały ją na pamięć. Wtuliłem się w niego mocniej, czując bijące od niego ciepło i spokojny rytm oddechu. Wiedziałem, że musi odpocząć, że potrzebuje regeneracji i chwili wytchnienia. A ja… ja po prostu chciałem być blisko. Schować się w jego ramionach, poczuć jego zapach, wsłuchać się w ciszę, którą wypełniała tylko nasza obecność.
Potrzebowałem go bardziej, niż potrafiłem ubrać w słowa. I wiedziałem, że on potrzebował mnie tak samo. Właśnie dlatego wciąż byliśmy razem, bo w tym całym chaosie świata byliśmy dla siebie bezpieczną przystanią. Kochaliśmy się i nie wyobrażaliśmy sobie życia osobno.
Gdy Sorey zasnął, jego oddech stał się głębszy i bardziej równy. Przysunąłem się jeszcze bliżej, wsłuchując się w spokojne bicie jego serca. Ten dźwięk działał na mnie kojąco, jak najpiękniejsza melodia. Zamknąłem oczy, pozwalając, by jego ramiona objęły mnie mocniej, nawet przez sen. W tej chwili nie potrzebowałem niczego więcej. Tylko jego. I świadomości, że jesteśmy tu razem.

Obudziłem się pierwszy, jak zwykle. Przez krótką chwilę leżałem nieruchomo, wsłuchując się w spokojny oddech Soreya i czując ciepło, które wciąż po nim zostało na poduszce. Ostrożnie uniosłem się z łóżka, starając się nie poruszyć materaca zbyt gwałtownie. Nie miałem serca go budzić, wyglądał tak spokojnie, jakby w końcu odnalazł chwilę prawdziwego wytchnienia.
Poruszałem się po pomieszczeniu niemal bezszelestnie, każdy krok stawiając z uwagą. Zerkałem na niego co chwilę, upewniając się, że nadal śpi. Miękkie światło delikatnie opadało na jego twarz, podkreślając łagodność rysów, które tak dobrze znałem.
Postanowiłem przygotować obiad. Wiedziałem, że kiedy się obudzi, będzie głodny, w końcu od rana nic nie jadł. A przecież musi o siebie dbać. Myśl o tym wywołała na mojej twarzy lekki uśmiech. Jeśli sam czasem o tym zapominał, ja byłem od tego, żeby mu przypominać. Zrobiłbym wszystko, by miał siłę, by był zdrowy… by mógł się uśmiechać.
Krzątałem się cicho, krojąc składniki i mieszając w garnku, a zapach powoli wypełniał pomieszczenie. Było w tym coś kojącego, ta zwyczajność, ta troska ukryta w najprostszych gestach. Gotowanie dla niego nie było obowiązkiem. Było czymś znacznie więcej. Było moim sposobem na okazanie miłości.
Od czasu do czasu zatrzymywałem się na chwilę, nasłuchując, czy się nie obudził. Część mnie chciała, żeby jeszcze spał i odpoczywał, a druga tęskniła już za jego spojrzeniem i ciepłem jego ramion, których tak potrzebowałem.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
W sumie taka herbatka nie byłaby wcale złym pomysłem. Jeśli naprawdę miałaby pomóc mi zapamiętywać to i owo, to czemu miałbym z niej nie skorzystać? Chyba złapałbym się wszystkiego, co choć odrobinę mogłoby sprawić, że zacznę myśleć szybciej, składniej… i że w mojej głowie zostanie coś więcej niż tylko urywki myśli. Cieszyłbym się z czegokolwiek, co pozwoliłoby mi zapamiętywać więcej niż dotychczas, jakby ktoś w końcu przekręcił odpowiedni klucz w zardzewiałym zamku.
- Wybacz - Westchnąłem z przesadną powagą, choć w kącikach ust czaił się uśmiech. - Mogłeś poszukać sobie partnera z wyższym ilorazem inteligencji. Wybierając mnie, skazałeś się na kogoś, kto jest głupszy, niż ustawa przewiduje. - Uśmiechnąłem się do niego głupkowato, celowo robiąc minę niewiniątka. Trochę dla żartu, a trochę po to, by ukryć, że w tych słowach było jednak ziarenko prawdziwej niepewności.
- Jesteś bardzo mądry. Tylko udajesz głupka - Odpowiedział spokojnie, patrząc na mnie tak, jakby widział więcej, niż chciałbym pokazać. - I niestety muszę przyznać, że wychodzi ci to wyjątkowo dobrze. - Nie pierwszy raz to słyszałem. Te słowa padały z jego ust już wcześniej, w różnych momentach, żartem, półżartem, a czasem całkiem serio. I za każdym razem reagowałem podobnie. Wzruszeniem ramion, śmiechem, kolejną ironią. On uparcie wierzył, że nadaję się do rzeczy, w które ja sam nie potrafiłem uwierzyć. Jakby nie dopuszczał do siebie myśli, że mogę mieć rację co do własnych ograniczeń.
A może po prostu widział we mnie coś, czego ja w sobie jeszcze nie umiałem dostrzec?
Zastanowiłem się przez chwilę, czy w ogóle jest sens komentować to, co powiedział. Ja powiem swoje, on powie swoje i na tym się skończy. I tak żadne z nas nie zmieni zdania. Nie chciałem kłócić się o coś, co dla mnie było zwyczajną głupotą. Ja uważałem jedno, on drugie i tyle z tego wynikało.
Westchnąłem cicho, po czym przyciągnąłem go do siebie i objąłem, jakby ten gest mógł zakończyć temat lepiej niż jakiekolwiek słowa. Złożyłem delikatny pocałunek na jego czole, pozwalając, by to był mój sposób na powiedzenie: „nie chcę się sprzeczać”.
- Oczywiście. Jeśli tak sądzisz - Zgodziłem się w końcu.
Nie dlatego, że naprawdę podzielałem jego zdanie. Zgodziłem się, bo wiedziałem, że z nim nie wygram. On potrafił być uparty w swojej wierze we mnie, czasem bardziej niż ja w swoich wątpliwościach. A poza tym… moja babcia zawsze trzymała jego stronę. Dwóch na jednego. Z góry skazany na porażkę.
Uśmiechnąłem się pod nosem na tę myśl. Może faktycznie nie miałem z nimi żadnych szans. Ale w głębi duszy było w tym coś dziwnie kojącego, że ktoś nawet wbrew moim protestom, uparcie widzi we mnie więcej, niż ja sam jestem w stanie dostrzec.
- Tak? Ale mówisz to dlatego, że naprawdę tak czujesz i tak uważasz… czy tylko dlatego, że chcesz mieć święty spokój? - Zapytał, przyglądając mi się uważnie.
Miał tę irytującą zdolność rozgryzania mnie szybciej, niż ja sam potrafiłem zrozumieć własne myśli.
Uniosłem lekko brew.
- A jak myślisz? - Odbiłem piłeczkę.
Moja odpowiedź była wymijająca, ale chyba mówiła mu więcej niż tysiące słów. W spojrzeniu, w lekkim skrzywieniu ust, w tym krótkim zawahaniu, wszystko było aż nazbyt czytelne.
Daisuke westchnął ciężko i pokręcił głową.
- Tak właśnie myślałem - Mruknął pod nosem.
Na moich ustach pojawił się mimowolny uśmiech. Nie potrafiłem się na niego gniewać, nawet jeśli bezlitośnie wyciągał na światło dzienne to, co próbowałem ukryć pod żartem i ironią.
- Wybacz. Niektórych rzeczy po prostu nie da się zmienić - Powiedziałem ciszej.
W tym momencie mój wzrok powędrował w stronę babci, która właśnie niosła herbatę dla mojego panicza z miną pełną troski i przekonania, że oto uczestniczy w czymś niezwykle ważnym. Prawie jakby chodziło o coś znacznie ważniejszego od zwykłej herbaty.

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

wtorek, 24 lutego 2026

|
 Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w starszego mężczyznę, analizując jego słowa. Praca byłaby teraz dla mnie niezwykle ważna. Potrzebowałem pieniędzy, nawet jeżeli tu nie zostaniemy, to na przyszłość. Zwłaszcza w tej chwili, w której to idą chłody. W takiej porze roku nie wiem, czy długo bym wytrzymał w prowizorycznym szałasie. 
– W porządku. Możemy wznowić współpracę – powiedziałem w końcu. Jeżeli sytuacja się nie poprawi, znów zrezygnuję. Ale dopiero po wypłacie. Naprawdę potrzebowałem tej gotówki... 
– W takim razie do zobaczenia jutro. O ósmej – zaznaczył, co mnie zaskoczyło. Ostatnio musiałem wstawać o szóstej, i pracować do późnych godzin popołudniowych, co było wycieńczające dla mojego organizmu. Nie miałem siły ani ochoty na nic, a przecież miałem partnera, który na mnie czekał cały dzień. I co, po tym wszystkim miałem go znów zostawić samego sobie? Bo mi się chciało spać? To było naprawdę słabe zachowanie z mojej strony. 
Kiwnąłem głową, a kowal odszedł. Ścisnąłem nieco mocniej dłoń Mikleo, który to cały czas przy mnie był. Gdyby nie on, ja nie wiem, co bym bez niego zrobił. Nawet jeśli nic nie mówił, był obok mnie, i to w zupełności wystarczyło jako takie ciche wsparcie. Ja naprawdę nie potrzebowałem dużo. 
– Sądzisz, że dotrzyma umowy? – zapytałem cicho, kiedy zamknąłem drzwi. 
– Tak. Wydawał się być szczerze skruszony – odpowiedział równie cicho, kierując się ze mną do kuchni. – Zresztą, skoro nie jesteś pewny, to czemu się zgodziłeś? 
– Bo potrzebujemy pieniędzy. Chociaż trochę, zwłaszcza, gdyby nas mieli stąd wyrzucać. Chciałbym spędzić zimę w ciepłym miejscu, albo chociaż w jakimś pomieszczeniu – powiedziałem cicho, chwytając za ciepłą herbatę. – Jeśli to się nie zmieni, poczekam do wypłaty i... i nie wiem. Może nie będę miał wyjścia? – powiedziałem cicho, zmartwiony tym faktem. Chciałem mu pokazać, że jednak jestem silny, ale ciężko udawać, że jest się silnym, kiedy nim się nie jest. 
– Przecież też mogę iść do pracy. Też jestem zdolny do pracy – odpowiedział. 
– Wiem, ale obiecałem ci, że się tobą zajmę, i chcę się tobą zaopiekować. A jako głową rodziny, nawet tak małej, muszę sobie dawać radę, i jakoś opiekować się tą rodziną – powiedziałem, siadając na krześle. 
– Nie jesteś sam. Nie musisz tego wszystkiego brać na swoje barki – odpowiedział łagodnie, siadając na moich kolanach. – Jak będzie źle, po prostu stamtąd odejdź. Mam pewien plan, nie pozostaniemy bez pieniędzy – obiecał, gładząc mój policzek. – Powinieneś wypić i zdrzemnąć się trochę. Myślę, że dobrze ci to zrobi. Oczyścisz umysł. Zregenerujesz się. Wydaje mi się, że w nocy nie za dobrze spałeś. 
– Może masz rację... Ale tylko pod warunkiem, jak położysz się ze mną – poprosiłem, uśmiechając się delikatnie do niego. Jak położę się spać, to może nie będę odczuwał takiego głodu, i więcej pieniędzy zaoszczędzę... Tak, to też jest całkiem sprytny plan. 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Słowa jego babci mnie zaskoczyły. Nie spodziewałem się, że herbatę przygotuje mi właśnie ona. Tak właściwie, to nie spodziewałem się, że w ogóle dostanę ją jakoś bardzo szybko, i byłem tego całkowicie świadom. W końcu, trochę się tu na jego kolanach rozgościłem, było mi bardzo wygodnie, i ciepło, i miękko, i miło... zdecydowanie jeszcze przez chwilę chciałem z tego korzystać, nim puściłbym go po przygotowanie tej herbaty. 
- Dziękuję, ale nie trzeba. Nie muszę jej pić właśnie w tej chwili – odpowiedziałem pospiesznie, czując lekki... sam nie wiem, wstyd? W końcu, poprosiłem Haru, a to ona musi wstać. To było trochę dziwne. Niepoprawne.
- To akurat herbata się zaparzy. Jaką chcesz, chłopczę? Bardziej ziołową, owocową? Masz jakieś ulubione smaki? - zapytała, otwierając szafkę. Z przodu zdołałem dostrzec multum papierowych torebek, każda albo z jakimś napisem, albo z rysunkiem jakiegoś kwiatuszka, albo owocu. 
- Babcia uwielbia herbatę. Wszystko to, co tam jest, pochodzi spod jej rąk. Ma mnóstwo ziół w ogródku, a jakieś specjalne składniki, niedostępne w tym klimacie kupuje na rynku i suszy – powiedział z dumą Haru. Zerknąłem na niego z wyrzutem. Pytałem się go przed przyjazdem, co lubi jego babcia, i co? Nie mam pojęcia, lubi wino, i lubi słodycze, i owoce... bardziej ogólnikowej wypowiedzi nie mógł mi wtedy podać. A gdyby powiedział mi o herbatach, i że to jej hobby, mógłbym przygotować bardziej spersonalizowany prezent. Albo bym jej przywiózł jakieś trudno dostępne składniki, suszone kwiaty, różne owoce, zioła z różnych stron świata i niekoniecznie nawet z tego. Teraz już na to za późno, niestety. Ale następnym razem bardziej się postaram. Tylko, kiedy byłaby ta okazja...? Może na ferie? Ani razu nie wróciłem na ferie do domu, więc moja babka nie będzie zaskoczona , jeżeli mnie nie będzie w tym okresie w domu. 
- Ma może pani lunarię? Z jakimś owocem? - zapytałem, wybierając jedno z popularniejszych ziół w tym rejonie. Nie chciałem jej sprawiać jej problemu. Sam zazwyczaj piłem zioła, które to występowały w świecie ludzi Lepiej na mnie działały, zwłaszcza te na przeziębienie. 
- Z żurawiną może być? - spytała. Takiego połączenia nie piłem.
- Brzmi smakowicie – przyznałem, uśmiechając się do niej lekko. Kiedy kobieta całkowicie zajęła się parzeniem herbaty, odwróciłem się w stronę Haru. - Nie mówiłeś mi wcześniej, że twoja babcia ma takie zainteresowania. Sprawiłbym jej lepszy prezent – powiedziałem cicho, pusząc swoje policzki. 
- Przepraszam, ale jakoś tak wypadło mi z głowy. Zresztą, nie masz się czym przejmować. Prezent dla niej był trafiony, bardzo jej się podobał – powiedział lekko, kompletnie się nie przejmując. A przecież zawsze mogłem być lepszy. 
- Tobie w takim razie też trzeba zrobić herbatkę. Na wspomożenie pamięci. A nie tylko alkohol pijesz – pokręciłem z dezaprobatą głową. O teście z historii zapomniał, o tym zapomniał... co jeszcze mu tak po prostu z głowy wypadło, o czym powinienem wiedzieć?

