Od Soreya CD Mikleo

sobota, 29 listopada 2025

|
 Bardzo chciałem się wykazać. Chciałem pokazać, że można na mnie liczyć. Że potrafię. Że nie jestem leniwym tumanem, którego to kowal musi prowadzić jak za rączkę... chociaż, on w ogóle mnie nie prowadził. Mówił, co mam robić, i ja miałem to zrobić, a to, że nie rozumiałem, to nikogo nie interesowało... No ale robiłem to, co miałem. Albo przynajmniej się starałem.
Dzisiaj znów przywitał mnie nieprzyjemny grymas mojego mentora, który to wyraźnie nie chciał, bym tu przychodził. Nie mogłem jednak zrezygnować. Potrzebowałem tej pracy, musiałem utrzymać nasz nowy dom, siebie, zarobić na mały remont... Choćbym chciał, nie mogę zrezygnować. 
Tego dnia znów było ciężko, i nie miałem za bardzo siły na nic. Znów moje ręce były poparzone, nie dostałem rękawiczek ochronnych; Jorn był smokiem, więc jemu temperatura wysoka nie przeszkadzała i nie miał żadnych rękawic zapasowych. Nawet fartucha nie dostałem, więc tym razem nawet ubrania miałem trochę zniszczone, co mnie zmartwiło. Nie miałem za dużo ubrań, więc jak dalej będę to tak niszczyć, będę musiał kupić kolejne. Chyba powinienem sam zaopatrzyć się w jakiś fartuch, i rękawice...? Kowal twierdził, że jako anioł takie drobnostki nie powinny mi przeszkadzać, a jak mi przeszkadzają, to mam się wyrobić. Brzmi ciężko, ale skoro on twierdził, że jest to możliwe, to musi być możliwe... prawda? 
Zmęczony jeszcze bardziej niż wczoraj wróciłem do domku. Pocieszał mnie tylko fakt, że czeka tam na mnie Miki, do którego zaraz się przytulę, i chociaż na chwilę zapomnę o tym, co się dzisiaj stało w pracy. 
– Miki, wróciłem – odezwałem się, kiedy tylko przekroczyłem próg domu. 
– W końcu... Sorey, co się stało? – spytał, kiedy tylko znalazł się przy mnie. Pewnie zaraz dostrzegł te moje poparzenia, obrzęki i trochę nadpalone krawędzie ubrań. W sumie, to już teraz te rzeczy mogą mi służyć do pracy, skoro i tak są zniszczone. Chociaż... chociaż tyle dobrego. 
– Byłem trochę nieostrożny, następnym razem będę bardziej uważał – stwierdziłem, podchodząc do niego, by się przytulić pomimo tego, że całe ręce miałem poparzone. W tej chwili wszystko, czego chciałem, to jego bliskości. Jego zapach i bliskość sprawiały, że czułem się odrobinkę lepiej, przynajmniej psychicznie. – Jak ci minął dzień? Pewnie nudno, co? Może... może powinniśmy jakieś zwierzątko sobie sprawić? Zawsze będzie ci raźniej, a później mi będzie raźniej...
– Sorey, nie zmieniaj tematu. Jak to byłeś nieostrożny? Przecież mogłeś sobie zrobić krzywdę – mówił, odsuwając się ode mnie i chwytając za moje dłonie, by zaraz zacząć mnie leczyć. Mikleo nie powinien na mnie marnować swoich mocy. Są zbyt wspaniałe jak na mnie. 
– Muszę się wykazać. I uczyć. I popełniłem trochę błędów... ale się uczę. Następnym razem będzie ze mną lepiej, dzisiaj faktycznie trochę przesadziłem z pośpiechem... ale miałem nadzieję, że trochę nadrobię i będę miał czas na zjedzenie twoich kanapek, ale mi się nie udało. Tak więc dzisiaj znów masz wolne od robienia obiadu – odpowiedziałem, uśmiechając się szeroko. Jego obecność była dla mnie dosłownie wszystkim.

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Obiecałem, że zrobię to, na co on będzie miał ochotę. A skoro on ma w tej chwili ochotę na przytulanie się, to będzie ryljoi przytulanie. Bez słowa wtuliłem się w jego ciało, zarzucając ręce na jego kark. A Haru, bez problemu chwycił mnie w swoje ramiona i zaniósł nas do łóżka, na którym bez problemu nas położył. Jaki on jest silny... To tak właściwie trochę przerażające. Chwyci mnie raz nieco mocniej i coś czuję, że połamałby mnie z pewnością. 
– Kocham cię – wyszeptał, gładząc moje plecy. 
– Wychodzi na to, że ja ciebie też – odpowiedziałem, przymykając oczy. Jego bliskość, ciepło, zapach... tylko tego do szczęścia mi brakowało. 

Dni mijały i nim się zorientowałem, już jutro mieliśmy wyruszać do jego babci. W tym celu mieliśmy skorzystać z teleportu, który nas podrzuci w rejony jego domu. Załatwiłem już wszystko, co miałem do załatwienia; miałem kupione czekoladki z orzechami, załatwiłem wino, słodkie, lekkie, wszystko ładnie zapakowałem... i zacząłem się martwić. Czy aby na pewno to dobry pomysł. Czy jego babcia mnie na pewno polubi. Czy może mnie nie wywali, nie przeklnie, nie będzie wypominać, że sprowadzam jej wnuka na złą drogę... tyle złych rzeczy się może wydarzyć. 
Z drugiej strony, Haru był podekscytowany. Im bliżej dnia wyjazdu, tym bardziej się cieszył i nie mógł doczekać. No tak, on w końcu wracał do domu, do swojej babci, do rodziny, którą kochał i która to kochała jego. To ja tam będę jak intruz. 
– I gotowe – powiedział zadowolony wieczorem, kiedy kończył się pakować. On miał jedną małą torbę. A ja? Ledwo zmieściłem się w dużą torbę i przez chwilę zastanawiałem się, czy się nie przerzucić do walizki, ale w końcu zrezygnowałem, no bo to byłaby przesada. 
A może by nie była...? 
– Wystarczy ci taka malutka torba? – spytałem, zaskoczony jego wyborem. 
– No... tak. Zresztą, i tak na miejscu mam mnóstwo swoich rzeczy – wyjaśnił, co w sumie było logiczne. 
– No tak – mruknąłem, nerwowo bawiąc się palcami i skubiąc skórki przy paznokciach. Coś czułem, że w nocy nie będę spał z tego stresu. A jak zasnę, to będę lunatykować, no chyba, że Haru będzie mnie naprawdę mocno przez sen przytulał. 
– Wszystko w porządku? Znów się zaczynasz stresować? – spytał, od razu zauważając, że coś jest nie tak. 
– Może trochę. Wiele się jutro może wydarzyć, i to w przeciągu kilku minut. Może mnie polubić, może mnie nie polubić, może mnie nawet do swojego domu nie wpuścić... – zacząłem wymieniać wszystkie możliwości, stresując się coraz bardziej. Zależało mi w końcu na tym, by dobrze wypaść przed jego babcią, by mnie polubiła i zaakceptowała. A ja nie mam najłatwiejszego charakteru, by tak po prostu mnie zaakceptować. 

