Od Soreya CD Mikleo

piątek, 27 lutego 2026

|
 Obudziłem się... sam nie wiem, kiedy, ale jakoś tak dziwnie było. Otworzyłem oczy i okazało się, że byłem sam. Gdzie był mój Miki? Wyciągnąłem rękę i położyłem ją na materacu, który był chłodny. Czyli spałem sam przez dłuższy czas... a mieliśmy spać razem. Obiecał, że będziemy leżeć razem... dopiero po chwili do moich nozdrzy dotarł przyjemny zapach. To były podsmażane warzywa...? Chyba wyczuwałem paprykę, i cebulę. Więc dlatego go tu nie ma. Chciał mi coś przygotować. Niepotrzebnie, powinniśmy trochę się oszczędzać, a ja ten dzień jakoś bym przetrwał. Muszę jak najbardziej zminimalizować ilość jedzenia, jakie teraz spożywam. Wiem, że mam już pracę, w teorii, ale przecież do wypłaty jeszcze daleko. Zresztą, ta wypłata może mi się przydać później. Albo w ogóle jej nie zobaczę, bo nas wyrzucą. Jesteśmy w takiej głupiej, niepewnej sytuacji, a to wszystko przez to, że go kocham, że chcę z nim być, a oni tego nie akceptują. Niby się już z tym spotykałem w akademii, ale nie było to aż tak piętnowane. Nie każdemu się to podobało, owszem, ale nie miałem z tego powodu większych problemów. A tu? To wszystko przez mojego tatę. On widzi w tym coś złego, czego nie rozumiem. Nie krzywdzę jego, ani nikogo innego. Nie robię nic wbrew Mikleo, on kocha mnie, ja kocham jego. Darzymy siebie uczuciem szczerym, pięknym, czego brakuje w niejednym związku. A on twierdzi, że to coś złego, bo oboje jesteśmy facetami. 
Powoli podniosłem się do siadu, przeczesując dłonią swoje już i tak potargane włosy. Zdecydowanie najwyższa pora, by wstać. I może pomóc Mikleo. Co prawda, jestem taki raczej beznadziejny w gotowaniu, ale coś tam może będę w stanie zrobić. Coś pokroić w nieregularne kształty, pomieszać coś. Do takich prostych robótek się raczej nadaję. Wygładziłem swoją koszulę i cicho ruszyłem w stronę kuchni. Mikleo stał przy ogniu, coś mieszając i dolewając do garnka. A to było ciekawe... co on takiego tam przygotowywał? Podszedłem do niego i przytuliłem się do jego pleców. Wyczułem, jak delikatnie drgnął, ale był raczej zaskoczony tym, że wstałem. 
- Nie było cię, jak się obudziłem – mruknąłem z żalem, wtulając nos w jego włosy. Zawsze tak słodziutko pachniał, tak ciepło, tak domowo... taka wanilia, migdały, i coś jeszcze, jakieś wypieki? Nie wiem, co tam w sobie miał, ale to połączenie było niesamowite. 
- Chciałem ci przygotować obiad. Minęło trochę czasu, nim ostatni raz coś jadłeś. A skoro wracasz do pracy jako kowal, musisz mieć dużo siły – powiedział, mieszając cierpliwie ryż  z warzywami. Teraz dostrzegłem, że dolewał do niego... bulion? Ciekawe. 
- A co takiego robisz na obiad? - spytałem, wsuwając dłonie po jego koszulkę. Jego skóra była taka chłodna, i mięciutka... to było takie przyjemne uczucie, kiedy drażniłem ją swoimi rozgrzanymi dłońmi. Coś takiego zupełnie innego. Niespotykanego. Bardzo mi si się to podobało. 
- Risotto. Na bulionie warzywnym – odpowiedział, a jego głos lekko się załamał. 
- Co to w ogóle jest? Nigdy czegoś takiego nie jadłem. Skąd ty bierzesz pomysły na takie dania? - spytałem, będąc pod wielkim wrażeniem. Skąd on to wszystko bierze...? Jest naprawdę niesamowity. 

<Owieczko? C:>