<Piesku? C:>

Od Mikleo CD Soreya

poniedziałek, 23 lutego 2026

|
Doskonale potrafiłem czytać między wierszami. Rozumiałem, co miał na myśli, kiedy budował zdania w taki, a nie inny sposób. Nie byłem głupi. I na pewno nie urodziłem się wczoraj. Zrozumiałem, że zaczyna brakować nam pieniędzy, a to oznaczało jedno, trzeba jak najszybciej znaleźć pracę.
Powinienem był już dziś porozmawiać z kobietą w bibliotece, tam gdzie planowałem ostatnio rozpocząć pracę. Miałem okazję, wystarczyło podejść i zapytać. Ale przez stres i nerwy zupełnie o tym zapomniałem. Myśli krążyły tylko wokół jednego, jak zapewnić nam przetrwanie.
Jutro będę musiał to zrobić. Dla nas. Dla siebie i dla mojego partnera, który jest częścią całego mojego życia. Bez niego nie wyobrażam sobie ani jednego dnia. Sama świadomość, że mógłby cierpieć przeze mnie, była nie do zniesienia.
Chciałem już powiedzieć to wszystko na głos, podzielić się z nim swoimi obawami, kiedy ciszę przerwało ciche, niepewne pukanie do drzwi. Zamarłem.
Zdziwiony spojrzałem na partnera, a on odwzajemnił spojrzenie, wyraźnie dając mi do zrozumienia, że nie ma pojęcia, kto może stać po drugiej stronie.
- Zostań tutaj. Zaraz sprawdzę, kto to - Powiedział spokojnie, choć w jego głosie wyczułem napięcie.
Skinąłem głową i usiadłem na łóżku, splatając dłonie na kolanach. Serce biło mi coraz szybciej. A co jeśli, jego ojciec postanowił tu przyjść? Co jeśli będzie robił wszystko nawet w tej chwili aby nas rozdzielić? Ta myśl bardzo mnie przerażała, miałem nadzieję że nie odważę się tu pojawić. A jednocześnie myślałem, że może.. sam nie wiem, może przyszli po nas aby spotkać się z radą? Tak wiele myśli a tak niewiele odpowiedzi..
Sorey podszedł do drzwi powoli i niepewnie. Przez chwilę stał nieruchomo, jakby wahał się, czy w ogóle je otworzyć. W końcu nacisnął klamkę. Za progiem stał kowal.
- Pan? Co pan tu robi? - Zapytał zaskoczony Sorey. W jego głosie brzmiała tak wyraźna konsternacja, że odruchowo wstałem i ruszyłem w stronę drzwi.
Mężczyzna spuścił wzrok, jakby zbierał się na odwagę.
- Przyszedłem przeprosić. Za to, co ci zrobiłem. Za zwolnienie cię - Powiedział w końcu. - Jeśli… jeśli wciąż tego chcesz, możesz wrócić do pracy. Od jutra. - Zamilkł, jakby czekał na wyrok.
Spojrzałem na Soreya w absolutnym niedowierzaniu. Tego się nie spodziewaliśmy. Przychodzi tu osobiście i zaprasza go do powrotu? Powietrze w pokoju nagle stało się ciężkie od emocji.
To wszystko bardzo nas zaskoczyło. Zdecydowanie nie tego się spodziewaliśmy.
Sorey wyprostował się lekko, jakby w jednej chwili musiał stać się silniejszy.
- Bardzo dziękuję za propozycję. Ale jeśli miałbym wrócić, to na własnych zasadach. Nie chcę być traktowany tak jak wcześniej. Nie chcę też, żeby przyjmował mnie pan z litości. W końcu sam pan powtarzał, że do niczego się nie nadaję. - Mówił opanowanym tonem, niemal chłodno. Tylko ja wiedziałem, ile kosztuje go każde z tych słów. Widziałem, jak lekko drgnęła mu szczęka, jak zacisnął dłonie, żeby nie okazać słabości. To wciąż bolało. Bardziej, niż chciał przyznać.
Kowal odchrząknął i spuścił wzrok.
- Ja… przepraszam. Robiłem to wszystko pod naciskiem twojego ojca. Myślałem, że to najlepsze wyjście. Ale teraz… teraz wszystko się zmieni. Jeśli tylko dasz mi szansę. - W jego głosie nie było już twardości. Brzmiał inaczej ciszej, bardziej szczerze.
Nie wiem dlaczego, ale czułem, że nie kłamał. Że naprawdę chce mu pomóc. Może miał wyrzuty sumienia. Może zrozumiał swój błąd. A może po prostu zobaczył w nim coś, czego wcześniej nie chciał dostrzec.
Spojrzałem na Soreya. Wiedziałem, jak wiele ta decyzja znaczy. Moim zdaniem powinien spróbować, tym razem jednak na własnych zasadach. Stawiając granice. Nie pozwalając się poniżać. Był wart znacznie więcej, niż kiedykolwiek mu wmówiono.
Delikatnie dotknąłem jego dłoni, chcąc dać mu do zrozumienia, że niezależnie od decyzji, stoję po jego stronie i będę stał już zawsze. 

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
 Szczerze mówiąc, wcale nie czułem, żeby stało się coś złego. To, że poszedł spać zamiast siedzieć z nami, było zupełnie naturalne. Był zmęczony, widziałem to w jego oczach jeszcze zanim zniknął na kanapie w salonie. Ja i babcia spędziliśmy ten czas naprawdę dobrze. Rozmawialiśmy długo, swobodnie, wracając do spraw, które kiedyś nas poruszały, męczyły albo miały dla nas ogromne znaczenie. Wspomnienia mieszały się z refleksjami, a powaga z cichym śmiechem. To były nasze tematy, takie, które dla niego nie miałyby większej wagi. I byłem tego całkowicie pewien.
Nie miałem w sobie ani odrobiny żalu. Wręcz przeciwnie, cieszyłem się, że wreszcie mógł odpocząć bez poczucia obowiązku, że musi przy nas siedzieć tylko dlatego, że tak wypada. Czasem największym dowodem bliskości jest właśnie pozwolenie komuś na spokój.
Przytuliłem go do siebie, gdy tylko usiadł na moich kolanach, składając na czole delikatne pocałunek.
- Kochanie, naprawdę nic się nie stało - Powiedziałem spokojnie. - Najważniejsze jest to, że czujesz się lepiej. Nie ma dla nas żadnego znaczenia, czy spałeś godzinę, dwie, trzy czy nawet pięć. Odpoczynek był ci potrzebny. - Pochyliłem się i złożyłem na jego policzku kolejny ciepły pocałunek, chcąc, żeby poczuł to, czego może nie da się w pełni wyrazić słowami, że nikt nie ma do niego pretensji. Że nie ma w tym ani cienia rozczarowania. Jest tylko troska. I zrozumienie.
Bo naprawdę był zmęczony. A ja chciałem, żeby wiedział, że jego spokój jest dla mnie ważniejszy niż jakiekolwiek wspólne siedzenie przy stole.
Poza tym babcia wcale nie była urażona. Wręcz przeciwnie, cieszyła się, że Daisuke w końcu odpocznie. Sama przecież widziała, że ledwo trzymał się na nogach. To ona jako pierwsza zaczęła go namawiać, żeby się położył. Gdyby nie jego upór, pewnie już dawno by się zdrzemnął i oszczędził sobie tego zmęczenia.
A dla mnie to właśnie było najważniejsze, żeby po prostu odpoczął.
Kiedy jednak w końcu do nas wrócił, wyglądał już zdecydowanie lepiej, choć wciąż miał w sobie tę swoją charakterystyczną, nieco naburmuszoną minę.
- Chciałbyś może coś przekąsić? - Zapytałem, zmieniając temat. Bardziej z troski niż z rzeczywistej potrzeby. Byłem po prostu ciekaw, czy nie nabrał ochoty na coś małego.
Spojrzał na mnie tak, jakbym właśnie zaproponował mu kolejną dokładkę obiadu.
- Haru, wiesz dobrze, że po takim obiedzie dziś już nic nie zjem - Stwierdził, rzucając mi to swoje ciężkie spojrzenie, jakby samo pytanie było lekką obrazą.
Westchnąłem w duchu...Naprawdę, nie pytasz, źle. Pytasz, też źle. Czasami bywa dla mnie zupełnie nie do rozszyfrowania.
- Tylko pytam. Może akurat miałbyś na coś ochotę - Wyjaśniłem spokojnie, posyłając mu jeden z tych uśmiechów, które zwykle potrafią rozbroić nawet jego najgorszy humor.
Bo niezależnie od wszystkiego, wolałem zapytać jeszcze raz, niż miałby później powiedzieć, że w ogóle się nim nie interesuję.
- A wiesz… w sumie jeść nie chcę, ale czegoś bym się napił. - Muszę przyznać, że te słowa bardzo mi się spodobały. Przynajmniej nie odrzucił wszystkiego od razu. Był tylko jeden, drobny problem, siedział właśnie na moich kolanach, rozparty całkiem wygodnie, jakby to było najnaturalniejsze miejsce na świecie. A w takiej pozycji trudno było mi wstać i cokolwiek przygotować.
Objąłem go odruchowo mocniej w pasie, przez krótką chwilę zastanawiając się, czy w ogóle próbować się uwolnić z tego uścisku.
- Oczywiście, zaraz zrobię ci herbatę - Odpowiedziałem bez wahania.
Już miałem poprosić go, żeby na moment zszedł z moich kolan, kiedy babcia podniosła się z fotela szybciej, niż zdążyłem otworzyć usta.
- Ja ją zrobię - Odezwała się babcia, postanawiając zrobić coś dla mojego partnera. Moja babcia była naprawdę wspaniałą kobietą, takiej można mi pozazdrościć. 