<Wilczku? c:>

Od Mikleo CD Soreya

|
Nie podobało mi się to, że to właśnie Sorey brał na siebie całą odpowiedzialność za to, że jego nauczyciel (kowal) okazał się fatalnym mentorem. Przecież gdyby ten człowiek podszedł do niego inaczej, bardziej logicznie, spokojniej, tłumacząc krok po kroku i faktycznie próbując go czegoś nauczyć, wszystko mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej. Zamiast tego mężczyzna robił wszystko, jakby celowo, aby mój partner się zniechęcił. Widać to było gołym okiem; nie trzeba kończyć żadnych szkół, by dostrzec tak oczywiste zachowania.
I chociaż Sorey sądził, że to jego wina, ja wiedziałem jedno, on nie ponosi tu żadnej winy. Nie on powinien przepraszać. To jego nauczyciel powinien się w końcu zastanowić nad sobą i nad tym, jak beznadziejnie się zachowuje. Powinien przeprosić za to, jak traktuje kogoś, kto dopiero się uczy i stara się jak może.
- Och, skarbie, nie daj mu sobą pomiatać - Powiedziałem, ujmując jego dłonie i zmuszając go, by spojrzał mi prosto w oczy. - Wiem, że musisz się wszystkiego nauczyć, ale pamiętaj. Nie jesteś głupi. Po prostu nie miałeś okazji wcześniej tego robić. A dobry mentor powinien to rozumieć, powinien cię wspierać i cierpliwie tłumaczyć, nie obwiniać za każde najmniejsze potknięcie. Jeśli robi inaczej, to znaczy, że problem leży w nim, nie w tobie. - Ścisnąłem jego dłonie mocniej. - Jeśli ten mężczyzna naprawdę się nie zmieni, zacznę szukać pracy. Nie pozwolę, byś musiał pracować u kogoś, kto cię poniża. A jeśli będziesz przede mną ukrywał, co się dzieje… i tak się dowiem. Jeśli nie od ciebie, to pójdę do kowala i on wszystko mi wyśpiewa - Dodałem stanowczo. Byłem gotów bronić mojego partnera zawsze i wszędzie. Kochałem go, bardziej niż życie, dlatego byłem w stanie poświęcić wszystko, absolutnie wszystko, żeby był szczęśliwy.
- Miki, przecież mieliśmy umowę, pamiętasz? - Przypomniał spokojnie, głaszcząc moje dłonie kciukiem, jakby próbował mnie uspokoić. - Teraz pracuję ja, a gdy przyjdzie zima, ty przejmiesz obowiązki. Bardzo cię proszę, nie zmieniajmy tego. Pozwól mi się wszystkiego nauczyć. I proszę… nie wtrącaj się. Jestem dorosły. Poradzę sobie. - Ucałował moje dłonie, a ja westchnąłem ciężko. Nie chciałem ustępować, ale widziałem w jego oczach determinację i prośbę, której nie potrafiłem zignorować. Skinąłem więc głową.
- Dobrze… masz rację. Przepraszam. Po prostu strasznie się martwię. Nie wiem, jak mogę ci pomóc, chociaż bardzo bym chciał- Wyszeptałem, smutny i pełen troski.
Sorey uśmiechnął się lekko, a w jego spojrzeniu pojawiło się ciepło.
- Po prostu bądź przy mnie, kiedy wrócę do domu. Chcę móc przytulić się do ciebie, czuć twoją bliskość każdego dnia i każdej nocy - Wyszeptał i musnął mój policzek delikatnym pocałunkiem. - A teraz muszę już lecieć. Nie mogę się spóźnić. Dziękuję za śniadanie… i za drugie śniadanie też. Do zobaczenia. - I zniknął za drzwiami, zostawiając mnie samego z moimi myślami, troskami i pustką domu, w którym musiałem znaleźć sobie jakieś zajęcie, żeby nie zwariować od samotności i ciągłego martwienia się o niego. Mam nadzieję, że dziś będzie lepiej, bo właśnie tego dla niego bym chciał, aby cieszył się pracą, na tyle na ile jest to możliwe. 

