Doskonale potrafiłem czytać między wierszami. Rozumiałem, co miał na myśli, kiedy budował zdania w taki, a nie inny sposób. Nie byłem głupi. I na pewno nie urodziłem się wczoraj. Zrozumiałem, że zaczyna brakować nam pieniędzy, a to oznaczało jedno, trzeba jak najszybciej znaleźć pracę.
Powinienem był już dziś porozmawiać z kobietą w bibliotece, tam gdzie planowałem ostatnio rozpocząć pracę. Miałem okazję, wystarczyło podejść i zapytać. Ale przez stres i nerwy zupełnie o tym zapomniałem. Myśli krążyły tylko wokół jednego, jak zapewnić nam przetrwanie.
Jutro będę musiał to zrobić. Dla nas. Dla siebie i dla mojego partnera, który jest częścią całego mojego życia. Bez niego nie wyobrażam sobie ani jednego dnia. Sama świadomość, że mógłby cierpieć przeze mnie, była nie do zniesienia.
Chciałem już powiedzieć to wszystko na głos, podzielić się z nim swoimi obawami, kiedy ciszę przerwało ciche, niepewne pukanie do drzwi. Zamarłem.
Zdziwiony spojrzałem na partnera, a on odwzajemnił spojrzenie, wyraźnie dając mi do zrozumienia, że nie ma pojęcia, kto może stać po drugiej stronie.
- Zostań tutaj. Zaraz sprawdzę, kto to - Powiedział spokojnie, choć w jego głosie wyczułem napięcie.
Skinąłem głową i usiadłem na łóżku, splatając dłonie na kolanach. Serce biło mi coraz szybciej. A co jeśli, jego ojciec postanowił tu przyjść? Co jeśli będzie robił wszystko nawet w tej chwili aby nas rozdzielić? Ta myśl bardzo mnie przerażała, miałem nadzieję że nie odważę się tu pojawić. A jednocześnie myślałem, że może.. sam nie wiem, może przyszli po nas aby spotkać się z radą? Tak wiele myśli a tak niewiele odpowiedzi..
Sorey podszedł do drzwi powoli i niepewnie. Przez chwilę stał nieruchomo, jakby wahał się, czy w ogóle je otworzyć. W końcu nacisnął klamkę. Za progiem stał kowal.
- Pan? Co pan tu robi? - Zapytał zaskoczony Sorey. W jego głosie brzmiała tak wyraźna konsternacja, że odruchowo wstałem i ruszyłem w stronę drzwi.
Mężczyzna spuścił wzrok, jakby zbierał się na odwagę.
- Przyszedłem przeprosić. Za to, co ci zrobiłem. Za zwolnienie cię - Powiedział w końcu. - Jeśli… jeśli wciąż tego chcesz, możesz wrócić do pracy. Od jutra. - Zamilkł, jakby czekał na wyrok.
Spojrzałem na Soreya w absolutnym niedowierzaniu. Tego się nie spodziewaliśmy. Przychodzi tu osobiście i zaprasza go do powrotu? Powietrze w pokoju nagle stało się ciężkie od emocji.
To wszystko bardzo nas zaskoczyło. Zdecydowanie nie tego się spodziewaliśmy.
Sorey wyprostował się lekko, jakby w jednej chwili musiał stać się silniejszy.
- Bardzo dziękuję za propozycję. Ale jeśli miałbym wrócić, to na własnych zasadach. Nie chcę być traktowany tak jak wcześniej. Nie chcę też, żeby przyjmował mnie pan z litości. W końcu sam pan powtarzał, że do niczego się nie nadaję. - Mówił opanowanym tonem, niemal chłodno. Tylko ja wiedziałem, ile kosztuje go każde z tych słów. Widziałem, jak lekko drgnęła mu szczęka, jak zacisnął dłonie, żeby nie okazać słabości. To wciąż bolało. Bardziej, niż chciał przyznać.
Kowal odchrząknął i spuścił wzrok.
- Ja… przepraszam. Robiłem to wszystko pod naciskiem twojego ojca. Myślałem, że to najlepsze wyjście. Ale teraz… teraz wszystko się zmieni. Jeśli tylko dasz mi szansę. - W jego głosie nie było już twardości. Brzmiał inaczej ciszej, bardziej szczerze.
Nie wiem dlaczego, ale czułem, że nie kłamał. Że naprawdę chce mu pomóc. Może miał wyrzuty sumienia. Może zrozumiał swój błąd. A może po prostu zobaczył w nim coś, czego wcześniej nie chciał dostrzec.
Spojrzałem na Soreya. Wiedziałem, jak wiele ta decyzja znaczy. Moim zdaniem powinien spróbować, tym razem jednak na własnych zasadach. Stawiając granice. Nie pozwalając się poniżać. Był wart znacznie więcej, niż kiedykolwiek mu wmówiono.
Delikatnie dotknąłem jego dłoni, chcąc dać mu do zrozumienia, że niezależnie od decyzji, stoję po jego stronie i będę stał już zawsze.
<Pasterzyku? C:>