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

sobota, 21 lutego 2026

|
 Trochę mnie zaskoczyło to jego porównanie do sernika. Jak mi to tłumaczył, to tak naprawdę mógł użyć każdego innego ciasta... albo po prostu, ciasta. A on wybrał sernik. Czy to oznacza, że ma ochotę na to konkretne ciasto? Zrobiłbym mu je, gdybym potrafił. I miał składniki. Pieniędzy mamy jednak naprawdę mało i nie wiem, czy starczyłoby nam na wszystkie składniki. A takie ciasto... Cóż, nim się nie najem. Gdybym tylko znalazł jakąś pracę... chociaż, tym na razie najmniej się powinienem przejmować. Nie wiadomo, czy w ogóle możemy tu sobie układać życie. Na razie powinniśmy poczekać na zebranie rady. A potem, jak już będziemy mieć jakąś wiedzę, będziemy wiedzieć, co robić. Ale jak już tylko staniemy trochę bardziej na nogi, to nauczę się robić ten cały sernik i mu przygotuję. A jak mi nie wyjdzie, zawsze mogę kupić w jakiejś cukierni. A może lepiej kupić od razu? Bo na pewno mi się nie uda zrobić. A skoro ma taką ochotę, no to najlepiej jak najszybciej tę jego prośbę spełnić. 
– Przygotować ci coś do picia? – zaproponowałem, kiedy tylko znaleźliśmy się w domku, który jeszcze na tę chwilę należał do nas. Gdzie mogliśmy odetchnąć, nie musieliśmy słuchać tych wszystkich szeptów, i czuć spojrzeń... i po prostu czekać. Może jeszcze dzisiaj udałoby się to załatwić? Im szybciej, tym lepiej. – Mamy herbatę... i wodę. Nawet co już czekolady nie mogę kupić – cicho westchnąłem, zmartwiony z tego powodu. Lubił w końcu czekoladę, którą robiłem mu ja, ale i mleka już jest niewiele, a czekolady już w ogóle nie mamy. Nie mówiąc o tych przepysznych dodatkach. 
– W porządku, herbata może być. Pod warunkiem, że wypiję ją z tobą – poprosił, na co kiwnąłem głową. 
– Nie ma problemu. Z chęcią się napiję. Zajmę czymś ręce, i jakoś to przetrzymam – stwierdziłem, uśmiechając się łagodnie. Nie mogłem się poddawać, chociaż byłem zmęczony. Musiałem być jego ostoją. Bo jak ja nie będę, to kto mu pozostanie? 
– Damy radę – powiedział łagodnie, kierując się ze mną do naszej małej kuchni. Ja nastawiłem wodę, a on przygotował kubki, wrzucił torebki herbaty... cisza, która pomiędzy nami panowała, była dosyć przyjemna. Nie chciałem jej przerywać.
– Już nawet cytryn nie mamy – mruknąłem, trochę zmartwiony tym faktem. Co prawda, cytryna jest bardziej takim dodatkiem i nie jest niezbędna, ale ile jeszcze takich przedmiotów będzie nam brakować? Obym tylko jakoś wytrzymał... 
– Może powinniśmy się przejść na zakupy? – zapytał, na co pokręciłem głową. 
– Nie, nie. Cytryna to tylko dodatek. Wolałbym zostawić pieniądze na właściwie jedzenie. Na ryż, makaron, warzywa, jajka... na tym przynajmniej trochę pożyję – powiedziałem, siląc się na lekki uśmiech. Wielu rzeczy będę musiał się wyprzeć, no ale dam radę. Nie mam za bardzo wyjścia. Ograniczę się do jednego posiłku dziennie, i coś z tego będzie. 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Obudziło mnie nagłe zniknięcie mojego źródła ciepła, które to spało na mojej klatce piersiowej. Otworzyłem niemrawo oczy i zobaczyłem, jak Racuch kieruje się do kuchni. Pewnie zgłodniał, i dlatego mnie opuścił. Troszkę szkoda. Bez niego tak ciepło już nie było. 
Zaraz też usłyszałem ciche rozmowy. Nie byłem w stanie stwierdzić, o czym takim rozmawiali, ale zdecydowanie powinni być tutaj, a nie siedzieć w kuchni, na tych twardych krzesłach. Długo tak spałem? Nie mam pojęcia. Trochę już było ciemno, więc na pewno dużo za długo. Miała to być krótka drzemka, dopóki nie ogarnią kuchni. Pewnie zobaczyli, że śpię, i dali mi w spokoju spać, co nie powinno tak wyglądać. 
Podniosłem się z kanapy i zsunąłem z siebie koc. Od razu poczułem nieprzyjemny chłód na ramionach. Z niechęcią z powrotem zarzuciłem na ramiona koc i ruszyłem w stronę kuchni. Napiłbym się czegoś ciepłego, zdecydowanie, tak na rozgrzanie. Przechodząc obok szafki zauważyłem stojący na niej kalendarz. Zauważyłem, że już jutro jest pełnia. Mam nadzieję, że Haru da sobie radę. W razie czego, będę przecież obok niego, uspokoję jego emocje, chociaż w znajomym środowisku powinien czuć się pewniej. 
– Dzień dobry, kochanie – usłyszałem ten ciepły głos Haru, kiedy tylko wszedłem do kuchni. – Zmarznięty bardzo? 
– Troszeczkę – powiedziałem, zerkając na stół. – Świetnie się tu bawicie, widzę – dodałem żartobliwie, zauważając dwa kieliszki i otwarte wino. 
– Możesz do nas dołączyć, jeśli chcesz – zaproponował, otwierając swoje ramiona, a ja bez pomyślunku od razu się do niego zbliżyłem i usiadłem na jego kolanach, tuląc się do jego ciepłego ciała. Tego mi brakowało... już nawet nie potrzebuję się niczego napić. Wystarczyła mi w zupełności jego obecność. 
– Chyba na ten moment podziękuję – powiedziałem cicho, nie mając na razie ochoty na wino. Jakoś tak przy jego babci dziwnie mi się piło. Bardziej bym wolał pić tylko z nim. Mam wtedy pewność, że jak zrobię coś głupiego, to nic się nie stanie. – Ale dziękuję za propozycję. 
– Wyspałeś się, chłopcze? Wygodnie miałeś na tej kanapie? – spytała ciepło jego babcia, obserwując mnie z uwagą. Jeszcze do tego się nie przyzwyczaiłem. Nie mam pojęcia, co ona o mnie myśli. Jej uczucia były dziwne, dobrze się maskowała i tym samym nie mam pojęcia, co faktycznie o mnie myśli. 
– Tak, chociaż niepotrzebnie spałem tak długo – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Pomimo tego, że spałem w nieco dziwnej pozycji, nic mnie nie bolało. 
– Daj spokój. Potrzebowałeś tego, i tak dla mnie za krótko spałeś – odpowiedział Haru, obejmując mnie dłońmi w pasie. – Przygotować ci coś do picia? 
– Nie, dziękuję. Mam wszystko – przyznalem, opierając głowę o jego ramię. – Wybaczcie, że tak zasnąłem. Nie miałem tego w planach. Chciałem tylko trochę się zdrzemnąć – dodałem czując, że jestem im to winien. Zamiast spędzać miło czas, to ja spałem. Tak to nie powinno wyglądać. Nie po to tu przyjechałem, by spać za dnia. Przynajmniej tym razem nie lunatykowałem. Nie wiem, czy za dnia jest to możliwe, i nie chcę tego testować. Już też się popisałem. To wystarczy. 

<Wilczku? c:>

Od Mikleo CD Soreya

czwartek, 19 lutego 2026

|
Ezekiel… tak, był problemem. Sporym problemem. Ale wierzę, że sobie poradzimy. Zrobimy wszystko, co tylko będzie w naszej mocy, żeby się przed nim ochronić. Niezależnie od tego, co zrobi albo co powie, ja nie opuszczę Soreya. Kocham go. I wiem, że on kocha mnie. Jestem w stanie zrobić dla niego wszystko, nawet jeśli nie zawsze potrafię to rozsądnie wyrazić. Chcę, żeby był moją drugą połową. I wiem, że on tego chce tak samo mocno, jak ja.
- Nie przejmuj się nim. Razem naprawdę damy radę. W końcu mamy wszystko, czego potrzebujemy… mamy siebie. A tego kawałka sernika nikt nie rozdzieli. - Dopiero po chwili dotarło do mnie, co właściwie powiedziałem. Oczywiście nie planowałem porównywać nas do sernika. To jakoś samo wyszło. Chyba zgłodniałem… albo zjadłem za dużo słodkiego. Wiem, że to zupełnie nieodpowiedni moment na takie rzeczy, ale czasem myśli po prostu przychodzą i już. Nie zawsze te najmądrzejsze.
- Sernika? - Spojrzał na mnie z niedowierzaniem. - Dlaczego porównujesz całą naszą sytuację do sernika? - Właściwie sam zadałbym to pytanie, gdybym usłyszał coś takiego z czyichś ust.
- Sam nie wiem… - Westchnąłem cicho. - Chyba skojarzyło mi się z tym, że sernik składa się z różnych części. I dopiero kiedy są razem, tworzą całość. Osobno to tylko składniki. Razem… coś, co ma sens.
Patrzył na mnie tak, jakby próbował zrozumieć, ale widziałem w jego oczach lekkie zagubienie. Szczerze mówiąc, sam do końca nie wiedziałem, co próbuję powiedzieć.
- Przepraszam. Nie słuchaj mnie - Zaśmiałem się nerwowo. - Chyba trochę mi odbija. - Uśmiechnąłem się do niego przepraszająco. Byłem zmęczony. Zestresowany całą sytuacją z Ezekielem. Może właśnie dlatego moje myśli plątały się i uciekały w absurdalne metafory. Czasem łatwiej mówić o serniku niż o strachu.
Sorey pokręcił głową z lekkim rozbawieniem, a w jego oczach zatańczyły ciepłe iskry. Pochylił się nade mną i złożył delikatny pocałunek na moim czole, spokojny, czuły, jakby tym jednym gestem chciał powiedzieć więcej niż tysiącem słów.
Ewidentnie bawiło go to, co przed chwilą usłyszał. Kąciki jego ust drgnęły, jakby powstrzymywał śmiech, ale w tym rozbawieniu nie było ani krzty złośliwości. Nie skrytykował mnie. Nie wyśmiał. Nie wypomniał mi tej nieszczęsnej metafory.
I może to dobrze. Bo i tak czułem się wystarczająco głupio z tym, że w takiej chwili wypaliłem z sernikiem.
Spuściłem wzrok, czując jak ciepło wlewa mi się na policzki. Przez moment miałem ochotę zapaść się pod ziemię. A jednak jego dłoń, która wciąż spoczywała przy mojej twarzy, była jak cichy dowód, że nie ma się czego wstydzić.
- Kocham cię, owieczko - Wyszeptał, a jego głos był tak cichy, że niemal zlał się z oddechem.
Przyciągnął mnie bliżej, obejmując mocniej, jakby chciał ukryć mnie w ramionach przed całym światem. Oparłem policzek o jego pierś, wsłuchując się w spokojne bicie jego serca, które w tej chwili było jedyną rzeczą zdolną uciszyć mój niepokój. - Kocham cię. I będę cię chronić przed moim ojcem, za dnia i nocą - Dodał z determinacją, której wcześniej u niego nie słyszałem.
Splecionymi dłońmi ruszyliśmy w stronę chatki. Tam, z dala od spojrzeń i zagrożeń, mogliśmy po prostu być razem. Oddychać tym samym powietrzem. Udawać przez chwilę, że nic nie jest w stanie nas rozdzielić.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
Gdy wróciłem do salonu tylko po to, by zadać mojemu partnerowi jedno krótkie pytanie, od razu zauważyłem, że spał. Leżał nieruchomo na kanapie, z dłonią opartą luźno na poduszce, a jego oddech był spokojny i równy. Przytulając mimo wolniej kota do siebie. A więc jednak był zmęczony. Właściwie wcale mnie to nie dziwiło, byłoby raczej dziwne, gdyby nie zasnął, skoro przez większość nocy nie zmrużył oka. Sam nawet nie wiedziałem, ile dokładnie spał, godzinę? Może dwie? Zasłużył na odpoczynek. Ani ja, ani moja babcia nie zamierzaliśmy mu w tym przeszkadzać.
Cicho podszedłem do stołu i zebrałem ostatnie rzeczy, które na nim zostały. Starałem się nie wydać najmniejszego dźwięku. Szkło lekko zadźwięczało w moich dłoniach, więc na moment wstrzymałem oddech i zerknąłem w jego stronę. Nie poruszył się. Uśmiechnąłem się pod nosem i wróciłem do kuchni, odkładając wszystko do zlewu.
- Zapytałeś? - Babcia odezwała się od razu, gdy tylko mnie zobaczyła.
- Daisuke zasnął - Odpowiedziałem spokojnie, podwijając rękawy i odkręcając wodę.
Babcia spojrzała na mnie uważnie, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, ale ostatecznie tylko skinęła głową. Może chciała sama zająć się naczyniami, jednak dziś i tak wystarczająco się napracowała. To ja mogłem przejąć obowiązki. Nie musiała się już niczym martwić.
Ciepła woda spływała po moich dłoniach, a ja czułem dziwną ulgę, w domu panował spokój. Taki prawdziwy, bez pośpiechu. I chyba właśnie tego wszyscy dziś potrzebowaliśmy.
- Biedaczyna. Może powinieneś przenieść go do sypialni? Tam będzie mu znacznie wygodniej - Zaproponowała babcia, zerkając w stronę salonu.
Jej pomysł był całkiem rozsądny. Przez moment naprawdę się nad tym zastanowiłem. Bałem się jednak, że jeśli wezmę go na ręce albo choćby delikatnie nim poruszę, obudzi się. A tego bym nie chciał. Niech śpi. Niech nic mu nie przeszkadza, nawet ja.
- Lepiej nie - Odpowiedziałem cicho. - Ma bardzo delikatny sen. Nie chcę, żeby się obudził. A ta kanapa wcale nie jest aż tak niewygodna. - Starałem się mówić lekko, jakby to była zwykła, praktyczna decyzja, ale prawda była taka, że po prostu chciałem oszczędzić mu choć odrobinę zmęczenia więcej. Układałem mokre naczynia na suszarce, jedno po drugim, wsłuchując się w cichy szum wody i w spokój, który rozlał się po domu. - Jeśli będzie mu chłodno, przykryję go dodatkowym kocem - Dodałem po chwili ciszej.
Babcia uśmiechnęła się pod nosem, jakby rozumiała więcej, niż mówiłem na głos.
Moja babcia wyraźnie nie popierała mojego pomysłu, ale cóż, na to już nic nie mogłem poradzić. Nie chciałem go budzić. Wolałem dać mu święty spokój, pozwolić odpocząć. Gdy tylko zregeneruje siły, sam się obudzi. Nic złego przecież mu się nie stanie, jeśli raz prześpi się na kanapie.
- Skoro tak uważasz… - Westchnęła w końcu, odpuszczając, choć z wyraźną niechęcią.
Ale co mogła zrobić? I tak nie zmieniłbym zdania. Wiedziałem, że tak będzie najlepiej.
- Tak uważam - Potwierdziłem spokojnie, wycierając dłonie w kuchenny ręcznik.
Odwiesiłem go na miejsce i spojrzałem na nią łagodniej.
- Posprzątane. Chciałabyś może napić się jeszcze trochę wina? - Zaproponowałem, dobrze wiedząc, że prawdopodobnie się zgodzi.
Babcia uniosła lekko brwi, po czym skinęła głową z delikatnym uśmiechem. Nalałem nam wina. Siadając przy stole, aby wspólnie porozmawiać na tyle cicho, na ile to było możliwe, aby nie obudzić mojego panicza.