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
Po skończeniu całego sprzątania wróciłem do mojego ślicznego, tak słodziutkiego panicza tego, dla którego mógłbym zrobić dosłownie wszystko, byle tylko zobaczyć na jego twarzy choć odrobinę szczęścia.
- Czy mój panicz chce może jeszcze czegoś się dowiedzieć o spotkaniu z babcią? - Zapytałem, stając przed nim. - A może woli już zakończyć ten temat i poświęcić się czemuś… znacznie ciekawszemu? - Dodałem, nie mając jeszcze konkretnego planu, ale pewnym, że razem i tak nigdy nie będziemy się nudzić.
Mój panicz uśmiechnął się do mnie prześlicznie, z tym swoim uroczym, lekko figlarnym wyrazem twarzy. Odłożył na bok mój sprawdzian, jakby odsuwając wszystko, co mogło przeszkodzić nam w tej chwili.
- Cóż… - Zaczął miękkim tonem. - Myślę, że możemy coś porobić. Może coś przyjemnego, może coś męczącego… a może powiesz mi, czego oczekujesz? Może będę w stanie się do tego jakoś dostosować. - Jego głos zniżył się niemal do szeptu, gdy zbliżył się i położył swoje smukłe dłonie na mojej klatce piersiowej.
- A więc jesteś w stanie zaoferować mi wszystko, czego chcę? - Zapytałem z czarującym uśmiechem.
- Cóż… może wszystkiego nie potrafię ci dać - Odparł cicho. - Ale zrobię, co będę mógł. Przynajmniej w jakiejś części cię uszczęśliwię. - Jego palce zaczepiły się o materiał mojej koszuli i delikatnie pociągnęły mnie w dół, ku niemu. - A więc… czego chcesz, żebym ci dał? - Zapytał, patrząc głęboko w moje złote oczy.
- Chciałbym, żebyś mnie pocałował - Wyszeptałem. To było na razie wszystko, czego pragnąłem… choć w tej chwili wydawało mi się, że to „tylko” jest jednocześnie „aż”.
Mój panicz uśmiechnął się do mnie ciepło, a w jego spojrzeniu dostrzegłem tę znajomą mieszaninę czułości i pragnienia. Zbliżył się powoli, jakby dając mi czas, by serce zdążyło przyspieszyć swój rytm. Gdy nasze usta w końcu się zetknęły, pocałunek był najpierw delikatny, niemal nieśmiały, uroczy w swojej miękkości, jak lekki szept składany na wargach.
Chwilę później pogłębił go, jakby pragnął spełnić każde niewypowiedziane życzenie, które drżało gdzieś między nami. Nasze wargi połączyły się w namiętnym, pełnym czułości i zachłanności pocałunku, w którym zawarliśmy wszystko: miłość, tęsknotę, pragnienie i obietnicę, że każde z tych uczuć znajdzie swoje miejsce.
Nie potrzebowaliśmy słów. Wystarczyły usta, które odnajdywały się z coraz większą pewnością, pieściły się nawzajem, zatracając w rosnącym uczuciu. Każdy gest, każde drobne muśnięcie było jak wyznanie, ciche, ale prawdziwe, mówiące więcej niż jakiekolwiek zdanie, które moglibyśmy wypowiedzieć.
Oderwaliśmy się od siebie dopiero wtedy, gdy zabrakło nam tchu. Obaj oddychaliśmy ciężko. Patrząc sobie głęboko w oczy, a na naszych twarzach pojawiły się ciepłe, niekontrolowane uśmiechy takie, które pojawiają się tylko wtedy, gdy bliskość drugiej osoby staje się czymś więcej niż chwilą.
- Czy chciałbyś… coś jeszcze? Co mogę dla ciebie zrobić? - Zapytał cicho, gdy nasze oddechy wreszcie się uspokoiły, a słowa mogły wrócić na swoje miejsce między nami.
- Och, mógłbym chcieć wiele. Ale teraz wystarczyłoby mi, gdybyśmy się po prostu przytulili. Wiem, co mi obiecałeś… i wierzę, że na to jeszcze przyjdzie czas. No chyba że bardzo cię kusi, żebym już teraz spróbował spełnić to, czego twoje ciało może pragnąć… - Dodałem szeptem, obdarowując go zadziornym, zaczepnym uśmiechem.

