Tuliłem do siebie Mikleo, wpatrując się w podłogę. Teraz musieliśmy poczekać na jakiekolwiek wiadomości... o ile je w ogóle otrzymamy. Jak nie, to na odchodne mogę zrobić tutaj małe zamieszanie i kłótnię. Skoro nic do stracenia nie będziemy mieć, to niech chociaż wszyscy wiedzą, jaki naprawdę jest Ezekiel. I że atakuje ludzi tak naprawdę bez powodu, jak zwykły furiat.
Głaskałem Mikleo po ramieniu, czekając na... sam nie wiem, na co. Nie miałem ani głowy do czegokolwiek, ani chociażby ochoty. Czułem w żołądku ten charakterystyczny uścisk, który wiązał się ze stresem. Wszystko, na czym się teraz mogłem kupić, to na czekaniu. To nastąpi jeszcze dzisiaj? A może dopiero jutro? Albo może później, za parę dni? Mój panie, przecież ja tu się zamęczę.
– Może coś porobimy? – zaproponował w pewnym momencie Mikleo, za co go trochę podziwiałem. – Coś... może do jedzenia?
– Czuję, że nic nie przełknę z tego stresu – przyznałem, cicho wzdychając. – Nie będę się w stanie na niczym skupić.
– Wiem... Czuję – powiedział, ostrożnie wślizgując się na moje kolana. – Damy sobie radę. Niezależnie od wszystkiego, będziemy razem, a wtedy wszystko się ułoży.
– Tak właściwie... to odkąd jesteśmy razem, to mało co się układa. Mamy tylko ułudę, że wszystko się układa. To chyba moja wina, przynoszę pecha – powiedziałem cicho, spuszczając wzrok. Najpierw ktoś go zaatakował w jednej z tej wiosek, teraz atakuje go mój tata, i do tego jeszcze mu grozi, najprawdopodobniej będziemy musieli szukać innego miejsca, tuż przed zimą. Dla niego to bez różnicy, ale dla mnie? Nie przesadzę, jeżeli powiem, że może być to dla mnie śmiertelne.
– To mi nie przeszkadza. Lubię mojego pechowca – odpowiedział, uśmiechając się ładnie. – Zresztą, ja tam kojarzę znacznie więcej miłych wydarzeń niż niemiłych.
– Dwa razy ktoś cię zaatakował. To chyba swą razy więcej niż przez całe twoje życie – wyjaśniłem, poprawiając kosmyki jego włosów, które delikatnie opadały na jego twarz.
– Może i, ale za każdym tym razem miałem obok siebie wspaniałego obrońcę. Przy nim nie muszę się o nic martwić – odpowiedział, tuląc się do mnie. Miło, że mnie tak postrzega, ale zbyt bardzo mi ufa.
– Mam nadzieję, że zawsze będę przy tobie, by móc cię chronić. Obym się nigdy nie spóźnił – wyszeptałem, obawiając się tego strasznie. Wiem, że potrafi się obronić, ale... Jakże strasznie się o niego martwiłem. A jak Ezekiel nie zrezygnuje? Jak spróbuje znów coś mu zrobić, bo to przecież przez niego jestem taki, jaki jestem... Czemu on tak bardzo nie może się pogodzić z faktem, że po prostu preferuję mężczyzn? Tak bardzo przeraża go fakt, że troszkę odbiegam od reszty?
– Nie spóźnisz – stwierdził pewnie, uśmiechając się do mnie szeroko. – Poza tym, potrafię się bronić, i wytrzymam, dopóki nie nadejdziesz.
– Martwię się, że jeszcze Ezekiel będzie cię gnębił. Że jeszcze spróbuje coś ci zrobić. Wydawał się być naprawdę... wściekł. I to też nie jest ktoś, kto łatwo się poddaje – dodałem cicho, spuszczając wzrok.
<Owieczko? c;>