<Panicznu? C:> 

Od Soreya CD Mikleo

poniedziałek, 16 lutego 2026

|
 Tuliłem do siebie Mikleo, wpatrując się w podłogę. Teraz musieliśmy poczekać na jakiekolwiek wiadomości... o ile je w ogóle otrzymamy. Jak nie, to na odchodne mogę zrobić tutaj małe zamieszanie i kłótnię. Skoro nic do stracenia nie będziemy mieć, to niech chociaż wszyscy wiedzą, jaki naprawdę jest Ezekiel. I że atakuje ludzi tak naprawdę bez powodu, jak zwykły furiat. 
Głaskałem Mikleo po ramieniu, czekając na... sam nie wiem, na co. Nie miałem ani głowy do czegokolwiek, ani chociażby ochoty. Czułem w żołądku ten charakterystyczny uścisk, który wiązał się ze stresem. Wszystko, na czym się teraz mogłem kupić, to na czekaniu. To nastąpi jeszcze dzisiaj? A może dopiero jutro? Albo może później, za parę dni? Mój panie, przecież ja tu się zamęczę. 
– Może coś porobimy? – zaproponował w pewnym momencie Mikleo, za co go trochę podziwiałem. – Coś... może do jedzenia? 
– Czuję, że nic nie przełknę z tego stresu – przyznałem, cicho wzdychając. – Nie będę się w stanie na niczym skupić. 
– Wiem... Czuję – powiedział, ostrożnie wślizgując się na moje kolana. – Damy sobie radę. Niezależnie od wszystkiego, będziemy razem, a wtedy wszystko się ułoży. 
– Tak właściwie... to odkąd jesteśmy razem, to mało co się układa. Mamy tylko ułudę, że wszystko się układa. To chyba moja wina, przynoszę pecha – powiedziałem cicho, spuszczając wzrok. Najpierw ktoś go zaatakował w jednej z tej wiosek, teraz atakuje go mój tata, i do tego jeszcze mu grozi, najprawdopodobniej będziemy musieli szukać innego miejsca, tuż przed zimą. Dla niego to bez różnicy, ale dla mnie? Nie przesadzę, jeżeli powiem, że może być to dla mnie śmiertelne. 
– To mi nie przeszkadza. Lubię mojego pechowca – odpowiedział, uśmiechając się ładnie. – Zresztą, ja tam kojarzę znacznie więcej miłych wydarzeń niż niemiłych. 
– Dwa razy ktoś cię zaatakował. To chyba swą razy więcej niż przez całe twoje życie – wyjaśniłem, poprawiając kosmyki jego włosów, które delikatnie opadały na jego twarz. 
– Może i, ale za każdym tym razem miałem obok siebie wspaniałego obrońcę. Przy nim nie muszę się o nic martwić – odpowiedział, tuląc się do mnie. Miło, że mnie tak postrzega, ale zbyt bardzo mi ufa. 
– Mam nadzieję, że zawsze będę przy tobie, by móc cię chronić. Obym się nigdy nie spóźnił – wyszeptałem, obawiając się tego strasznie. Wiem, że potrafi się obronić, ale... Jakże strasznie się o niego martwiłem. A jak Ezekiel nie zrezygnuje? Jak spróbuje znów coś mu zrobić, bo to przecież przez niego jestem taki, jaki jestem... Czemu on tak bardzo nie może się pogodzić z faktem, że po prostu preferuję mężczyzn? Tak bardzo przeraża go fakt, że troszkę odbiegam od reszty? 
– Nie spóźnisz – stwierdził pewnie, uśmiechając się do mnie szeroko. – Poza tym, potrafię się bronić, i wytrzymam, dopóki nie nadejdziesz. 
– Martwię się, że jeszcze Ezekiel będzie cię gnębił. Że jeszcze spróbuje coś ci zrobić. Wydawał się być naprawdę... wściekł. I to też nie jest ktoś, kto łatwo się poddaje – dodałem cicho, spuszczając wzrok. 

<Owieczko? c;>

Od Daisuke CD Haru

|
 Byłem zaskoczony tym, że Haru przyniósł wino. Znaczy, wino tu doskonale pasowało, ale nie przywykłem do tego, by pić je tak otwarcie przy opiekunie. Jego babcia dalej mnie zaskakiwała pod pewnymi względami i nie wiem, ile czasu jeszcze minie, nim się do tego przyzwyczaję. Wino dopełniało to danie idealnie, ale coś tak czuję, że jak je wypiję, to szybko odlecę. Nie przespanie dalej nocy już powoli dawało mi się we znaki. 
– Przepyszne – powiedziałem, odsuwając od siebie pusty talerz. 
– Bez twojej pomocy by mi się nie udało – odpowiedział, po czym pocałował mnie w policzek. 
– Skoro wy gotowaliście, to ja posprzątam – odpowiedziała babcia, a ja nie miałem zamiaru się z tym kłócić. Słyszałem w jej głosie i czułem w opuszkach palców upór, nie odpuści, a ja się w to wtrącać nie zamierzałem. Jak chcą, niech się kłócą. 
– Daj spokój, babciu. Ty to teraz przede wszystkim powinnaś odpoczywać – odpowiedział Haru, zabierając puste talerze. 
– Odpoczywać mogę, jak będę stara... 
Jego babcia wstała i podążyła za nim do kuchni, dalej z nim dyskutując. A to mnie mówił, że nie ma sensu z nią gadać. 
Pociągnąłem nogi na kanapę, kuląc się w jej narożniku. W tym samym momencie na moje kolana tradycyjnie wskoczył Racuch, cicho mrucząc. Jaki on był cieplutki... może nie tak ciepły, jak mój Haru, ale jako chwilowy zamiennik nada się idealnie. 
– Beznadziejną sobie osobę wybrałeś – powiedziałem cicho do niego, chwytając za koc. – Ja cię nie ogrzeję. Powinieneś ładować się na kolana swojej pani. Albo Haru. On zdecydowanie się lepiej sprawdzi – dodałem, opatulając się kocem. Kociak miauknął cicho. Ciekawe, czy oni go rozumieją... ale to musi być ciekawe doświadczenie. Też bym tak chciał, nawet jeżeli ta umiejętność za bardzo mi się nie przyda, bo i gdzie? W moim mieście nie mamy zwierząt z krwi i kości, a jak są, to nie w moim otoczeniu. – Ale skoro chcesz marznąć, to niech ci będzie – dodałem, tuląc kociaka do siebie. 
Przymknąłem oczy, wygodniej się układając na kanapie. Skoro oni i tak teraz w tej kuchni dyskutują i sprzątają, to jak na chwilę teraz zamknę oczy, nic się chyba nie stanie. A z takim kociakiem na kolanach było mi tutaj naprawdę cieplutko. Co taki kociak we mnie widzi, to nie mam pojęcia. Rozumiałem, co ich tak ciągnęło do wilkołaków, ciepło ciała i może ten zwierzęcy pierwiastek. A co ja takiemu kociakowi mogłem dać? Może mnie bardziej polubił za to suszone mięso. Innego wytłumaczenia tu nie widzę. Nie zamierzałem jednak wybrzydzać, tylko będę korzystać z tego szlachetnego towarzystwa. 
Otoczenie wokół mnie powoli się wyciszało, a ja coraz bardziej odpływałem. Krótka drzemka, dopóki nie wrócą z kuchni... nic złego się chyba nie stanie. 