<Paniczu? C:> 

Od Soreya CD Mikleo

czwartek, 27 listopada 2025

|
 Od razu pokręciłem głową, nie mogąc się przecież na to godzić. W końcu... To wiele o mnie będzie świadczyć, jak nagle zrezygnuję. A chcę się wykazać, muszę się wykazać, bo może wtedy mnie przyjmą do tej społeczności...? Oby. Wtedy będzie nam łatwiej w przyszłości tutaj, a jak nagle zrezygnuję, to na pewno to zostanie źle odebrane. W końcu moje ciało się przyzwyczai do tak ciężkiej pracy fizycznej, nauczę się kilku rzeczy, będę lepszym pracownikiem... I w końcu będzie że mnie zadowolony. 
– Nie trzeba, w końcu się przyzwyczaję – odpowiedziałem, skupiając się na śniadaniu, które było przepyszne. Chyba nigdy w życiu nie jadłem niczego lepszego. A może to dlatego, że byłem głodny. Wczoraj zjadłem tylko to śniadanie, i później kanapki, i... odpłynąłem. A to nie tak miało wyglądać. Miałem spędzić z nim czas. A z rana zrobić gorącą czekoladę. Może powinienem pić więcej kawy? Albo pić jakieś zioła przeciwbólowe. W końcu, jeżeli organizm nie będzie mnie tak bolał, no to będę miał więcej siły, nim w końcu się nie przyzwyczaję. A na pewno wkrótce tak będzie. Musi tak być. – Poza tym, tamta pani nie mówiła, że potrzebuje pomocy. 
– A pytałeś się? – spytał, a ja odpuściłem zakłopotany wzrok. 
– No... no nie. Ale ja mam pracę. Dam radę. Skoro Ezekiel wybrał właśnie tę posadę dla mnie, to chyba stwierdził, że dam radę – odpowiedziałem hardo, bardzo chcąc się wykazać przed całą tą radą, i wioską, że pomimo moich mieszanych genów też mogę być silny. 
– Może byś dawał radę, gdyby traktowano cię sprawiedliwie. A ten kowal... przykro mi to stwierdzić, ale za bardzo cię wykorzystuje. Powiedziałbym nawet, że gnębi. Wie, że jesteś nowicjuszem w tej dziedzinie, i co? Oczekuje od ciebie, że już wszystko wiesz. Tak nie zachowuje się przykładny mentor – odpowiedział, przyglądając mi się z tym zmartwieniem w oczach. To moja wina. Wczoraj za wiele dałem po sobie poznać. Dzisiaj będzie lepiej. Już coś wiem, więc na pewno nie będzie tak źle. Tylko to zmęczenie... Nie czułem się do końca na siłach, ale już nic na to nie poradzę. Spałem chyba maksimum, tyle, ile mogłem. A skoro to mi nie wystarczyło, to oznaczało, że byłem słaby. Muszę się wzmocnić. 
– Chce, bym szybko pojął podstawy, bym przyzwyczaił się do ciężkiej pracy, bo ta praca w kuźni jest jednak ciężka – wyjaśniłem, powtarzając to jak mantrę. W końcu w to uwierzę, i będę czuł się znacznie lepiej. – Dziękuję za śniadanie, było pyszne. A teraz... muszę się ogarnąć – dodałem, starając się uśmiechnąć najcieplej, jak mogłem, byle tylko się nie martwił. Dostałem szansę od tej wioski, by móc uczciwie i ciężko pracować. Nie mogę tego zaprzepaścić. Co by sobie o mnie pomyśleli... co by sobie Miki o mnie pomyślał? Nie, po prostu się muszę ogarnąć. To wszystko. 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 To, do mi teraz powiedział... było to przerażające. Jak to zmuszać do jedzenia? To tak się da? Przecież... ja się mogę pochorować, albo co gorsza, przytyć. Nie na to się pisałem, nigdy nie przyszło mi do głowy, że tak może wyglądać jakakolwiek relacja z babcią. Pierwszy raz słyszę o czymś takim... I on jeszcze twierdził, że to jest normalne. Gdzie zmuszanie do jedzenia jest normalne? Może dlatego tak co chwila chce, żebym coś zjadł? Wyniósł takie zachowanie z domu... a skoro już czasem mi przeszkadza jego ciągłe dopytywanie się, czy nie jestem głodny, to co to będzie tam? Mój poziom stresu wzrósł jeszcze bardziej.
– Czemu mi nie powiedziałeś, na co się piszę? – spytałem cicho, zerkając na swoją porcję ryby. Patrzę na to, i już od samego patrzenia mam dosyć. A tam mam wszystkiego próbować? Mój żołądek tak się rozszerzy, że później nie będę potrafił go napełnić. 
– Bo byłem pewien, że o tym wiesz. Chociaż, jak się teraz zastanawiam, to skąd miałbyś o tym wiedzieć... No ale to tak powszechna wiedza o babciach, że jestem zaskoczony, że o tym nie wiesz – wzruszył ramionami, zabierając się za jedzenie. – Naprawdę, nie masz co się przejmować. Spodoba ci się to. Poznasz w końcu prawdziwą babcię, która prawdziwie kocha. Która się troszczy. A nie... robi jakieś takie dziwne rzeczy, niewiadomo po co. To niby wymuszanie jedzenia brzmi strasznie, ale tak naprawdę to coś pozytywnego. Przeżyjesz, to zmienisz zdanie. 
– Jak to wmuszanie przeżyję, to będzie sukces – mruknąłem niepocieszony, grzebiąc widelcem w talerzu. 
– Nie martw się, kochanie. Będzie dobrze. Twój umysł jeszcze nie potrafi tego pojąć, wyolbrzymia to do czegoś złego, ale to naprawdę dobra rzecz – dodał, całując mnie w policzek. – A teraz jedz. Dzisiaj prawie nic nie jadłeś, a to niezdrowe. 
– No jem, jem – westchnąłem ciężko, w końcu zabierając się do jedzenia. Skoro już zrobił, to nie może się zmarnować, chociaz jak dla mnie, powinien więcej jedzenia przygotować sobie, a nie jeszcze myśleć o mnie. I przygotować coś lepszego dla siebie, jakieś mięso czerwone, wołowinę, jagnięcinę... Zdecydowanie więcej powinienem takiego mięsa kupować, właśnie dla niego. – Dziękuję, było pyszne. Chociaż dalej uważam, że powinieneś bardziej się na sobie skupić. 
– Daj spokój, też jestem najedzony, nie musisz się tak martwić – stwierdził, uśmiechając się do mnie szeroko, rozbrajająco, po czym zabrał talerze, by je umyć. 
Kiedy zostałem sam, zerknąłem raz jeszcze na jego test. Maksimum punktów... jest naprawdę niesamowity, że to wszystko ogarnął, i to w tak krótkim czasie. Mam nadzieję, że następnym razem przyjdzie do mnie wcześniej, byśmy nie musieli całego materiału w jeden dzień powtarzać, albo tak właściwie w jeden wieczór. Jego... jego mogę uczyć, wygląda na to, że naprawdę mnie słucha, a to dla mnie naprawdę wiele znaczy. 

<Wilczku? c:>

Od Mikleo CD Soreya

środa, 26 listopada 2025

|
 Gładząc go po włosach, obserwowałem, jak spokojnie zasypia na moich kolanach. Mój biedaczek… był tak potwornie zmęczony, a mimo to cały wieczór starał się nie pokazywać, jak bardzo opada z sił. Udawał, że wszystko jest w porządku, choć przecież widziałem, jak ledwo trzyma się na nogach.
Czasem zastanawiam się, czy przybycie tutaj nie był błędem. Słyszeliśmy przecież, że tutejsi ludzie są mili, a jednak gdy tylko Sorey zaczął szukać pracy, wszyscy natychmiast odmawiali, jakby sama jego obecność była dla nich problemem. Przecież oni też tu pracują. Dlaczego on miałby być traktowany inaczej? Nawet nie znają go na tyle, by wydawać takie osądy. A w tej sytuacji to właśnie jemu powinno być najtrudniej, to on szuka zatrudnienia, nie ja.
Sorey… on przecież idealnie nadawałby się do pracy w bibliotece! Tamtej starszej pani przydałaby się pomoc, a on uwielbia książki, byłby tam we właściwym miejscu. Ona również mogłaby odpocząć od ciężkiej pracy, a on robiłby coś, co naprawdę lubi. Ale nie. Uparł się. I choć miałem ochotę przekonać go po raz setny, że nie musi tak się męczyć, wiedziałem, że nie odpuści łatwo.

