Od Mikleo CD Soreya

wtorek, 10 lutego 2026

|
Cała ta sytuacja od początku wydawała mi się podejrzana. Ojciec mojego partnera kłócił się z pracodawcą, tym samym, który zwolnił go bez najmniejszego powodu. Było w tym coś wyjątkowo okrutnego. Jakby mało było szkód, które już wyrządzili mojemu partnerowi, wciąż się że sobą kontaktowali, szeptali po kątach, jakby spiskowali przeciwko niemu.
Stałem z boku, obserwując wszystko w milczeniu, próbując wyłapać sens z krzyków, które dobiegały do nas z oddali. Głosy były podniesione, pełne gniewu i wzajemnych oskarżeń. Szybko stało się jasne, że ich sprzeczka dotyczy pracy, a dokładniej Soreya, który, jak się okazało, stracił ją przez własnego ojca.
Ta myśl uderzyła mnie jak policzek. Jak on mógł? Jak można posunąć się do czegoś takiego wobec własnego dziecka? Czy naprawdę zrobił to tylko dlatego, że jego syn jest gejem? Na serio? Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej narastała we mnie złość. To nie była zwykła zdrada, to było coś znacznie gorszego. Podłość ubrana w maskę ojcowskiej troski. Drań. I to w najczystszej postaci.
Mężczyźni, gdy tylko zauważyli, że ich obserwujemy, obdarzyli nas niezadowolonymi spojrzeniami. Powietrze momentalnie zgęstniało. Zauważyłem, jak Ezekiel zaciska dłonie w pięści, a jego szczęki napinają się, gdy rusza w naszą stronę zdecydowanym krokiem.
- To wszystko twoja wina - Warknął, wbijając we mnie spojrzenie pełne gniewu. - Ostrzegałem cię. Kazałem ci go zostawić. Gdyby nie ty, mój syn byłby normalny. - Ostatnie słowa ledwo wybrzmiały, gdy z jego dłoni buchnął ogień. Fala gorąca uderzyła w moją stronę i z pewnością by mnie dosięgła, gdyby nie nagła ściana wody, która wystrzeliła przede mną, gasząc płomienie z sykiem i kłębami pary.
- Ezekiel, uspokój się. To tylko dzieci - Kowal szybko wkroczył między nas, wyciągając rękę, jakby chciał powstrzymać anioła przed nim samym.
Ezekiel prychnął pogardliwie.
- Dzieci? - Syknął. - Zachowując się jak dorośli, więc będą traktowani jak dorośli. - Rzucił nam spojrzenie lodowate takie, z którym nie dało się dyskutować ani go podważyć. W jego oczach nie było wahania. Tylko gniew i coś jeszcze… Obrzydzenie, najwidoczniej nie potrafił znieść tego kim jest jego syn.
Mężczyzna spróbował zaatakować mnie jeszcze raz, rzucając się na mnie jakby obarczał mnie całym złem tego świata. W jego oczach nie było już rozsądku, tylko furia i desperacja.
- Zostaw go - Sorey stanął przede mną, zasłaniając mnie własnym ciałem.
Ogień wokół niego zaczął się żarzyć, pulsować jak żywy organizm, reagując na jego emocje. Po raz pierwszy widziałem go w takim stanie. I musiałem przyznać, zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. W obliczu realnego zagrożenia życia ktoś po raz pierwszy stanął w mojej obronie. Po raz pierwszy poczułem, że gdyby tylko chciał, mógłby spalić cały świat, by mnie ochronić.
I broń Boże, nie chciałbym tego. Nigdy nawet nie dopuściłbym takiej myśli do głowy. A jednak… sama świadomość, że ktoś mógłby, sprawiła, że poczułem się choć odrobinę bezpieczniej. Lepiej. Mniej samotnie.
- Nie wtrącaj się, smarkaczu. Gdyby nie on, byłbyś normalny - Warknął mężczyzna. - Co twoja matka powiedziałaby na takiego syna? - Ezekiel najwyraźniej miał własną, wypaczoną wizję całej tej sytuacji.
W jego oczach to ja byłem potworem. Tym złym. Winowajcą. A przecież nie zrobiłem niczego złego. Kochałem go. A on kochał mnie. Czy naprawdę było w tym coś, co zasługiwało na nienawiść?

<Pasterzyku? C:> 

Etykiety