Od Soreya CD Mikleo

sobota, 14 lutego 2026

|
 Trochę sam nie wiedziałem, jak powinienem z tym  postąpić. Niby powinniśmy to zgłosić, owszem, ale czy to coś da? Jak ma większą siłę przebicia? W końcu należy do rady, mogą nam nie uwierzyć. Chociaż, chyba kowal by mógł to potwierdzić. Wydawał się być z nami... i chyba nawet nie chciał mnie zwolnić. Tylko zrobił to na jego polecenie. To wskazywało na to, jak dużą władzę miał, i obawiałem się, jak może się to skończyć... nie, to chyba nie ma znaczenia. Nic nie zrobimy, to i tak nas wyrzucą, a jak to zgłosimy, jest jakaś malutka szansa, że może coś z nim zrobią. Jestem niemalże pewien, że poza mną są tu inne osoby, które chcą być sobą i kochać na swój sposób, ale przez tego tyrana nie mogą. Nie powinno tak to wyglądać. 
- Może masz rację – powiedziałem cicho, jeszcze się do niego przytulając. Płomienie już całkowicie zostały przeze mnie wchłonięte, niczego nie spalę... chyba. Tym razem mój ogień zachowywał się zupełnie inaczej, niż ostatnim razem. Wcześniej były one pełne wściekłości i złości na mojego ojca. Teraz też byłem zły, ale pojawiło się jeszcze coś. Mikleo był w niebezpieczeństwie, i ja miałem go chronić. To było zupełnie inne uczucie... ale i tak głupie ze strony Mikleo było to, że do mnie podszedł, kiedy byłem w takim stanie. Mogła mu się stać krzywda. Wiem, że może się uleczyć, i w sumie wyszedłby z tego cały i zdrów, ale ból, który by poczuł, pozostałby z nim na długo.
- Chodźmy do burmistrza. Poprośmy o spotkanie – odpowiedział, delikatnie się ode mnie odsuwając. Wiedziałem, że to najwyższa pora, by schować skrzydła, uporządkować myśli. 
- Tak... tak, masz rację – odpowiedziałem spokojnie, ciężko wzdychając. 
Mikleo chwycił moją dłoń i poprowadził mnie w kierunku już trochę mi znanemu domkowi. Nie do końca jeszcze wiedziałem, co powiedzieć... a może po prostu prawdę? Nie, prawdę przed radą, bo jeżeli powiemy mu prawdę, może nie będzie chciał jej zebrać? Ciężko mi było stwierdzić, jak bardzo jest po jego stronie. Lepiej być ostrożnym. O ile już jakieś plotki do niego nie dotarły. Mikleo zapukał do drzwi, i chwilę musieliśmy poczekać, nim ktoś nam je otworzył. Tyle dobrego, że był w środku, a nie musieliśmy go szukać po miasteczku. Znów ludzie widzieli mój wybuch, znów będą gadać... jak już nie gadają. 
- Dzień dobry. Chcieliście czegoś? - spytał, spokojnie, z lekkim uśmiechem. Wzbudzał zaufanie, ale co, jak jest to tylko przykrywka? Sam nie wiem. 
- Dzień dobry. Chcielibyśmy poprosić o zwołanie rady – odpowiedziałem spokojnie, chociaż mój żołądek ściskał się ze stresu. A może z wściekłości? Jak sobie tylko myślę o moim ojcu, czuję złość wymieszaną ze smutkiem. Chciałem rodzinę, ojca, i moje życzenie się spełniło Gdybym jednak wiedział, jak to wygląda, wolałbym już być całe życie bez niej. Wtedy nie wiedziałem nic o sobie, i chociaż byłem skołowany, jakoś tak wszystko było łatwiejsze. 
- Cóż, rada jest bardzo zajęta. Nie możemy jej zwoływać przy każdej głupocie. Jeśli macie problem, może ja spróbuję go rozwiązać? - spytał, na co pokręciłem głowę. 
- To nie jest głupota. Zaatakowano nas, i grożono pomimo tego, że nie zrobiliśmy nic złego. Nie wydaje mi się, aby była to głupota – przyznałem, co go mocno zaskoczyło. Jeszcze o tym nie słyszał? To chyba nawet lepiej dla nas. 
- Nie jest... naprawdę chcecie wezwać radę? Może mógłbym wam pomóc w rozwiązaniu tego konfliktu? - zaproponował. 
- Wolimy to załatwić z radą. Boję się o Mikleo, że coś mu się stanie – powiedziałem pewnie, na co tylko burmistrz pokiwał głową. 
- Jeśli tak... przyjdę po was, kiedy wszystko będzie gotowe – odpowiedział, na co kiwnęliśmy głową i odeszliśmy. Teraz pozostaje nam tylko czekać...

<Owieczko? C:>

Etykiety