Siedzenie przy nim było przyjemne, ale po dłuższej chwili poczułem, jak plecy zaczynają mnie boleć od braku oparcia.
- Sorey, chodź, położymy się na poduszce - Szepnąłem, delikatnie szturchając go w ramię.
Był tak zmęczony, że z półprzymkniętymi oczami wykonał wszystko, o co go poprosiłem. Ostrożnie ułożył się na poduszce, ledwo świadomy tego co robi. Z czułym uśmiechem poprawiłem kołdrę i przytuliłem się do niego, czując jak przez sen wtula się we mnie instynktownie, jakby szukał bezpieczeństwa.
Był naprawdę słodki. Nie potrafiłem sobie wyobrazić życia bez niego.

Przespał całą noc, a rano… rano było jeszcze trudniej. Kiedy próbowałem go obudzić, ledwo reagował, jakby ciało odmawiało mu posłuszeństwa. Widziałem, jak bardzo nie ma siły tam wracać, lecz nie miałem pojęcia, jak go zachęcić. Oczywiście mógłbym spróbować podobnego podejścia co wczoraj, ale dziś wyglądał na jeszcze bardziej wyczerpanego. Budzenie go w ten sposób nie miałoby sensu.
Pomyślałem więc, że przygotuję mu coś, co może choć odrobinę poprawić mu humor, gorącą kawę i ciepłe śniadanie. Może to go wyciągnie z łóżka.
Bez zbędnego zastanawiania się zabrałem się do pracy. Zrobiłem puszyste omlety, mocną kawę, która miała postawić go na nogi, i przygotowałem kanapki na później, licząc, że dziś coś w końcu zje, zanim zupełnie opadnie z sił.
Gdy wróciłem do sypialni z tacą pełną jedzenia, uniósł lekko głowę i zmrużonymi oczami zapytał:
- Co tak ładnie pachnie? - Uśmiechnąłem się i postawiłem tacę na jego kolanach.
- Śniadanie. Mam nadzieję, że doda ci energii i choć trochę rozpromieni ten smutny poranek. - Sorey spojrzał na mnie z tym swoim ciepłym, trochę sennym uśmiechem.
- Każdy smutny dzień rozpromienia twoja piękna twarz - Mruknął i zbliżył się, by musnąć moje usta krótkim pocałunkiem. - A śniadanie wygląda naprawdę przepysznie. Dziękuję. - Zabrał się do jedzenia tak, jakby dopiero teraz poczuł głód. Biedactwo… znów ścisnęło mnie w środku, widząc jak bardzo jest zmęczony.
- Jesteś pewien, że chcesz tam dzisiaj wracać? - Zapytałem ostrożnie. - Może jednak spróbowałbyś z tą biblioteką? Ta pani naprawdę ucieszyłaby się z twojej pomocy. Wydaje mi się, że byłoby ci tam o wiele lepiej niż u kowala. - Patrzyłem na niego z troską, wiedząc, że jego odpowiedź może w ogóle mnie nie zdziwić.

<Pasterzyku? C:>

Od Haru CD Daisuke

|
Zaśmiałem się nerwowo, drapiąc się po głowie. No tak, mogłem się tego spodziewać, on przecież nie miał pojęcia, jak to jest mieć prawdziwą babcię.
- Cóż, mojej babci się nie odmawia. Jesz to, co ci poda. Nie dyskutujesz, tylko próbujesz wszystkiego i zawsze mówisz, że jest dobre - Wyjaśniłem, wciąż lekko spięty. Moja babcia była kochaną kobietą, ale do odmów miała alergię. Uwielbiała gotować, piec, a zwłaszcza szykować jedzenie na zapas, co w jej wersji oznaczało porcje wystarczającą dla niewielkiej wioski. Podejrzewałem więc, że na nasz przyjazd przygotuje całą armię dań, a on… cóż, będzie musiał przynajmniej spróbować każdego. W przeciwnym razie oboje mielibyśmy kłopot.
- I ty mi to mówisz dopiero teraz? - Oburzył się, prostując się jakby nagle ktoś go szturchnął prądem. - Dlaczego wcześniej nie wspomniałeś, że twoja babcia jest taka… taka wymagająca? Mówiłeś, że jest miła i sympatyczna! A wpychanie komuś jedzenia na siłę nie jest ani miłe, ani sympatyczne - Patrzyłem na niego, walcząc z uśmiechem. On naprawdę nie zdawał sobie sprawy z jednej podstawowej rzeczy. To, co opisywałem, było miłe i sympatyczne, w wersji babcinej. Każda normalna babcia tak robi. To jego była trochę… nietypowa. Może zbyt ostrożna, zbyt powściągliwa, zbyt nowoczesna, żeby wiedział, co oznacza tradycyjne, zjedz jeszcze talerzyk..
- Moja babcia jest całkowicie normalną babcią. Każda starsza kobieta taka jest - Odparłem z lekkim rozbawieniem, wzruszając ramionami. - Ale nie martw się, naprawdę nie będzie tak źle. Najważniejsze, żebyś jadł wszystko chociażby po trochu. Ona tylko chce, żebyśmy się dobrze czuli i żebyśmy wrócili najedzeni. Taki jej sposób okazywania miłości. - Uśmiechnąłem się do niego łagodnie, starając się go uspokoić. On jednak wciąż wyglądał, jakby przygotowywał się na spotkanie z dzikim zwierzęciem, a nie z moją babcią.
- Normalna? - Powtórzył tonem, jakby właśnie usłyszał największe dziwactwo świata. - To babcie takie są? I one tak po prostu się zachowują? - Zmarszczył brwi, całkowicie zdezorientowany. - To jest chore. Nie wolno nikogo do niczego zmuszać - Mruknął, nadal oburzony. Wyglądał, jakby próbował poukładać sobie w głowie nową, niezrozumiałą prawdę o ludzkości, która kompletnie nie pasowała do jego doświadczeń.
Patrzyłem na niego z lekką rozbawioną czułością. Ta jego powaga w sytuacjach, które wymagały tylko odrobiny luzu, zawsze mnie rozczulała. On naprawdę nie miał pojęcia, jak funkcjonują typowe babcie te, które uważają, że miłość wyraża się wielkością porcji na talerzu.
- No cóż, teraz już się nie możesz wycofać - Powiedziałem, miękko, ale z nutą rozbawienia. - Poradzisz sobie. Obiecuję, że nie będzie tak strasznie, jak ci się wydaje. Moja babcia jest fantastyczna, zobaczysz. Nie będziesz żałował. - Nachyliłem się i ucałowałem go w policzek, delikatnie, uspokajająco. Jego oburzenie powoli topniało, choć nadal wyglądał, jakby przygotowywał się mentalnie do jakiegoś kulinarnego egzaminu o wysokiej stawce.
- Nie chcę jeść na siłę. A jednocześnie nie chcę zawieść twojej babci - Mruknął po chwili, kładąc dłoń na czole w geście dramatycznej bezradności.
Patrzyłem na niego z rosnącym rozbawieniem. Wiedziałem, że ta cała sytuacja wydaje mu się absurdalna. I może taka była, jednakże to tylko chwila, kilka dni. Przejdzie, zanim zdąży naprawdę spanikować.
- Zawsze możesz spróbować powiedzieć „nie” - Odparłem, unosząc kącik ust w lekkim, niepewnym uśmiechu. - Ale szczerze mówiąc, myślę, że to się nie uda. Babcia ma pewien… urok osobisty. I determinację. Dużo determinacji. - Spojrzałem na niego łagodnie, próbując dodać mu otuchy, choć sam do końca nie wiedziałem, czy to w ogóle możliwe, kiedy w grę wchodziły babcine pierogi, ciasta i zupy. Z tym nie da się po prostu wygrać.

