Od Haru CD Daisuke

piątek, 13 lutego 2026

|
 No dobrze, zdobyłem najważniejsze informacje, których potrzebowałem. Wiedziałem już, że nie muszę od razu brać się za mięso, wołowina mogła spokojnie poczekać jeszcze godzinę, może dwie.
- W sumie masz rację. Całkiem miło mi się tu siedzi. Po zakupach należy się chwila odpoczynku - Stwierdziłem, dostrzegając uśmiech na twarzy mojego panicza.
Nie poszedłem więc od razu do kuchni. Zamiast tego postanowiłem po prostu zostać. Spędzić czas z bliskimi. Pozwolić sobie na tę rzadką, spokojną chwilę. Sama rozmowa, zwykłe żarty i śmiech sprawiały, że czułem się lżej. Jakby na moment świat przestawał ciążyć mi na ramionach. Kochałem tych ludzi.
Babcię, bo była najwspanialszą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałem. Ciepłą, cierpliwą, silną w sposób, którego nie da się nauczyć. Jej obecność była jak bezpieczna przystań.
A Daisuke… za wszystko. Za to, że był. Że nie odwrócił się ode mnie wtedy, gdy inni to zrobili. Że nigdy nie traktował mnie jak zło konieczne. Każde uczucie, którym mnie obdarzył, przyjmowałem z wdzięcznością, czasem wręcz z niedowierzaniem. Był moim oparciem. Jedyną osobą, która nie osądziła mnie z góry tylko dlatego, że z mojego powodu zginęli moi rodzice.
Przecież tego nie chciałem. Nie zrobiłem tego celowo. Po prostu wtedy nie panowałem nad sobą i w jednej chwili odebrałem sobie wszystko, co miałem. Dom. Rodzinę. Spokój.
Minęły lata, a jednak to wciąż siedzi we mnie. Wina nie znika, nie blaknie. Czas jej nie zabrał, tylko nauczył mnie z nią żyć. I choć próbuję iść naprzód, wiem, że zawsze będę nosił w sobie cień tamtego dnia. Cień własnej winy i cudzego osądu.
A jednak, siedząc tu teraz, słuchając ich śmiechu, czując ciepło tej chwili… przez moment wierzę, że może nie jestem tylko tym błędem z przeszłości. Może jestem też kimś, kto wciąż potrafi kochać i być kochanym.
Po dwóch godzinach bezczynnego siedzenia w końcu postanowiłem wstać z kanapy. Postanawiając zabrać się do pracy nie mogąc pozwolić, aby mój panicz tylko przyglądał się z boku. Skoro powiedziałem, że będziemy gotować razem, to razem.
Nie byłem do końca pewien, jak właściwie zabrać się za wołowinę, ale uznałem, że jakoś sobie poradzimy. W końcu gotowanie to nie magia, najwyżej coś wyjdzie mniej idealnie, a będziemy się z tego śmiać.
- To co, zabieramy się do pracy? - Zapytałem, podnosząc się i wyciągając w jego stronę dłoń. - Najwyższa pora obrać ziemniaki, przygotować mięso… Może zrobię też jakąś sałatkę. Albo kapustę. Jeszcze się zastanowię. - Ujął moją rękę, choć bez większego przekonania, i powoli ruszył za mną do kuchni.
- Rób, co uważasz za słuszne. Ja nie będę ci nic wybierał. I tak nie wiem, co i jak się robi - Wyjaśnił spokojnie, jakby zdejmując z siebie odpowiedzialność.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Ta jego bezradność była niemal urocza.
- Skoro mi ufasz, zrobię wszystko najlepiej, jak potrafię - Obiecałem z nutą pewności w głosie.
Najpierw postanowiłem zająć się mięsem. Uznałem, że to ono wymaga najwięcej uwagi. Wyjąłem wołowinę, przyjrzałem się jej przez chwilę, jakby sama miała zdradzić mi, co z nią zrobić. 
- Powiedz mi proszę, czym zazwyczaj smakowała wołowina którą jadłeś? - Podpytałem, mając nadzieję, że to choć trochę pomoże mi i ułatwi pracę.

<Paniczu? C:>