Ezekiel… tak, był problemem. Sporym problemem. Ale wierzę, że sobie poradzimy. Zrobimy wszystko, co tylko będzie w naszej mocy, żeby się przed nim ochronić. Niezależnie od tego, co zrobi albo co powie, ja nie opuszczę Soreya. Kocham go. I wiem, że on kocha mnie. Jestem w stanie zrobić dla niego wszystko, nawet jeśli nie zawsze potrafię to rozsądnie wyrazić. Chcę, żeby był moją drugą połową. I wiem, że on tego chce tak samo mocno, jak ja.
- Nie przejmuj się nim. Razem naprawdę damy radę. W końcu mamy wszystko, czego potrzebujemy… mamy siebie. A tego kawałka sernika nikt nie rozdzieli. - Dopiero po chwili dotarło do mnie, co właściwie powiedziałem. Oczywiście nie planowałem porównywać nas do sernika. To jakoś samo wyszło. Chyba zgłodniałem… albo zjadłem za dużo słodkiego. Wiem, że to zupełnie nieodpowiedni moment na takie rzeczy, ale czasem myśli po prostu przychodzą i już. Nie zawsze te najmądrzejsze.
- Sernika? - Spojrzał na mnie z niedowierzaniem. - Dlaczego porównujesz całą naszą sytuację do sernika? - Właściwie sam zadałbym to pytanie, gdybym usłyszał coś takiego z czyichś ust.
- Sam nie wiem… - Westchnąłem cicho. - Chyba skojarzyło mi się z tym, że sernik składa się z różnych części. I dopiero kiedy są razem, tworzą całość. Osobno to tylko składniki. Razem… coś, co ma sens.
Patrzył na mnie tak, jakby próbował zrozumieć, ale widziałem w jego oczach lekkie zagubienie. Szczerze mówiąc, sam do końca nie wiedziałem, co próbuję powiedzieć.
- Przepraszam. Nie słuchaj mnie - Zaśmiałem się nerwowo. - Chyba trochę mi odbija. - Uśmiechnąłem się do niego przepraszająco. Byłem zmęczony. Zestresowany całą sytuacją z Ezekielem. Może właśnie dlatego moje myśli plątały się i uciekały w absurdalne metafory. Czasem łatwiej mówić o serniku niż o strachu.
Sorey pokręcił głową z lekkim rozbawieniem, a w jego oczach zatańczyły ciepłe iskry. Pochylił się nade mną i złożył delikatny pocałunek na moim czole, spokojny, czuły, jakby tym jednym gestem chciał powiedzieć więcej niż tysiącem słów.
Ewidentnie bawiło go to, co przed chwilą usłyszał. Kąciki jego ust drgnęły, jakby powstrzymywał śmiech, ale w tym rozbawieniu nie było ani krzty złośliwości. Nie skrytykował mnie. Nie wyśmiał. Nie wypomniał mi tej nieszczęsnej metafory.
I może to dobrze. Bo i tak czułem się wystarczająco głupio z tym, że w takiej chwili wypaliłem z sernikiem.
Spuściłem wzrok, czując jak ciepło wlewa mi się na policzki. Przez moment miałem ochotę zapaść się pod ziemię. A jednak jego dłoń, która wciąż spoczywała przy mojej twarzy, była jak cichy dowód, że nie ma się czego wstydzić.
- Kocham cię, owieczko - Wyszeptał, a jego głos był tak cichy, że niemal zlał się z oddechem.
Przyciągnął mnie bliżej, obejmując mocniej, jakby chciał ukryć mnie w ramionach przed całym światem. Oparłem policzek o jego pierś, wsłuchując się w spokojne bicie jego serca, które w tej chwili było jedyną rzeczą zdolną uciszyć mój niepokój. - Kocham cię. I będę cię chronić przed moim ojcem, za dnia i nocą - Dodał z determinacją, której wcześniej u niego nie słyszałem.
Splecionymi dłońmi ruszyliśmy w stronę chatki. Tam, z dala od spojrzeń i zagrożeń, mogliśmy po prostu być razem. Oddychać tym samym powietrzem. Udawać przez chwilę, że nic nie jest w stanie nas rozdzielić.
<Pasterzyku? C:>