<Paniczu? C:> 

Od Soreya CD Mikleo

wtorek, 25 listopada 2025

|
 To nie było takie proste, jak on to przedstawiał. Nie mogę tak po prostu zrezygnować ze świeżej pracy, bo od razu będę spalony gdziekolwiek indziej. I on też, no bo będzie kojarzony ze mną. Jestem w kropce. Zamiast pomagać, Ezekiel chyba bardziej mi zaszkodził... i teraz, tak naprawdę, nie mam pojęcia, co robić. Albo muszę to znieść, jakoś się wyuczyć, albo być porażką dla mojego chłopaka. No bo jak nazwać kogoś, kto nie potrafi utrzymać rodziny? Małej, bo małej, ale rodziny. 
- To normalne, że jest dla mnie niemiły. W końcu, jest mistrzem w swoim fachu, no a ja jestem kompletnym laikiem Nigdy w rękach młota kowalskiego nie miałem, więc musiałem go mocno irytować – odpowiedziałem, śmiejąc się lekko. Chciałem, żeby przestał się mną przejmować, to tylko ciężka praca, w którą nie potrafię. Ale się nauczę. Tak jakby, nie mam trochę wyboru. 
- Ale nie ma prawa cię gnębić. Ma cię nauczać, zgodził się na to... - zaczął Miki, jak zwykle za bardzo się przejmując. 
- Zgodził się? Nie wydaje mi się, by miał za dużo do gadania – powiedziałem cicho, a mój uśmiech nieco zbladł. - Zjem, to co mi przygotowałeś mi do pracy, czegoś się napiję, i chyba się na chwilę położę, wiesz? Trochę zmęczony jestem. 
- Pewnie... te kanapki ci wystarczą. Nie chcesz czegoś jeszcze? - zapytał, przyglądając mi się z uwagą.
- Wystarczy mi... chociaż, nie, nie będę spał. Spędzę z tobą czas – zdecydowałem, uśmiechając się szeroko. Nie mogę iść spać i zostawić Mikleo samego. Cały dzień był sam, i teraz znów go mam samego zostawić? Nie, pewnie jak zjem, chwilę odpocznę, no to będę miał energię, i będę mógł się skupić na Mikleo. Zasługuje na to. W końcu, to wszystko dla niego robię. 
- Oczywiście. Siadaj, jedz, przygotuję ci herbatę – stwierdził, na chwilę znikając w kuchni. To było... dziwne Tak po prostu to stwierdził? Nie kłóci się, nie marudzi? On coś chyba planuje... ale w sumie, co takiego może zrobić? Może nie chce się po prostu kłócić, tylko miło spędzić czas? W końcu, tego chciałbym właśnie po tej beznadziejnej pracy. Skupić się na moim chłopaku, i odpocząć. 
Usiadłem przy stole, wyciągając z torby moje kanapki, które oczywiście były przepyszne. Szkoda, że nie miałem wcześniej  możliwości ich zjeść... ale nie miałem nawet chwili przerwy. Jorn twierdził, że musimy nadrobić czas, który na mnie stracił, no i pracowałem przez bite osiem godzin. Ale jak się wyrobię, będzie lepiej, i będę miał przerwy i... będzie dobrze. Musi być. 
Zjadłem, wypiłem herbatę i Miki poprosił, byśmy się położyli na chwilę na łóżku. Nie rozumiałem, po co, ale skoro ma na to ochotę, no to możemy się położyć. Zresztą, po jedzeniu chyba tak się dobre na chwilę położyć... Mikleo usiadł, a ja położyłem głowę na jego kolanach. Zaczął gładzić moje włosy, bawić się moimi kosmykami, i... jakoś tak... sam nie wiem, w pewnym momencie po prostu oczy zamykały mi się same i w końcu zasnąłem. 

