Od Mikleo CD Soreya

niedziela, 15 lutego 2026

|
Miałem nadzieję, że burmistrz naprawdę zwoła radę, a nie tylko rzucił te słowa, żeby nas spławić i mieć problem z głowy. Ojciec Soreya zachował się haniebnie. Gdyby nie to, że Kowal stanął po naszej stronie, Ezekiel mógłby naprawdę nas skrzywdzić. A my… nie bylibyśmy w stanie się przed nim obronić.
Cisza, która zapadła po wszystkim, była ciężka jak burzowe chmury wiszące nisko nad miastem.
- Myślisz, że burmistrz faktycznie zwoła radę? - Zapytał cicho Sorey.
To było trudne pytanie. Takie, na które nie da się odpowiedzieć bez ryzyka, że zrani się drugą osobę. Spojrzałem na niego i zobaczyłem w jego oczach coś, czego bałem się najbardziej nadzieję. Nie chciałem go okłamywać. Nie chciałem mówić, że będzie dobrze, skoro sam nie miałem pojęcia, jak to się skończy.
Westchnąłem cicho.
- Szczerze mówiąc, Sorey… nie wiem. Mam nadzieję, że nas nie oszuka i rzeczywiście wezwie radę. Ale jeśli tego nie zrobi… - Urwałem na moment, czując, jak ściska mnie w gardle. - Wtedy chyba będziemy musieli odejść. Ezekiel nie da nam wyboru. Będzie naciskał, aż zmusi nas, żebyśmy się rozstali… albo opuścili to miejsce na zawsze. - Ująłem jego dłoń i splótłem nasze palce. Była ciepła, znajoma, bezpieczna. Dłoń mężczyzny, z którym chciałbym przeżyć całe życie.
Wiem, że to mężczyzna. Wiem też, co mówią inni. Że nie powinienem. Że to nie po bożemu. Że to grzech.
Ale czy kiedykolwiek sam Bóg powiedział, że kochać drugiego mężczyznę jest czymś złym? Czy gdziekolwiek wyraźnie potępił miłość, która nie krzywdzi, która daje siłę, która sprawia, że człowiek chce być lepszy?
Nigdy nie znalazłem takich słów.
A jeśli miłość jest darem, to czy może być zła tylko dlatego, że nie mieści się w czyichś zasadach?
Ścisnąłem jego dłoń mocniej, jakbym chciał w ten sposób obiecać, że bez względu na wszystko nie puszczę.
Choćby cały świat stanął przeciwko nam.
Sorey westchnął cicho, po czym przyciągnął mnie bliżej. Objął tak, jakby chciał osłonić mnie przed całym światem. Pochylił się i delikatnie pocałował mnie w czoło, w tym geście było więcej obietnicy niż w jakichkolwiek słowach. Jakby chciał mi powiedzieć, że bez względu na to, co się stanie, wszystko jakoś się ułoży. Bo przecież mamy siebie.
- Zresztą… nieważne, co się wydarzy - Powiedział cicho. - Ezekiel nas nie rozdzieli. Jesteś ze mną. Zawsze byłeś. Nigdy mnie nie oceniałeś, nigdy nie próbowałeś zmieniać. Byłeś przy mnie wtedy, kiedy nikt inny nie był. - Uśmiechnął się lekko. - Byłeś moją rodziną. Chyba jedyną, jakiej naprawdę potrzebowałem. I jedyną, jaką chcę mieć. - Patrzył na mnie tak, jakby chciał sprawić, żebym uwierzył w każde jego słowo. Uśmiechał się delikatnie, starając się zachowywać tak, jakby nic się nie stało. Udaje silnego i robi to naprawdę dobrze. Ale przy mnie nie musi udawać. Może być szczery. Może być słaby. Może się bać. A mimo to cieszę się, że próbuje się trzymać. Że nie pozwala, by strach odebrał mu tę łagodność, którą w sobie nosi. Ścisnąłem go mocniej, chowając twarz w jego ramieniu. Jeśli mamy przetrwać to, co nadchodzi, przetrwamy razem.
 Cieszę się, że mogę być dla ciebie wsparciem… tak samo jak ty jesteś dla mnie - Wyszeptałem.Nie czekałem na odpowiedź. Stanąłem na palcach i delikatnie pocałowałem jego usta. Powoli, bez pośpiechu, jakby świat na chwilę przestał istnieć.

<Pasterzyku? C:>