<Wilczku? c:>

Od Mikleo CD Soreya

niedziela, 15 lutego 2026

|
Miałem nadzieję, że burmistrz naprawdę zwoła radę, a nie tylko rzucił te słowa, żeby nas spławić i mieć problem z głowy. Ojciec Soreya zachował się haniebnie. Gdyby nie to, że Kowal stanął po naszej stronie, Ezekiel mógłby naprawdę nas skrzywdzić. A my… nie bylibyśmy w stanie się przed nim obronić.
Cisza, która zapadła po wszystkim, była ciężka jak burzowe chmury wiszące nisko nad miastem.
- Myślisz, że burmistrz faktycznie zwoła radę? - Zapytał cicho Sorey.
To było trudne pytanie. Takie, na które nie da się odpowiedzieć bez ryzyka, że zrani się drugą osobę. Spojrzałem na niego i zobaczyłem w jego oczach coś, czego bałem się najbardziej nadzieję. Nie chciałem go okłamywać. Nie chciałem mówić, że będzie dobrze, skoro sam nie miałem pojęcia, jak to się skończy.
Westchnąłem cicho.
- Szczerze mówiąc, Sorey… nie wiem. Mam nadzieję, że nas nie oszuka i rzeczywiście wezwie radę. Ale jeśli tego nie zrobi… - Urwałem na moment, czując, jak ściska mnie w gardle. - Wtedy chyba będziemy musieli odejść. Ezekiel nie da nam wyboru. Będzie naciskał, aż zmusi nas, żebyśmy się rozstali… albo opuścili to miejsce na zawsze. - Ująłem jego dłoń i splótłem nasze palce. Była ciepła, znajoma, bezpieczna. Dłoń mężczyzny, z którym chciałbym przeżyć całe życie.
Wiem, że to mężczyzna. Wiem też, co mówią inni. Że nie powinienem. Że to nie po bożemu. Że to grzech.
Ale czy kiedykolwiek sam Bóg powiedział, że kochać drugiego mężczyznę jest czymś złym? Czy gdziekolwiek wyraźnie potępił miłość, która nie krzywdzi, która daje siłę, która sprawia, że człowiek chce być lepszy?
Nigdy nie znalazłem takich słów.
A jeśli miłość jest darem, to czy może być zła tylko dlatego, że nie mieści się w czyichś zasadach?
Ścisnąłem jego dłoń mocniej, jakbym chciał w ten sposób obiecać, że bez względu na wszystko nie puszczę.
Choćby cały świat stanął przeciwko nam.
Sorey westchnął cicho, po czym przyciągnął mnie bliżej. Objął tak, jakby chciał osłonić mnie przed całym światem. Pochylił się i delikatnie pocałował mnie w czoło, w tym geście było więcej obietnicy niż w jakichkolwiek słowach. Jakby chciał mi powiedzieć, że bez względu na to, co się stanie, wszystko jakoś się ułoży. Bo przecież mamy siebie.
- Zresztą… nieważne, co się wydarzy - Powiedział cicho. - Ezekiel nas nie rozdzieli. Jesteś ze mną. Zawsze byłeś. Nigdy mnie nie oceniałeś, nigdy nie próbowałeś zmieniać. Byłeś przy mnie wtedy, kiedy nikt inny nie był. - Uśmiechnął się lekko. - Byłeś moją rodziną. Chyba jedyną, jakiej naprawdę potrzebowałem. I jedyną, jaką chcę mieć. - Patrzył na mnie tak, jakby chciał sprawić, żebym uwierzył w każde jego słowo. Uśmiechał się delikatnie, starając się zachowywać tak, jakby nic się nie stało. Udaje silnego i robi to naprawdę dobrze. Ale przy mnie nie musi udawać. Może być szczery. Może być słaby. Może się bać. A mimo to cieszę się, że próbuje się trzymać. Że nie pozwala, by strach odebrał mu tę łagodność, którą w sobie nosi. Ścisnąłem go mocniej, chowając twarz w jego ramieniu. Jeśli mamy przetrwać to, co nadchodzi, przetrwamy razem.
 Cieszę się, że mogę być dla ciebie wsparciem… tak samo jak ty jesteś dla mnie - Wyszeptałem.Nie czekałem na odpowiedź. Stanąłem na palcach i delikatnie pocałowałem jego usta. Powoli, bez pośpiechu, jakby świat na chwilę przestał istnieć.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
 Słuchałem z uwagą słów które przekazywał mi mój panicz, bo wiedziałem, że choć może sam nie stał godzinami przy garnkach, to wiedzę miał sporą. Sam sposób, w jaki mówił o jedzeniu, zdradzał doświadczenie. Wystarczyło posłuchać, jak opisywał smaki i połączenia składników, by wiedzieć, co z czym powinno się łączyć, a czego lepiej unikać. Mówił o tym tak, jakby pamiętał dokładnie, jak smakowało to kiedyś. Prosto, domowo, bez udziwnień.
Dlatego w tej sytuacji postanowiłem mu zaufać.
Zrobiłem wszystko tak, jak radził. Umyłem dokładnie mięso, obrałem ziemniaki, z jego pomocą, bo w końcu miał mi pomagać. I nie chcę słuchać żadnego ale. Przygotowałem również świeżą surówkę. Mięso smażyłem dokładnie tyle, ile polecił, pilnując ognia i czasu, żeby było soczyste w środku i odpowiednio zarumienione z zewnątrz. Chciałem, by całość smakowała tak, jak powinno, bez pośpiechu, bez niedopatrzeń.
Kiedy w końcu wszystko było gotowe, ułożyłem jedzenie starannie na talerzu.
- Gotowe. Mam nadzieję, że będzie ci smakowało - Odezwałem się z wyraźną satysfakcją, podając mu porcję.
- Zaniesiesz to mojej babci, dobrze? — Poprosiłem spokojnie.
Skinął głową gdy ja nałożyłem kolejną porcję na talerz, starając się, by wyglądała równie apetycznie.
- Oczywiście - Odpowiedział, przyjmując ode mnie naczynie.
Ruszył do salonu i postawił talerz przed babcią z delikatnym uśmiechem. Po chwili wrócił do kuchni, by zabrać następne porcje i choć trochę mi pomóc. W jego spojrzeniu było coś więcej niż zwykła uprzejmość, może wdzięczność, może troska o to, by wszystko przebiegło jak należy..
To nie miało najmniejszego znaczenia. Najważniejsze było to, że udało nam się wspólnymi siłami przygotować, mam nadzieję, naprawdę dobry posiłek. Mam nadzieję, bo przecież nigdy wcześniej sam nie smażyłem steka. 
Oparłem dłonie o blat i rozejrzałem się po kuchni, jakbym szukał jeszcze czegoś, co mogłoby dopełnić całość. Nagle przyszło mi coś do głowy. Wychyliłem się z kuchni w stronę salonu.
- Babciu, mamy jakieś wino? - Zapytałem, zerkając na starszą kobietę.
Babcia podniosła wzrok znad stołu, a w jej oczach pojawił się cień rozbawienia.
- Tak, w piwnicy - Odpowiedziała spokojnie, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Skinąłem głową i ruszyłem w stronę schodów prowadzących w dół. W piwnicy panował przyjemny chłód i charakterystyczny zapach drewna oraz kurzu. Na półce stało kilka zakurzonych butelek. Przesunąłem palcami po etykietach, wybierając jedną z nich.
Po chwili wróciłem do kuchni z butelką w dłoni. Otworzyłem ją ostrożnie i rozlałem wino do lampek. Ciemny płyn z cichym pluskiem wypełnił szkło, a jego zapach subtelnie wymieszał się z aromatem smażonego mięsa.
Teraz naprawdę wszystko było gotowe.
Po nalaniu wina ostrożnie zaniosłem kieliszki do salonu i w końcu mogłem zająć swoje miejsce przy stole. Przez chwilę spojrzałem na wszystkich, jakby upewniając się, że wszystko jest na swoim miejscu.
- Smacznego - Powiedziałem z lekkim uśmiechem, po czym sam sięgnąłem po sztućce. Dopiero teraz poczułem, jak bardzo byłem głodny.
Przekroiłem stek. Nóż wszedł w mięso gładko, bez oporu. W środku było dokładnie takie, jakie miało być soczyste, delikatnie różowe. Wziąłem pierwszy kęs i na moment przestałem myśleć o czymkolwiek.
Był naprawdę dobry.
Poczułem satysfakcję, cichą, ale głęboką. To ja go przygotowałem. My wspólnie. Smak był wyrazisty, ale nie przesadzony, idealnie dopełniony przez chrupiącą surówkę i miękkie ziemniaki. Przez chwilę jadłem w milczeniu, delektując się każdym kęsem.
Nigdy wcześniej nie jadłem tak dobrego steka. A może po prostu pierwszy raz smakował mi tak bardzo, bo wiedziałem, ile pracy w niego włożyliśmy.
Szkoda tylko, że takie mięso jest aż tak drogie. Gdyby nie to jakbym ją częściej.

<Paniczu C:>

Od Soreya CD Mikleo

sobota, 14 lutego 2026

|
 Trochę sam nie wiedziałem, jak powinienem z tym  postąpić. Niby powinniśmy to zgłosić, owszem, ale czy to coś da? Jak ma większą siłę przebicia? W końcu należy do rady, mogą nam nie uwierzyć. Chociaż, chyba kowal by mógł to potwierdzić. Wydawał się być z nami... i chyba nawet nie chciał mnie zwolnić. Tylko zrobił to na jego polecenie. To wskazywało na to, jak dużą władzę miał, i obawiałem się, jak może się to skończyć... nie, to chyba nie ma znaczenia. Nic nie zrobimy, to i tak nas wyrzucą, a jak to zgłosimy, jest jakaś malutka szansa, że może coś z nim zrobią. Jestem niemalże pewien, że poza mną są tu inne osoby, które chcą być sobą i kochać na swój sposób, ale przez tego tyrana nie mogą. Nie powinno tak to wyglądać. 
- Może masz rację – powiedziałem cicho, jeszcze się do niego przytulając. Płomienie już całkowicie zostały przeze mnie wchłonięte, niczego nie spalę... chyba. Tym razem mój ogień zachowywał się zupełnie inaczej, niż ostatnim razem. Wcześniej były one pełne wściekłości i złości na mojego ojca. Teraz też byłem zły, ale pojawiło się jeszcze coś. Mikleo był w niebezpieczeństwie, i ja miałem go chronić. To było zupełnie inne uczucie... ale i tak głupie ze strony Mikleo było to, że do mnie podszedł, kiedy byłem w takim stanie. Mogła mu się stać krzywda. Wiem, że może się uleczyć, i w sumie wyszedłby z tego cały i zdrów, ale ból, który by poczuł, pozostałby z nim na długo.
- Chodźmy do burmistrza. Poprośmy o spotkanie – odpowiedział, delikatnie się ode mnie odsuwając. Wiedziałem, że to najwyższa pora, by schować skrzydła, uporządkować myśli. 
- Tak... tak, masz rację – odpowiedziałem spokojnie, ciężko wzdychając. 
Mikleo chwycił moją dłoń i poprowadził mnie w kierunku już trochę mi znanemu domkowi. Nie do końca jeszcze wiedziałem, co powiedzieć... a może po prostu prawdę? Nie, prawdę przed radą, bo jeżeli powiemy mu prawdę, może nie będzie chciał jej zebrać? Ciężko mi było stwierdzić, jak bardzo jest po jego stronie. Lepiej być ostrożnym. O ile już jakieś plotki do niego nie dotarły. Mikleo zapukał do drzwi, i chwilę musieliśmy poczekać, nim ktoś nam je otworzył. Tyle dobrego, że był w środku, a nie musieliśmy go szukać po miasteczku. Znów ludzie widzieli mój wybuch, znów będą gadać... jak już nie gadają. 
- Dzień dobry. Chcieliście czegoś? - spytał, spokojnie, z lekkim uśmiechem. Wzbudzał zaufanie, ale co, jak jest to tylko przykrywka? Sam nie wiem. 
- Dzień dobry. Chcielibyśmy poprosić o zwołanie rady – odpowiedziałem spokojnie, chociaż mój żołądek ściskał się ze stresu. A może z wściekłości? Jak sobie tylko myślę o moim ojcu, czuję złość wymieszaną ze smutkiem. Chciałem rodzinę, ojca, i moje życzenie się spełniło Gdybym jednak wiedział, jak to wygląda, wolałbym już być całe życie bez niej. Wtedy nie wiedziałem nic o sobie, i chociaż byłem skołowany, jakoś tak wszystko było łatwiejsze. 
- Cóż, rada jest bardzo zajęta. Nie możemy jej zwoływać przy każdej głupocie. Jeśli macie problem, może ja spróbuję go rozwiązać? - spytał, na co pokręciłem głowę. 
- To nie jest głupota. Zaatakowano nas, i grożono pomimo tego, że nie zrobiliśmy nic złego. Nie wydaje mi się, aby była to głupota – przyznałem, co go mocno zaskoczyło. Jeszcze o tym nie słyszał? To chyba nawet lepiej dla nas. 
- Nie jest... naprawdę chcecie wezwać radę? Może mógłbym wam pomóc w rozwiązaniu tego konfliktu? - zaproponował. 
- Wolimy to załatwić z radą. Boję się o Mikleo, że coś mu się stanie – powiedziałem pewnie, na co tylko burmistrz pokiwał głową. 
- Jeśli tak... przyjdę po was, kiedy wszystko będzie gotowe – odpowiedział, na co kiwnęliśmy głową i odeszliśmy. Teraz pozostaje nam tylko czekać...