<Owieczko? C:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Jak dla mnie mój chłopak za bardzo skupia się na mnie. W końcu, to nie mnie burczało w brzuchu, tylko jemu. Jestem przyzwyczajony do jedzenia niewielkich ilości posiłków, jadłem jeden przez cały dzień i ten jeden posiłek mi wystarczał. Było mi powtarzane, że ludzie zawsze jedzą za dużo, bo chcą, a nie bo potrzebują. Dlatego ja muszę unikać tej pułapki. Obiecałem Haru, że będę jeść więcej... no i jem. Czasem, nie w każdy dzień, to zależało od mojego nastroju, a teraz jestem przejęty tym wyjazdem, i nie w głowie mi jedzenie. 
Jak jednak mam go przekonać? On uważa swoje, i będzie swoje uważał. Ja... ja tylko mogę ciężko wzdychać i od czasu do czasu się zgadzać na jego małe fanaberie. A jeżeli ma się głodzić, bo ja nie chcę jeść, no to coś tam sobie zjem. Tylko żebym się nie przejadł, nie przytył... nie przed wyjazdem. Chciałbym dobrze wypaść w oczach jego babci. Swoją drogą, trochę także jestem podekscytowany faktem, że zobaczę, jak mieszka. Że zobaczę kawałek jego świata, będę miał szansę posmakować jego rutyny. Też bym chciał pokazać mu swój dom... Cóż, może do tej głównej rezydencji nigdy nie będę w stanie go zaprosić. Ale do tej letniej, z dala od miejskiego zgiełku i pazurów mojej babki...? Myślę, że by mu się spodobało, w lesie, nad jeziorem... może byśmy spędzili trochę czasu w lecie? O ile nie będzie zajęty pracą. No nic, zobaczymy, na razie to ja jadę do niego. 
Po kilkunastu minutach w końcu skończyłem się pakować. Jeszcze tylko oczywiście drobne upominki... No ale to w swoim czasie. 
Jako, że Haru się skupił całkowicie na swoim posiłku, a może raczej na naszym, i zostałem tu trochę sam ze sobą. Niby nic nowego, powinienem być przyzwyczajony do samotności, tak w końcu przeżyłem połowę swojego życia. A jednak, odkąd zacząłem żyć z Haru, powoli zapominałem, jak to jest być samotnym. Byłem sam tylko w szkole, i jak czekałem na jego powrót do pokoju, więc to nie jakoś bardzo duża część mojego dnia. Zdecydowanie więcej czasu spędzam z nim niż bez niego... i to mi się podoba. Dobrze mi tak z nim. 
- I gotowe – usłyszałem za kilkanaście kolejnych minut jego głos. Podniosłem wzrok znad książki i ujrzałem, jak idzie z dwoma talerzami pełnymi jedzenia. 
- Chciałem tylko trochę – odpowiedziałem, delikatnie marszcząc brwi. Zdecydowanie za dużo mi nałożył, jak już coś, to powinien sobie nałożyć więcej, to on jest wilkołakiem, który cały czas rośnie, tak? Ja pewnie i tak już za wiele nie urosnę, moja mama za wysoka nie była, a skoro się wdaję w nią, to i ja będę niestety niziołkiem. 
- No i masz, tylko trochę – stwierdził, podchodząc do mnie i podając mi posiłek. - Proste, dobre, zdrowe... jedz, smacznego – uśmiechnął się łagodnie, a następnie mnie pocałował w czoło. - Musisz się przyzwyczajać, bo mojej babci nie będziesz mógł odmówić. 
- Jak to nie będę mógł odmówić? - zapytałem, nie rozumiejąc, o co mu chodzi. W końcu, jak nie będę głodny, to chyba mnie nie zmusi do jedzenia... prawda?

<Wilczku? C:>

Od Mikleo CD Soreya

|
Nie podobało mi się to, co widziałem. Jego dłonie wyglądały fatalnie, poparzone, zaczerwienione, jakby przeszły przez dzień pełen nieszczęść. A fakt, że nic dziś nie jadł, tylko potęgował mój niepokój. To zdecydowanie nie powinno tak wyglądać.
- Musisz coś zjeść - Powiedziałem stanowczo. - Kanapki i coś gorącego do picia na początek. Jeśli dalej będziesz głodny, zrobię ci coś szybkiego na obiad. A teraz… daj mi te dłonie. - Nie protestował. Wyjątkowo potulnie podsunął mi ręce, jakby cała jego pewność siebie zniknęła gdzieś w ciągu ostatnich godzin. Oparzenia zniknęły pod moim dotykiem po kilku chwilach, a skóra wygładziła się, jakby nigdy nie cierpiała.- A teraz powiedz mi prawdę - Dodałem cicho. - Co tam się właściwie wydarzyło? Wyglądasz na zmęczonego, głodnego… i jakbyś bardzo nie chciał tam wracać. - Wiedziałem, co widzę. On próbował to ukryć, ten cień w spojrzeniu, drżenie, które nie pochodziło od zimna, sposób, w jaki unikał mojego wzroku. I ta wymuszona lekkość, którą narzucał sobie jak maskę.
- Miki, nic się nie wydarzyło. Naprawdę - Wydukał, uśmiechając się w sposób, który miał mnie uspokoić, ale tylko wzmógł moją czujność. - Było ciężko. Bo… bo jestem głupi, wiesz? Ale mam nadzieję, że jutro będzie lepiej. Muszę się nauczyć i wtedy… może będzie dobrze. - Jego słowa zabrzmiały jak wyuczona formułka, jak coś, co powtarzał sobie już wiele razy, żeby tylko dotrwać do końca dnia. A jednak drżał od środka, łamał się tam, gdzie nie powinien.
Zmartwiony bardzo, może nawet zbyt bardzo, patrzyłem na niego bojąc się o to co się z nim stanie, jeśli wciąż będzie ukrywał to co czuję...
On nie był tam szczęśliwy. To było oczywiste. Nie chciał tam wracać, widziałem to w każdym geście, w tym jak zaciskał szczęki, jak obejmował mnie ramionami, jak patrzył gdzieś obok mnie, jakby bał się, że jeśli spojrzy mi prosto w oczy, nie zdoła dłużej udawać.
I choć uparcie próbował trzymać się swojej iluzji normalności, ja znałem go zbyt dobrze. Przy mnie niczego nie ukryłby na dłużej, nawet jeśli próbuję 
Jego twarz, mimo uśmiechu, była przygaszona. A te dłonie… tak bardzo zmęczone całym dniem, nie gotowe na ciąg dalszy który zapewne jutro będzie je czekał 
- Sorey - Zacząłem, ale głos uwiązł mi na chwilę w gardle, zbyt przepełniony troską, której nie potrafiłem już skrywać. - Nie musisz jutro tam wracać, jeśli cię to niszczy. Możesz mi powiedzieć. Cokolwiek to jest… razem coś z tym zrobimy. - Widziałem, że chce ze mną porozmawiać, widziałem też że się boi. Że walczy sam ze sobą. Że chce udawać, ale już nie ma na to siły.
- Nie chcę cię zamęczać moją osobą, masz swoje problemy. Poza tym muszę tam pracować, nie mam nigdzie indziej pracy, a za coś żyć muszę - Westchnął, mimo wszystko mocniej przytulając się do mojego ciała.
- Skarbie oczywiście, że potrzebujesz pracy. Ale nie musisz się tym samym poniżać, on nie ma prawa źle cię traktować, nie daj się mu, pamiętaj że jesteś wartościowy i, że kocham cię nad życie - Szepnąłem, mocno się do niego przytulając. 

