Od Mikleo CD Soreya

czwartek, 26 lutego 2026

|
To był naprawdę dobry pomysł, żebyśmy obaj się położyli. Sorey choć na chwilę zapomni o problemach, a ja, wtulony w jego ciepłe, bezpieczne ciało, przestanę myśleć o codzienności. Przy nim wszystko wydawało się prostsze, lżejsze… jakby świat na moment przestawał istnieć, zostawiając tylko nas.
- Bardzo chętnie położę się obok ciebie - Wyszeptałem cicho, muskając jego policzek delikatnym pocałunkiem. Powoli podniosłem się z jego kolan, przeciągając leniwie i czując przyjemne rozluźnienie w mięśniach. - Idziemy? - Zapytałem, wyciągając do niego dłoń.
Sorey uchwycił ją bez wahania, a jego łagodny uśmiech sprawił, że moje serce zabiło szybciej. Pozwolił mi poprowadzić się w stronę łóżka, splatając nasze palce tak naturalnie, jakby były stworzone właśnie po to, by do siebie pasować.
Położyliśmy się obok siebie, niemal natychmiast odnajdując znajomą pozycję, jakby nasze ciała znały ją na pamięć. Wtuliłem się w niego mocniej, czując bijące od niego ciepło i spokojny rytm oddechu. Wiedziałem, że musi odpocząć, że potrzebuje regeneracji i chwili wytchnienia. A ja… ja po prostu chciałem być blisko. Schować się w jego ramionach, poczuć jego zapach, wsłuchać się w ciszę, którą wypełniała tylko nasza obecność.
Potrzebowałem go bardziej, niż potrafiłem ubrać w słowa. I wiedziałem, że on potrzebował mnie tak samo. Właśnie dlatego wciąż byliśmy razem, bo w tym całym chaosie świata byliśmy dla siebie bezpieczną przystanią. Kochaliśmy się i nie wyobrażaliśmy sobie życia osobno.
Gdy Sorey zasnął, jego oddech stał się głębszy i bardziej równy. Przysunąłem się jeszcze bliżej, wsłuchując się w spokojne bicie jego serca. Ten dźwięk działał na mnie kojąco, jak najpiękniejsza melodia. Zamknąłem oczy, pozwalając, by jego ramiona objęły mnie mocniej, nawet przez sen. W tej chwili nie potrzebowałem niczego więcej. Tylko jego. I świadomości, że jesteśmy tu razem.

Obudziłem się pierwszy, jak zwykle. Przez krótką chwilę leżałem nieruchomo, wsłuchując się w spokojny oddech Soreya i czując ciepło, które wciąż po nim zostało na poduszce. Ostrożnie uniosłem się z łóżka, starając się nie poruszyć materaca zbyt gwałtownie. Nie miałem serca go budzić, wyglądał tak spokojnie, jakby w końcu odnalazł chwilę prawdziwego wytchnienia.
Poruszałem się po pomieszczeniu niemal bezszelestnie, każdy krok stawiając z uwagą. Zerkałem na niego co chwilę, upewniając się, że nadal śpi. Miękkie światło delikatnie opadało na jego twarz, podkreślając łagodność rysów, które tak dobrze znałem.
Postanowiłem przygotować obiad. Wiedziałem, że kiedy się obudzi, będzie głodny, w końcu od rana nic nie jadł. A przecież musi o siebie dbać. Myśl o tym wywołała na mojej twarzy lekki uśmiech. Jeśli sam czasem o tym zapominał, ja byłem od tego, żeby mu przypominać. Zrobiłbym wszystko, by miał siłę, by był zdrowy… by mógł się uśmiechać.
Krzątałem się cicho, krojąc składniki i mieszając w garnku, a zapach powoli wypełniał pomieszczenie. Było w tym coś kojącego, ta zwyczajność, ta troska ukryta w najprostszych gestach. Gotowanie dla niego nie było obowiązkiem. Było czymś znacznie więcej. Było moim sposobem na okazanie miłości.
Od czasu do czasu zatrzymywałem się na chwilę, nasłuchując, czy się nie obudził. Część mnie chciała, żeby jeszcze spał i odpoczywał, a druga tęskniła już za jego spojrzeniem i ciepłem jego ramion, których tak potrzebowałem.

<Pasterzyku? C:> 

Etykiety