<Owieczko? C:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Jakże w tej chwili by mi się przydał mój mały wynalazek... zaraz byśmy mieli wspaniały przepis, i wiedzielibyśmy wszystko. Mielibyśmy gotowy przepis, proporcje, czas... no, dosłownie wszystko. A tak musimy polegać na moich wspomnieniach, a to nie może się skończyć dobrze. Oby jego umiejętności to uratowały, bo kiepsko to widzę. 
- Wystarczą w zupełności sama sól i pieprz. Kucharz jeszcze czasem przygotowuje mi w kruszonym pieprzu. Tylko nie wiem, czy mamy pieprz w ziarnach do pokruszenia. Też nie wiem, jak miałbyś to zrobić – powiedziałem spokojnie, opierając się o blat. 
- No jak to gdzie? W moździerzu. Zaraz ci pokażę – powiedział z uśmiechem, wyciągając przyprawy, a także jakąś dziwną, kamienną miskę z jakimś kamiennym wałkiem. Pierwszy raz moje oczy widziały coś takiego. - Coś jeszcze do tego było?
- Nie. Sól, pieprz, oliwa z oliwek... i chyba więcej do samego steku nie nie potrzebujemy. No i dodatki, ziemniaki, pieczone lub smażone, i jakaś sałatka lekka. Jak byłem młodszy, to zamiast ziemniaków były takie grube frytki. Wiem, że ziemniaki i frytki to to samo, ale jakoś tak może ich forma będzie bardziej zachęcająca dla ciebie i babci – zaproponowałem, nie spuszczając z niego wzroku. Co on robił...? - Pamiętaj jednak o jej oczyszczeniu. Założę się, że nieprzyjemnie się je z tymi błonkami. 
- No... dobra. To ty się zajmij pieprzem, a ja tym oczyszczaniem – zdecydował, podając mi tę przedziwną misę. Na pewno do jedzenia ona nie była, była zbyt ciężka, i jakaś taka mała. No i ten przedziwny przedmiot... co ja mam z tym zrobić. - Nigdy nie widziałeś moździerza?
- To jest moździerz? – spytałem absolutnie poważnie. 
- Tak... poczekaj, pokażę ci. Wsypujesz ziarenka, czy co tam chcesz, i delikatnie tym ucierasz. Jak mocno to zależy od tego, jak ma wyglądać ten pieprz – pokazał mi wszystko, wytłumaczył, wsparł... to było takie proste, niemal naturalne. Że nie zaczął się śmiać z takiego głupka, jakim tutaj jestem, to ja podziwiam. - Widzisz? Wszystko to jest proste. 
- Nie mam pojęcia, po co ja ci tu jestem. Beze mnie poszłoby ci to znacznie lepiej, i szybciej – mruknąłem, lekko krusząc pieprz. Z tego, co kojarzę, ten pieprz był w takich sporych kawałkach. Mój panie, jakie to dziwne było. 
- O nie. Nie odpuszczę ci wspólnego gotowania – odpowiedział Haru, zajmując się mięsem. 
- Kiedy ja nic nie potrafię – mruknąłem, odkładając już gotowy pieprz. 
- Zawsze coś znajdzie się coś prostego. Obieranie, krojenie, no i smakowanie. Tylko twoim wyrafinowanym kubkom smakowym mogę zaufać – odpowiedział żartobliwie, na co pokręciłem z rozbawieniem głową. - Taki stek trzeba chyba długo smażyć, co?
- Nie. Znaczy się, zależy od preferencji. Czuję, że ty i twoja babcia będziecie woleli takie bardziej krwiste, więc tak po dwie, trzy minuty na stronę. Jak będziesz robić dla mnie, to tak może po pięć minut na stronę mi powinno wystarczyć. Co jeszcze... temperatura do smażenia musi być wysoka. I najlepiej smażyć na oliwie z oliwek. I nie wiem, co jeszcze mógłbym ci powiedzieć. Więcej raczej nie wiem – dodałem, obserwując jak sprawnie posługuje się nożem. Gotujący mężczyzna... to było coś. Na ten obrazek mógłbym patrzeć cały czas. 

<Wilczku? C:>

Od Mikleo CD Soreya

piątek, 13 lutego 2026

|
 Czułem dziwny, niemal nieznany mi dotąd spokój, gdy Sorey niepewnie przytulił mnie do siebie. Jego ruch był ostrożny, jakby bał się, że może mnie zranić, albo że ja w ostatniej chwili się odsunę. A przecież nie miałem ku temu najmniejszego powodu, jego ogień chronił mnie ale nie próbował skrzywdzić, I choć było to dziwne cieszyłam się, że ten ogień wcale nie był groźny. Nigdy mnie nie parzył. Wręcz przeciwnie, ogrzewał mnie od środka, wypełniał pustkę, którą nosiłem w sobie od lat.
Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wcześniej czuł się naprawdę bezpieczny. Zawsze byłem czujny, zawsze gotowy na to, że coś się rozpadnie. A przy nim… wszystko się zmieniło. W jego ramionach napięcie powoli opuszczało moje ciało, a myśli przestawały szarpać się w mojej głowie. Dostałem to, czego tak długo nie potrafiłem nawet nazwać poczucie, że mogę przestać walczyć. Że mogę po prostu być.
Wiedziałem, że mogę na nim polegać. Nie dlatego, że był silny. Nie dlatego, że obiecywał. Ale dlatego, że był. I to wystarczało.
- Nie… to nieprawda. Nie każdy by się poświęcił - Wyszeptałem cicho, uśmiechając się do niego łagodnie. Schowałem twarz w jego ramionach, pozwalając sobie na tę kruchą chwilę słabości. Po raz pierwszy od dawna nie czułem wstydu z powodu własnych uczuć. Czułem tylko jego ciepło. I spokój.
- Miki… Jeśli kogoś się kocha, robi się dla niego wszystko. Nawet chroni się go przed całym światem. Przed każdym złem, które mogłoby cię dopaść. - Jego głos był spokojny, ale stanowczy. - Nie martw się. Dopóki ja tu jestem, nic ci nie grozi. - Objął mnie mocniej, jakby chciał podkreślić każde wypowiedziane słowo. Odruchowo osłonił mnie swoimi potężnymi skrzydłami, odgradzając od reszty świata. W tej jednej chwili czułem się jak coś kruchego, co ktoś postanowił chronić za wszelką cenę.
Nie odpowiedziałem.
Może nie miał racji. A może wcale ją miał. W końcu to on był bardziej doświadczony, w miłości, w bliskości, w oddaniu. Ja dopiero uczyłem się tego wszystkiego przy nim. Każdego dotyku, każdego spojrzenia, każdego słowa. Wciąż czułem wstyd, że tak wiele jeszcze nie potrafię. Że czasem nie wiem, jak się zachować, jak odpowiedzieć, jak dać mu to, czego potrzebuje.
A przecież tak bardzo chciałem.
Chciałem być dla niego kimś równie silnym, jak on był dla mnie. Chciałem umieć chronić, wspierać, kochać bez wahania. Chciałem dać mu wszystko, nawet jeśli dopiero uczyłem się, jak to wszystko powinno wyglądać.
Więc tylko wtuliłem się mocniej, pozwalając, by jego skrzydła skryły mnie przed światem… i przed własnymi lękami.
- Dobrze… już dobrze. Nie rozmawiajmy o tym. - Pokręciłem lekko głową, jakbym chciał odsunąć od nas ciężar tej rozmowy. - Skupmy się lepiej na tym, co zrobił twój… - Zawahałem się na ułamek sekundy, przełykając słowo, które nie chciało przejść mi przez gardło - …Co zrobił ten człowiek. - Westchnąłem cicho, czując, jak w mojej piersi narasta coś pomiędzy gniewem a bezsilnością. - Kowal ma rację. Powinniśmy pójść do Rady i z nimi porozmawiać. Ezekiel nie może zachowywać się w ten sposób. Nie może cię stąd wyrzucać tylko dlatego, że mnie kochasz. Nie może karać cię za to, że nie jesteś taki, jakiego chciałby w tobie widzieć. To nie jest sprawiedliwe. I nie pozwolę, żebyś za to płacił. - Wyszeptałem kładąc dłonie na jego policzku.

<Pasterzyku? C:>

Od Haru CD Daisuke

|
 No dobrze, zdobyłem najważniejsze informacje, których potrzebowałem. Wiedziałem już, że nie muszę od razu brać się za mięso, wołowina mogła spokojnie poczekać jeszcze godzinę, może dwie.
- W sumie masz rację. Całkiem miło mi się tu siedzi. Po zakupach należy się chwila odpoczynku - Stwierdziłem, dostrzegając uśmiech na twarzy mojego panicza.
Nie poszedłem więc od razu do kuchni. Zamiast tego postanowiłem po prostu zostać. Spędzić czas z bliskimi. Pozwolić sobie na tę rzadką, spokojną chwilę. Sama rozmowa, zwykłe żarty i śmiech sprawiały, że czułem się lżej. Jakby na moment świat przestawał ciążyć mi na ramionach. Kochałem tych ludzi.
Babcię, bo była najwspanialszą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałem. Ciepłą, cierpliwą, silną w sposób, którego nie da się nauczyć. Jej obecność była jak bezpieczna przystań.
A Daisuke… za wszystko. Za to, że był. Że nie odwrócił się ode mnie wtedy, gdy inni to zrobili. Że nigdy nie traktował mnie jak zło konieczne. Każde uczucie, którym mnie obdarzył, przyjmowałem z wdzięcznością, czasem wręcz z niedowierzaniem. Był moim oparciem. Jedyną osobą, która nie osądziła mnie z góry tylko dlatego, że z mojego powodu zginęli moi rodzice.
Przecież tego nie chciałem. Nie zrobiłem tego celowo. Po prostu wtedy nie panowałem nad sobą i w jednej chwili odebrałem sobie wszystko, co miałem. Dom. Rodzinę. Spokój.
Minęły lata, a jednak to wciąż siedzi we mnie. Wina nie znika, nie blaknie. Czas jej nie zabrał, tylko nauczył mnie z nią żyć. I choć próbuję iść naprzód, wiem, że zawsze będę nosił w sobie cień tamtego dnia. Cień własnej winy i cudzego osądu.
A jednak, siedząc tu teraz, słuchając ich śmiechu, czując ciepło tej chwili… przez moment wierzę, że może nie jestem tylko tym błędem z przeszłości. Może jestem też kimś, kto wciąż potrafi kochać i być kochanym.
Po dwóch godzinach bezczynnego siedzenia w końcu postanowiłem wstać z kanapy. Postanawiając zabrać się do pracy nie mogąc pozwolić, aby mój panicz tylko przyglądał się z boku. Skoro powiedziałem, że będziemy gotować razem, to razem.
Nie byłem do końca pewien, jak właściwie zabrać się za wołowinę, ale uznałem, że jakoś sobie poradzimy. W końcu gotowanie to nie magia, najwyżej coś wyjdzie mniej idealnie, a będziemy się z tego śmiać.
- To co, zabieramy się do pracy? - Zapytałem, podnosząc się i wyciągając w jego stronę dłoń. - Najwyższa pora obrać ziemniaki, przygotować mięso… Może zrobię też jakąś sałatkę. Albo kapustę. Jeszcze się zastanowię. - Ujął moją rękę, choć bez większego przekonania, i powoli ruszył za mną do kuchni.
- Rób, co uważasz za słuszne. Ja nie będę ci nic wybierał. I tak nie wiem, co i jak się robi - Wyjaśnił spokojnie, jakby zdejmując z siebie odpowiedzialność.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Ta jego bezradność była niemal urocza.
- Skoro mi ufasz, zrobię wszystko najlepiej, jak potrafię - Obiecałem z nutą pewności w głosie.
Najpierw postanowiłem zająć się mięsem. Uznałem, że to ono wymaga najwięcej uwagi. Wyjąłem wołowinę, przyjrzałem się jej przez chwilę, jakby sama miała zdradzić mi, co z nią zrobić. 
- Powiedz mi proszę, czym zazwyczaj smakowała wołowina którą jadłeś? - Podpytałem, mając nadzieję, że to choć trochę pomoże mi i ułatwi pracę.

