Z każdym jego słowem czułem coraz większą wściekłość. Nie rozumiał mnie, ani tego, kim byłem. Najlepiej, oskarżać wszystkich wokół, ale on to idealny. Oddał problem, i teraz jeszcze uważał, że może mi dyktować moje życie, mówić co mogę, a czego nie, jakby nie miał własnej woli i jeszcze obraża przy tym Mikleo. Obraża, obraża to mało powiedziane, on go próbował zaatakować. Ze mną może robić wszystko, mnie może gnoić, poniżać, katować psychicznie. Ale jego niech zostawi w spokoju.
- Też jestem ciekaw, co by powiedziała na wieść, że porzuciłeś jej syna, oddałeś go w ręce obcych ludzi – syknąłem, zaciskając palce w pięści. Możliwe, że paznokcie wbiłem w skórę do krwi, ale w tej chwili nie było to takie ważne. - To nie jego wina, że go kocham. To nie on mnie zmienił. Od zawsze taki byłem. A jeżeli jeszcze raz go zaatakujesz, spalę cię. Nie obchodzi mnie to, kim jesteś. Pierwszy i ostatni raz podniosłeś na jego rękę – dodałem, mrużąc gniewnie oczy. Czy był moim ojcem, czy zasiadał w radzie, mógłby być nawet prawą ręką Boga, nie obchodziło mnie to. Dla mojego Mikleo zrobię wszystko, obronię przed każdym. A on może to tylko zaakceptować, albo mnie wykląć. Nie wiem, czy mama by to zaakceptowała, ale to w tej chwili nie miało żadnego znaczenia. Nie żyła. Nie poznałem jej, nie wiem, jaka była. Powoływanie się na nią nie ma żadnego sensu.
- Śmiesz mi grozić, szczeniaku? - warknął, a w jego dłoni pojawiła się kula ognia. Nie przejąłem się tym. Przyjmę każdy cios, który był wymierzony w Mikleo. Gdybym mógł, zabrałbym każdy ból, który był w niego wymierzony.
- Ezekielu, wystarczy. Wszystko spalicie – kowal stanął pomiędzy nami, nie przejmując się ogniem. Było to w sumie logiczne, jest smokiem, to go nie skrzywdzi... chyba. A już na pewno ja nie chciałbym go skrzywdzić. Z tego, co zrozumiałem, nie do końca mnie chciał zwolnić, zrobił to na rozkaz mojego taty. Nie, nie taty. Nie mogłem go nazywać tatą. Jaki ojciec zachowywałby się w ten sposób?
- Albo go zostawisz, albo możecie się stąd wynosić – syknął wściekły, prostując swoje skrzydła i wznosząc się w powietrze. Powietrze dalej było gęste, ciężkie, a ja dalej byłem gotów walczyć z każdym, kto będzie chciał nas rozdzielić.
- Powinniście zgłosić jego zachowanie do rady. Nie miał prawa się tak zachować – powiedział w końcu kowal, cicho wzdychając. - Może jak zostanie ukarany, trochę się ogarnie. W ostatnim czasie stał się straszny – dodał, przyglądając mi się z uwagą. - Też się musisz uspokoić, nim wszystko tutaj spalisz – dodał na odchodne zostawiając nas samych. Dobre rady od niego były naprawdę... przedziwne. Może faktycznie nie był taki zły?
Zaraz po tym poczułem, jak Mikleo przytula się do moich pleców, przez co spanikowałem. Dalej byłem otoczony ogniem, a on się do mnie przytula? Czy on był normalny?
- Miki, co ty...? - zacząłem przerażony, odwracając się w jego stronę, ale zaraz tez dostrzegłem, że mój ogień nic mu nie robi.
- Nie martw się. Twój ogień mnie broni, nie krzywdzi – powiedział, tuląc się ufnie w moje ciało. - Dziękuję.
- Nie masz za co. Zrobiłem tylko to, co każdy by zrobił na moim miejscu – odpowiedziałem, nieco się uspokajając, co także przełożyło się na mój ogień, który stopniowo zanikał. Ja tylko ochroniłem ukochanego... każdy by to zrobił, gdyby to chodziło o ukochaną osobę.
<Owieczko? C:>