Od Soreya CD Mikleo

poniedziałek, 9 lutego 2026

|
 Miałem cichą nadzieję, że może jednak gdzieś żyje. Albo że wróciła do świata ludzi. W końcu gdyby żyła, mogłaby mi odpowiedzieć parę pytań. A tak się okazało, że przeze mnie nie żyje. Może to z tego powodu Ezekiel tak bardzo mnie nienawidzi? Jeżeli kochał mamę, a ja mu ją zabrałem... w takich sytuacjach albo się nienawidzi swojego dziecka, albo kocha jeszcze bardziej, bo jest ostatnim, co zostało po ukochanej osobie. I wyglądało na to, że on wybrał drogę nienawiści... i nawet go potrafię zrozumieć. Nie wiem, czy potrafiłbym kochać dziecko, które przypomina mi o ukochanej osobie, która nigdy do mnie nie wróci. To okrutna sytuacja. Nigdy nie chciałbym się w niej znaleźć i na szczęście będąc z Mikim nigdy to nie nastąpi. 
– Miałem nadzieję, że jednak żyje – powiedziałem cicho, odkładając książkę na swoje miejsce. – Chciałbym móc z nią porozmawiać. 
– Jest taka możliwość. Tylko, będzie to jednostronna rozmowa – powiedział cicho, a ja zrozumiałem od razu, co miał na myśli. 
– Nie widziałem tu nigdzie cmentarza. Może zmarłych chowają gdzie indziej... albo inaczej – odparłem, zasmucony tym faktem. Poza wspomnieniem w kronikach nic mi nie zostało. 
– Wydaje mi się, że twoja mama cię usłyszy, gdziekolwiek byś nie był. Potrzebujesz ciszy, odosobnionego miejsca. I na szczęście takie znamy – powiedział spokojnie, uśmiechając się delikatnie. Ta cicha zatoczka... czułem więź z tym miejscem od samego początku, kiedy tylko się tu pojawiłem. Nie wiem, dlaczego i skąd to uczucie, ale jakbym chciał z nią porozmawiać, to właśnie w tym miejscu. 
– Faktycznie... – mruknąłem, wpatrując się w zamyśleniu w grzbiet starej książki. – Chciałbym wpierw zebrać myśli. Nie chcę przyjść na rozmowę nieprzygotowany. 
– Rozumiem. Pójdziesz, kiedy tylko będziesz czuł się gotowy – odpowiedział, nie wywierając na mnie żadnej presji. 
– Wracajmy. Nic tu po nas – poprosiłem, potrzebując chwili dla siebie w bezpiecznym miejscu, a takim miejscem jest jeszcze nasz domek, póki nam go nie zabiorą. Skoro zabrano mi pracę, to tym bardziej zabraliby nam schronienie. A może właśnie powinienem jak najszybciej uporać się ze swoimi demonami? 
Mikleo pozwolił mi się pogrążyć we własnych myślach, chwycił za moją dłoń i poprowadził mnie przez uliczki. Tym razem prawie nie zwracałem uwagi na szepty. Prawie. Było to męczące, cobjqbim takiego zrobiłem? Co jest tak niezwykłego w tym, że kogoś kocham? To aż taka sensacja? Co mój tata... Ezekiel im w ogóle nagadał? 
– Zbliżają się kłopoty – cichy głos mojego chłopaka wyrwał mnie z zamyślenia. Podniosłem wzrok, i ujrzałem rozmawiającego z kowalem Ezekiela, o coś się kłócili, ale nie byłem w stanie wyłapać poszczególnych słów. Chyba to było coś o mnie, i o tym zwolnieniu...? Wyglądało to tak, jakby kowal miał wyrzuty sumienia, że mnie musiał zwolnić. 
– Nie rozumiem – mruknąłem cicho. Przecież sam twierdził, że zbyt wolno się uczę. Nie lubił mnie, chciał mnie zwolnić, mój tata spadł mu z nieba...

<Owieczko? c:>