Od Mikleo CD Soreya

piątek, 13 lutego 2026

|
 Czułem dziwny, niemal nieznany mi dotąd spokój, gdy Sorey niepewnie przytulił mnie do siebie. Jego ruch był ostrożny, jakby bał się, że może mnie zranić, albo że ja w ostatniej chwili się odsunę. A przecież nie miałem ku temu najmniejszego powodu, jego ogień chronił mnie ale nie próbował skrzywdzić, I choć było to dziwne cieszyłam się, że ten ogień wcale nie był groźny. Nigdy mnie nie parzył. Wręcz przeciwnie, ogrzewał mnie od środka, wypełniał pustkę, którą nosiłem w sobie od lat.
Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wcześniej czuł się naprawdę bezpieczny. Zawsze byłem czujny, zawsze gotowy na to, że coś się rozpadnie. A przy nim… wszystko się zmieniło. W jego ramionach napięcie powoli opuszczało moje ciało, a myśli przestawały szarpać się w mojej głowie. Dostałem to, czego tak długo nie potrafiłem nawet nazwać poczucie, że mogę przestać walczyć. Że mogę po prostu być.
Wiedziałem, że mogę na nim polegać. Nie dlatego, że był silny. Nie dlatego, że obiecywał. Ale dlatego, że był. I to wystarczało.
- Nie… to nieprawda. Nie każdy by się poświęcił - Wyszeptałem cicho, uśmiechając się do niego łagodnie. Schowałem twarz w jego ramionach, pozwalając sobie na tę kruchą chwilę słabości. Po raz pierwszy od dawna nie czułem wstydu z powodu własnych uczuć. Czułem tylko jego ciepło. I spokój.
- Miki… Jeśli kogoś się kocha, robi się dla niego wszystko. Nawet chroni się go przed całym światem. Przed każdym złem, które mogłoby cię dopaść. - Jego głos był spokojny, ale stanowczy. - Nie martw się. Dopóki ja tu jestem, nic ci nie grozi. - Objął mnie mocniej, jakby chciał podkreślić każde wypowiedziane słowo. Odruchowo osłonił mnie swoimi potężnymi skrzydłami, odgradzając od reszty świata. W tej jednej chwili czułem się jak coś kruchego, co ktoś postanowił chronić za wszelką cenę.
Nie odpowiedziałem.
Może nie miał racji. A może wcale ją miał. W końcu to on był bardziej doświadczony, w miłości, w bliskości, w oddaniu. Ja dopiero uczyłem się tego wszystkiego przy nim. Każdego dotyku, każdego spojrzenia, każdego słowa. Wciąż czułem wstyd, że tak wiele jeszcze nie potrafię. Że czasem nie wiem, jak się zachować, jak odpowiedzieć, jak dać mu to, czego potrzebuje.
A przecież tak bardzo chciałem.
Chciałem być dla niego kimś równie silnym, jak on był dla mnie. Chciałem umieć chronić, wspierać, kochać bez wahania. Chciałem dać mu wszystko, nawet jeśli dopiero uczyłem się, jak to wszystko powinno wyglądać.
Więc tylko wtuliłem się mocniej, pozwalając, by jego skrzydła skryły mnie przed światem… i przed własnymi lękami.
- Dobrze… już dobrze. Nie rozmawiajmy o tym. - Pokręciłem lekko głową, jakbym chciał odsunąć od nas ciężar tej rozmowy. - Skupmy się lepiej na tym, co zrobił twój… - Zawahałem się na ułamek sekundy, przełykając słowo, które nie chciało przejść mi przez gardło - …Co zrobił ten człowiek. - Westchnąłem cicho, czując, jak w mojej piersi narasta coś pomiędzy gniewem a bezsilnością. - Kowal ma rację. Powinniśmy pójść do Rady i z nimi porozmawiać. Ezekiel nie może zachowywać się w ten sposób. Nie może cię stąd wyrzucać tylko dlatego, że mnie kochasz. Nie może karać cię za to, że nie jesteś taki, jakiego chciałby w tobie widzieć. To nie jest sprawiedliwe. I nie pozwolę, żebyś za to płacił. - Wyszeptałem kładąc dłonie na jego policzku.

<Pasterzyku? C:>

Etykiety