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

środa, 11 lutego 2026

|
 Z każdym jego słowem czułem coraz większą wściekłość. Nie rozumiał mnie, ani tego, kim byłem. Najlepiej, oskarżać wszystkich wokół, ale on to idealny. Oddał problem, i teraz jeszcze uważał, że może mi dyktować moje życie, mówić co mogę, a czego nie, jakby nie miał własnej woli i jeszcze obraża przy tym Mikleo. Obraża, obraża to mało powiedziane, on go próbował zaatakować. Ze mną może robić wszystko, mnie może gnoić, poniżać, katować psychicznie. Ale jego niech zostawi w spokoju.
- Też jestem ciekaw, co by powiedziała na wieść, że porzuciłeś jej syna, oddałeś go w ręce obcych ludzi – syknąłem, zaciskając palce w pięści. Możliwe, że paznokcie wbiłem w skórę do krwi, ale w tej chwili nie było to takie ważne. - To nie jego wina, że go kocham. To nie on mnie zmienił. Od zawsze taki byłem. A jeżeli jeszcze raz go zaatakujesz, spalę cię. Nie obchodzi mnie to, kim jesteś. Pierwszy i ostatni raz podniosłeś na jego rękę – dodałem, mrużąc gniewnie oczy. Czy był moim ojcem, czy zasiadał w radzie, mógłby być nawet prawą ręką Boga, nie obchodziło mnie to. Dla mojego Mikleo zrobię wszystko, obronię przed każdym. A on może to tylko zaakceptować, albo mnie wykląć. Nie wiem, czy mama by to zaakceptowała, ale to w tej chwili nie miało żadnego znaczenia. Nie żyła. Nie poznałem jej, nie wiem, jaka była. Powoływanie się na nią nie ma żadnego sensu. 
- Śmiesz mi grozić, szczeniaku? - warknął, a w jego dłoni pojawiła się kula ognia. Nie przejąłem się tym. Przyjmę każdy cios, który był wymierzony w Mikleo. Gdybym mógł, zabrałbym każdy ból, który był w niego wymierzony. 
- Ezekielu, wystarczy. Wszystko spalicie – kowal stanął pomiędzy nami, nie przejmując się ogniem. Było to w sumie logiczne, jest smokiem, to go nie skrzywdzi... chyba. A już na pewno ja nie chciałbym go skrzywdzić. Z tego, co zrozumiałem, nie do końca mnie chciał zwolnić, zrobił to na rozkaz mojego taty. Nie, nie taty.  Nie mogłem go nazywać tatą. Jaki ojciec zachowywałby się w ten sposób? 
- Albo go zostawisz, albo możecie się stąd wynosić – syknął wściekły, prostując swoje skrzydła i wznosząc się w powietrze. Powietrze dalej było gęste, ciężkie, a ja dalej byłem gotów walczyć z każdym, kto będzie chciał nas rozdzielić. 
- Powinniście zgłosić jego zachowanie do rady. Nie miał prawa się tak zachować – powiedział w końcu kowal, cicho wzdychając. - Może jak zostanie ukarany, trochę się ogarnie. W ostatnim czasie stał się straszny – dodał, przyglądając mi się z uwagą. - Też się musisz uspokoić, nim wszystko tutaj spalisz – dodał na odchodne zostawiając nas samych. Dobre rady od niego były naprawdę... przedziwne. Może faktycznie nie był taki zły? 
Zaraz po tym poczułem, jak Mikleo przytula się do moich pleców, przez co spanikowałem. Dalej byłem otoczony ogniem, a on się do mnie przytula? Czy on był normalny? 
- Miki, co ty...? - zacząłem przerażony, odwracając się w jego stronę, ale zaraz tez dostrzegłem, że mój ogień nic mu nie robi. 
- Nie martw się. Twój ogień mnie broni, nie krzywdzi – powiedział, tuląc się ufnie w moje ciało. - Dziękuję. 
- Nie masz za co. Zrobiłem tylko to, co każdy by zrobił na moim miejscu – odpowiedziałem, nieco się uspokajając, co także przełożyło się na mój ogień, który stopniowo zanikał. Ja tylko ochroniłem ukochanego... każdy by to zrobił, gdyby to chodziło o ukochaną osobę. 

<Owieczko? C:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Na jego słowa uśmiechnąłem się lekko. Szczerze wątpiłem, by udało mi się czegokolwiek nauczyć. Ja po prostu nie nadawałem się do gotowania. W życiu nie przygotowałem sobie jajecznicy, albo chociażby kanapki. Zawsze wszystko miałem pod nosem, na każde moje zawołanie i nigdy mi to nie przeszkadzało. Znaczy, może odrobinkę miałem problem w akademiku, bo tam niestety służby nie dopuszczają, ale jakoś zawsze to obchodziłem. Być może delikatnie za pomocą mocy przekonywałem moich współlokatorów, by posprzątali ładnie cały pokój, a jadałem na mieście, i ewentualnie brałem gotowe posiłki na następne dni. Przynajmniej potrafię poprawnie odgrzać jedzenie, i przygotować kawę. Tego drugiego niestety nauczyłem się właśnie w szkole, bo inaczej nie potrafiłbym normalnie egzystować. 
- Ja się nadaję do innych rzeczy niż gotowanie – powiedziałem spokojnie, drapiąc Racucha pod bródką. Ależ będzie mi tego maleństwa brakować, jak już wrócę... cóż, gdziekolwiek, czy do akademika, czy nawet do domu. Zdecydowanie jak będę mógł sprawić sobie kociaka, to tak uczynię. Nie musi być rasowy, czy magiczny, tylko żeby był. 
- Tak? Do jakich? - spytał, drażniąc kciukiem moje biodro. Taki drobny gest, a tak strasznie mi się on podobał. Właśnie w takich najdrobniejszych gestach tkwi największa moc. 
- Do myślenia, i pięknego wyglądania – powiedziałem nieco teatralnie, poprawiając swoje włosy. Oczywiście, to wszystko było specjalnie przesadne. Miałem go rozbawić, nie być śmiertelnie poważny. 
- Racja, w tym jesteś idealny – powiedział, uśmiechając się do mnie szeroko. - Jakie to szczęście, że mam ciebie. Jak będę miał problem, to go rozwiążesz, a jak będzie mi smutno, mogę sobie na ciebie popatrzeć. Same plusy – dodał, przeciągając się leniwie. 
- Idziecie teraz robić obiad? - spytała jego babcia, zwracając naszą uwagę. Trochę mnie zaskoczyła, zapomniałem, że tutaj z nami siedzi, jeśli mam być szczery. A ja takie głupoty gadam... co ona sobie pomyślała, jak powiedziałem, że nadaję się do pięknego wyglądania...? Na pewno myśli, że jestem jedynie zapatrzonym w siebie narcyzem. I w sumie, zbytnio od prawdy by to nie odbiegało. I jakim cudem ktoś taki jak Haru chce być ze mną, dalej nie wiem. Kompletnie do niego nie pasowało. 
- Nie wiem. Tak naprawdę, jeszcze nie jestem głodny, może to jeszcze chwilę poczekać – powiedziałem łagodnie, zerkając na Haru. 
- A wołowiny nie trzeba jakoś długo przygotowywać? - dopytał Haru, nad czym się chwilę zastanowiłem. 
- Cóż, zależy, co chcemy zrobić, ale raczej nie. Wybierałem dzisiaj mięso idealne na steki, a steki nie są jakoś czasochłonne. Wystarczy dobrze oczyścić, nieco przyprawić i usmażyć. I tyle. Wołowina ma to do siebie, że jak jest dobrej jakości, sama się obroni. Możemy jeszcze tu sobie poleżeć, jeżeli masz taką ochotę. Bo nie wiem, jak ty, ale mi się tu bardzo miło z tobą siedzi – przyznałem, przymykając oczy i wtulając się bardziej w jego ciało. Dzięki tym głupim rozmowom, jego bliskości i ciepłu jego ciała, czułem się lepiej. Dalej się jeszcze martwiłem, że ta cała Flora będzie próbowała mi go odebrać, ale ten lód z żołądka zniknął. A może to dzięki tej czekoladzie? Najważniejsze, że już tego uczucia we mnie nie ma. - Chwaliłeś się już swojej babci oceną z historii? Poszło ci w końcu naprawdę nieźle – dodałem, chcąc przekierować rozmowę na coś innego. Najwyższa pora, by się pochwalił swoimi osiągnięciami. 

<Wilczku? C:>

Od Mikleo CD Soreya

wtorek, 10 lutego 2026

|
Cała ta sytuacja od początku wydawała mi się podejrzana. Ojciec mojego partnera kłócił się z pracodawcą, tym samym, który zwolnił go bez najmniejszego powodu. Było w tym coś wyjątkowo okrutnego. Jakby mało było szkód, które już wyrządzili mojemu partnerowi, wciąż się że sobą kontaktowali, szeptali po kątach, jakby spiskowali przeciwko niemu.
Stałem z boku, obserwując wszystko w milczeniu, próbując wyłapać sens z krzyków, które dobiegały do nas z oddali. Głosy były podniesione, pełne gniewu i wzajemnych oskarżeń. Szybko stało się jasne, że ich sprzeczka dotyczy pracy, a dokładniej Soreya, który, jak się okazało, stracił ją przez własnego ojca.
Ta myśl uderzyła mnie jak policzek. Jak on mógł? Jak można posunąć się do czegoś takiego wobec własnego dziecka? Czy naprawdę zrobił to tylko dlatego, że jego syn jest gejem? Na serio? Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej narastała we mnie złość. To nie była zwykła zdrada, to było coś znacznie gorszego. Podłość ubrana w maskę ojcowskiej troski. Drań. I to w najczystszej postaci.
Mężczyźni, gdy tylko zauważyli, że ich obserwujemy, obdarzyli nas niezadowolonymi spojrzeniami. Powietrze momentalnie zgęstniało. Zauważyłem, jak Ezekiel zaciska dłonie w pięści, a jego szczęki napinają się, gdy rusza w naszą stronę zdecydowanym krokiem.
- To wszystko twoja wina - Warknął, wbijając we mnie spojrzenie pełne gniewu. - Ostrzegałem cię. Kazałem ci go zostawić. Gdyby nie ty, mój syn byłby normalny. - Ostatnie słowa ledwo wybrzmiały, gdy z jego dłoni buchnął ogień. Fala gorąca uderzyła w moją stronę i z pewnością by mnie dosięgła, gdyby nie nagła ściana wody, która wystrzeliła przede mną, gasząc płomienie z sykiem i kłębami pary.
- Ezekiel, uspokój się. To tylko dzieci - Kowal szybko wkroczył między nas, wyciągając rękę, jakby chciał powstrzymać anioła przed nim samym.
Ezekiel prychnął pogardliwie.
- Dzieci? - Syknął. - Zachowując się jak dorośli, więc będą traktowani jak dorośli. - Rzucił nam spojrzenie lodowate takie, z którym nie dało się dyskutować ani go podważyć. W jego oczach nie było wahania. Tylko gniew i coś jeszcze… Obrzydzenie, najwidoczniej nie potrafił znieść tego kim jest jego syn.
Mężczyzna spróbował zaatakować mnie jeszcze raz, rzucając się na mnie jakby obarczał mnie całym złem tego świata. W jego oczach nie było już rozsądku, tylko furia i desperacja.
- Zostaw go - Sorey stanął przede mną, zasłaniając mnie własnym ciałem.
Ogień wokół niego zaczął się żarzyć, pulsować jak żywy organizm, reagując na jego emocje. Po raz pierwszy widziałem go w takim stanie. I musiałem przyznać, zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. W obliczu realnego zagrożenia życia ktoś po raz pierwszy stanął w mojej obronie. Po raz pierwszy poczułem, że gdyby tylko chciał, mógłby spalić cały świat, by mnie ochronić.
I broń Boże, nie chciałbym tego. Nigdy nawet nie dopuściłbym takiej myśli do głowy. A jednak… sama świadomość, że ktoś mógłby, sprawiła, że poczułem się choć odrobinę bezpieczniej. Lepiej. Mniej samotnie.
- Nie wtrącaj się, smarkaczu. Gdyby nie on, byłbyś normalny - Warknął mężczyzna. - Co twoja matka powiedziałaby na takiego syna? - Ezekiel najwyraźniej miał własną, wypaczoną wizję całej tej sytuacji.
W jego oczach to ja byłem potworem. Tym złym. Winowajcą. A przecież nie zrobiłem niczego złego. Kochałem go. A on kochał mnie. Czy naprawdę było w tym coś, co zasługiwało na nienawiść?

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
 Rozumiałem doskonale, że mój partner mógł niepotrzebnie się martwić, niepotrzebnie dopowiadać sobie co poniektóre rzeczy. Chodziło mu chyba o to, że Flora, coś do mnie czuje a to naprawdę go niepokoiło. 
Jednak w rzeczywistości, jak już wcześniej wspominałem, nie miało to najmniejszego sensu. Ja naprawdę kocham tylko jego i nigdy nie wymieniłbym go na Florę ani na nikogo innego, nawet jeśli ona próbowałaby stosować wszystkie swoje sztuczki.
Zawsze byłem wierny i taki pozostanę, bez względu na to, co miałoby się wydarzyć. Właśnie dlatego, chcąc odwrócić jego myśli od tej dziewczyny, zaproponowałem wspólne gotowanie. Nigdy wcześniej nie przygotowywałem wołowiny, to akurat była prawda, ale wiem, że poradziłbym sobie sam. Mimo to bardzo zależy mi na tym, aby mi towarzyszył, ponieważ czuję, że wspólnie spędzony czas pomoże mu przestać myśleć o kimś, o kim tak naprawdę w ogóle nie musi myśleć.
- Myślę, że razem przygotujemy obiad. Spokojnie, w bezpiecznej atmosferze, bez żadnych szkód - Stwierdziłem, składając delikatny pocałunek na jego czole.
Mój panicz wtulił się we mnie jeszcze mocniej, jakby chciał zatrzymać tę chwilę jak najdłużej. Trwałem tak razem z nim, pozwalając ciszy mówić więcej niż słowa. Czułem, że właśnie tego obaj potrzebujemy, tej bliskości, tego poczucia bezpieczeństwa. Miałem nadzieję, że dzięki temu przestanie myśleć o Florze.
Ona naprawdę nic dla mnie nie znaczyła i nigdy nie znaczyła w tym sensie, w jakim on mógłby to odbierać. Od zawsze byliśmy tylko przyjaciółmi i nigdy nie chciałem, aby to się zmieniło. Tak naprawdę nigdy nie czułem wobec niej nic więcej i nigdy tego nie ukrywałem. Było mi dobrze tak, jak było.
Owszem, kochałem Florę, ale jak przyjaciółkę, jak siostrę. Nigdy nie patrzyłem na nią jak na kogoś, z kim chciałbym się związać. Moje uczucia od początku należały tylko do niego.
Spędziliśmy jeszcze trochę czasu w tym bezpiecznym miejscu, tylko we dwoje. Czas mijał powoli, bez pośpiechu. Było dobrze tak, jak było, i nie chciałem niczego zmieniać. Kot, który leżał na jego nogach, głośno mruczał, jakby i on czuł spokój tej chwili.
Po pewnym czasie dołączyła do nas moja babcia, chcąc po prostu spędzić z nami chwilę. Była obecna, siedziała obok, nie musiała nic mówić, sama jej obecność wystarczała i dopełniała ciszę.
- To co? Chciałbyś pomóc mi przygotować obiad? - Zapytałem, leniwie unosząc się dosyć wygodnej kanapy.
Co prawda jakieś półtorej godziny wcześniej jedliśmy śniadanie, ale biorąc pod uwagę, ile czasu zajmuje przygotowanie takiego mięsa, to chyba najwyższa pora zabrać się do pracy. Nie wiedziałem dokładnie, jak długo powinno się je robić, jednak podejrzewałem, że dobrze przygotowana, dopieszczona wołowina taka, jaką on lubi, może zająć nawet dwie, a może i trzy godziny.
Pomyślałem też, że skoro ostatnio zbyt dużo myślał, to przynajmniej teraz nie będzie miał na to przestrzeni. Zamiast roztrząsać niepotrzebne sprawy, pomoże mi w gotowaniu, czy to przy smażeniu, czy duszeniu wołowiny, w zależności od tego, na co się w końcu zdecydujemy.
- Jesteś tego naprawdę pewien? - Dopytał, przyglądając mi się z widocznym zmartwieniem swoich oczach.
- Oczywiście skarbie, przynajmniej nauczysz się czegoś nowego - Stwierdziłem, wyciągając w jego stronę swoją dłoń.

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

poniedziałek, 9 lutego 2026

|
 Miałem cichą nadzieję, że może jednak gdzieś żyje. Albo że wróciła do świata ludzi. W końcu gdyby żyła, mogłaby mi odpowiedzieć parę pytań. A tak się okazało, że przeze mnie nie żyje. Może to z tego powodu Ezekiel tak bardzo mnie nienawidzi? Jeżeli kochał mamę, a ja mu ją zabrałem... w takich sytuacjach albo się nienawidzi swojego dziecka, albo kocha jeszcze bardziej, bo jest ostatnim, co zostało po ukochanej osobie. I wyglądało na to, że on wybrał drogę nienawiści... i nawet go potrafię zrozumieć. Nie wiem, czy potrafiłbym kochać dziecko, które przypomina mi o ukochanej osobie, która nigdy do mnie nie wróci. To okrutna sytuacja. Nigdy nie chciałbym się w niej znaleźć i na szczęście będąc z Mikim nigdy to nie nastąpi. 
– Miałem nadzieję, że jednak żyje – powiedziałem cicho, odkładając książkę na swoje miejsce. – Chciałbym móc z nią porozmawiać. 
– Jest taka możliwość. Tylko, będzie to jednostronna rozmowa – powiedział cicho, a ja zrozumiałem od razu, co miał na myśli. 
– Nie widziałem tu nigdzie cmentarza. Może zmarłych chowają gdzie indziej... albo inaczej – odparłem, zasmucony tym faktem. Poza wspomnieniem w kronikach nic mi nie zostało. 
– Wydaje mi się, że twoja mama cię usłyszy, gdziekolwiek byś nie był. Potrzebujesz ciszy, odosobnionego miejsca. I na szczęście takie znamy – powiedział spokojnie, uśmiechając się delikatnie. Ta cicha zatoczka... czułem więź z tym miejscem od samego początku, kiedy tylko się tu pojawiłem. Nie wiem, dlaczego i skąd to uczucie, ale jakbym chciał z nią porozmawiać, to właśnie w tym miejscu. 
– Faktycznie... – mruknąłem, wpatrując się w zamyśleniu w grzbiet starej książki. – Chciałbym wpierw zebrać myśli. Nie chcę przyjść na rozmowę nieprzygotowany. 
– Rozumiem. Pójdziesz, kiedy tylko będziesz czuł się gotowy – odpowiedział, nie wywierając na mnie żadnej presji. 
– Wracajmy. Nic tu po nas – poprosiłem, potrzebując chwili dla siebie w bezpiecznym miejscu, a takim miejscem jest jeszcze nasz domek, póki nam go nie zabiorą. Skoro zabrano mi pracę, to tym bardziej zabraliby nam schronienie. A może właśnie powinienem jak najszybciej uporać się ze swoimi demonami? 
Mikleo pozwolił mi się pogrążyć we własnych myślach, chwycił za moją dłoń i poprowadził mnie przez uliczki. Tym razem prawie nie zwracałem uwagi na szepty. Prawie. Było to męczące, cobjqbim takiego zrobiłem? Co jest tak niezwykłego w tym, że kogoś kocham? To aż taka sensacja? Co mój tata... Ezekiel im w ogóle nagadał? 
– Zbliżają się kłopoty – cichy głos mojego chłopaka wyrwał mnie z zamyślenia. Podniosłem wzrok, i ujrzałem rozmawiającego z kowalem Ezekiela, o coś się kłócili, ale nie byłem w stanie wyłapać poszczególnych słów. Chyba to było coś o mnie, i o tym zwolnieniu...? Wyglądało to tak, jakby kowal miał wyrzuty sumienia, że mnie musiał zwolnić. 
– Nie rozumiem – mruknąłem cicho. Przecież sam twierdził, że zbyt wolno się uczę. Nie lubił mnie, chciał mnie zwolnić, mój tata spadł mu z nieba...

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Przyjąłem czekoladę od niego z delikatnym uśmiechem. Tak, tego potrzebowałem, gorącej czekolady i jego bliskości. Ta dziewczyna nie mogła mi wyjść z głowy. Sposób, w jaki potraktowała moją obecność i fakt tego, że jestem jego chłopakiem, zaniepokoił mnie. Jakbym dla niej nie istniał, albo może bardziej, jakbym nie był żadnym zagrożeniem. To było martwiące. Ona zdecydowanie będzie coś kombinować. Skoro znów go zobaczyła, łatwo nie odpuści. I w sumie, nie mogłem jej się dziwić. Po latach spotyka chłopaka, którym darzyła szczerym uczuciem, oczywiście, że nie odpuści i spróbuje go zdobyć. Ja bym zdecydowanie tak postąpił na jej miejscu... i dlatego tak bardzo byłem zmartwiony. A najgorsze, że nie mogłem tego pokazać, bo nie będzie chciał się z nią spotykać. A powinien. Powinien wychodzić, mieć znajomości, i cieszyć się życiem, jakie to powinien mieć zwykły nastolatek. To, co go spotkało, nigdy nie powinno nastąpić. Nie powinien tak cierpieć. I szkoda, że tego cierpienia nie mogłem od niego zabrać. Przejąłbym je na siebie. Ja i tak na swój sposób byłem odrzutkiem. Wszystkich interesowała głównie moja pozycja i to, co zyskają, jeśli będą mieć ze mną i moją rodziną dobre kontakty. Takie znajomości mnie nie interesowały, ale też z drugiej strony byłem świadom, że są potrzebne do egzystowania w takim świecie. I chociaż pieniądze otwierały mnóstwo dróg, ułatwiały mnóstwo spraw... nachodziły mnie myśli, by porzucić to życie. Miałem wystarczająco dużo sprytu i pomysłów, by sobie poradzić bez nich. Może nawet łatwiej byłoby się przebić z moimi wynalazkami...? Cóż, do pełnoletności mi niedużo zostało. Nie ma co teraz kombinować. Wytrwam, a wtedy będę szczęśliwy z Haru. Ułożę swoje życie na nowo, tak, jak tego chcę. 
– Dziękuję – powiedziałem cicho, po czym wziąłem pierwszy łyk. – Przepyszna. Taka, jaką chciałem. 
– Cieszę się. Mam wrażenie, że myślami jesteś gdzieś indziej – zauważył, drażniąc kciukiem moją dłoń. Jego głos był delikatny, ostrożny, jakby nie chciał mnie spłoszyć. 
– Wszystko jest w porządku – powiedziałem spokojnie, wpatrując się w czekoladę. Zdecydowanie muszę lepiej grać, bo jeszcze mi powie, że nie będzie nigdzie wychodził, a nie o to chodziło. Jeżeli ta znajomość sprawia mu przyjemność, nie mogę mu jej zakazać, a coś czuję, że byłby w stanie ją zaprzepaścić, jeżeli sprawiałaby mi przykrość. – Zmarzłem jedynie. Strasznie zimno tu macie. 
– Wypijesz, to się rozgrzejesz – stwierdził ciepło, tuląc mnie do siebie. – Dalej przejmujesz się Florą? 
– Ciężko się nią nie przejmować, kiedy darzy cię tak silnym uczuciem – powiedziałem, nie mogąc mu przecież kłamać w żywe oczy. – I wiem, ty do niej nic nie czujesz, ale nie wydawała się być przejęta faktem, że masz już kogoś. 
– Nie martw się, dobitnie jej dam znać, że mnie w ogóle nie interesuje – uspokoił mnie, po czym ucałował mnie w szyję. Nie byłem pewien, czy ją to przekona. Nie wiem, co musiałaby usłyszeć albo zobaczyć, by dać mu spokój. – Pomożesz mi później z obiadem? Kupiłeś wołowinę, a ja nie mam pojęcia, jak się przygotowuje takie mięso. 
– A myślisz, że ja mam? Ja potrafię jedynie jeść wołowinę – odpowiedziałem, delikatnie marszcząc brwi. Co on znów kombinował? 
– No, to i tak więcej ode mnie – dodał rozbawiony. Coś czułem, że to była tylko próba przekierowania moich myśli na inne tory. Chociaż, może to nie byłby taki zły pomysł? Może dzięki temu nie będę go tak martwić. 
– Jak nie boisz się, że zniszczę obiad, mogę ci pomóc, ale nic nie obiecuję. Beznadziejnie gotuję – ostrzegłem go, nie chcąc, by zmarnował przeze mnie dobre produkty. 

<Wilczku? c:>