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
 Nie chciał zjeść obiadu? Właściwie… niczego. Zupełnie nic. Zastanawiam się, czy on w ogóle dzisiaj coś jadł, czy może od rana chodzi głodny tylko dlatego, że za bardzo przejmuje się całym tym wydarzeniem. A przecież moja babcia jest najkochańszą osobą na świecie — nieraz mu to powtarzałem. Nie musi się tak stresować. To znaczy, przejmować się oczywiście może, w końcu to spotkanie z członkiem mojej rodziny, ale nie aż tak. Tak, to dużo lepsze określenie.
- Poczekaj, naprawdę nie chcesz nawet drobnego posiłku? - Zapytałem z niedowierzaniem, obserwując go uważnie. - Może chociaż trochę ziemniaków? Odrobina mięsa? Mogę zrobić ci makaron, ryż… cokolwiek. Co tylko zechcesz. No, może nie wszystko, bo nie mam składników na całą kuchnię świata - Dodałem z lekką bezradnością, czując narastające zmartwienie.
Bo przecież on nie może nic nie jeść. To niezdrowe, żołądek mu tego nie wybaczy. Muszę go jakoś zachęcić, przekonać, podsunąć mu choćby najmniejszy kęs. Cokolwiek, byle przestał się zamartwiać na pusty żołądek.
- Haru, naprawdę nie musisz się mną przejmować. Nie jestem głodny. Muszę skupić się na pakowaniu, mam jeszcze trochę na głowie. Ale ty jedz, smacznego - Powiedział, odwracając się w moją stronę z łagodnym uśmiechem. Wyglądało na to, że próbował mnie w ten sposób udobruchać… ale niestety dla niego to nie zadziałało. Za bardzo się o niego martwiłem, więc i tak zamierzałem postawić na swoim.
- Och, już wiem! - Ożywiłem się nagle, jakby olśnienie spadło na mnie znikąd. - Może łosoś z ryżem i warzywami? Z tego co pamiętam, ostatnio kupowałeś rybę. To byłby lekki, ale naprawdę dobry obiad - Zaproponowałem z nadzieją, że ta opcja rzeczywiście przypadnie mu do gustu i w końcu coś zje.
Patrzyłem na niego uważnie, próbując wyczytać z jego twarzy choćby najmniejszy znak, że może jednak się skusi.
Mój partner przyjrzał mi się uważnie, unosząc jedną brew w górę na znak, że już zaczyna coś podejrzewać.
- Nie odpuścisz mi, prawda? Nie zjesz, jeśli ja nie zjem? Prawda? - Zapytał z lekkim westchnieniem, jakby znał odpowiedź, zanim jeszcze ją wypowiedział.
Od razu kiwnąłem głową, uśmiechając się do niego promiennie.
- Oczywiście, że tak. Sam jeść nie będę, a twoje towarzystwo będzie dla mnie bardzo miłą odskocznią - Odparłem szczerze. Naprawdę nie chciałem jeść sam.
- A czy przypadkiem ryba to nie będzie dla ciebie zbyt mało? Powinieneś porządnie zjeść, najlepiej mięsa, a nie jakieś ryby - Rzucił, tym razem to on niepotrzebnie się o mnie martwiąc. Jakby zapomniał, że radzę sobie całkiem dobrze… a przynajmniej mam taką nadzieję. A jeśli jednak będę głodny, to przecież zawsze mogę coś sobie jeszcze przygotować.
- Nie martw się, poradzę sobie. Gdybym był głodny, zrobię sobie coś dodatkowego - Zapewniłem go spokojnie.
Ruszyłem w stronę kuchni, żeby zabrać się za przygotowanie naszego lekkiego obiadu z łososiem. Miałem nadzieję, że kiedy poczuje zapach świeżo smażonej ryby i warzyw, sam apetyt mu wróci.
- Zadbaj o siebie! - Krzyknął, tuż za mną.
- Zadbam i o siebie i o ciebie! - Zawołałem do niego, przygotowując powoli nasz posiłek.

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

poniedziałek, 24 listopada 2025

|
 Tak jak myślałem, kowal za mną nie przepadał. Jak wczoraj był taki trochę mrukliwy, kiedy mi odmawiał, tak teraz był wręcz taki gburowaty. Czułem się niechciany tutaj. Już wiedziałem, że zgodził się tylko dlatego, że Ezekiel go o to poprosił. Gdyby nie to, nie dostałbym tej pracy, jestem tego bardziej niż pewien. Mój pracodawca, Jorn, był bardzo surowym nauczycielem. Nigdy nie pracowałem w kuźni, a jego polecenia niewiele mi mówiły. Musiałem prosić, by tłumaczył mi to, czego ode mnie oczekuje, jak co się robi, to on burczał pod nosem, że to pokolenie nic nie umie, jakiego tumana mu tutaj wysłali, że on nie ma sił, by się takim opiekować... a ja naprawdę bardzo starałem się, by wszystko zrozumieć, i dobrze zrobić, i nauczyć się czegoś nowego mimo że nie czułem się tu chciany. Czułem też, że byłem wykorzystywany, nie miałem nawet chwili dla siebie, dlatego posiłku przygotowanego przez Mikleo nawet nie zjadłem. Na nic nie miałem czasu. 
Do domu wróciłem nie tylko padnięty, ale i głodny, przybity psychicznie. To, czego się dzisiaj nasłuchałem... było naprawdę dołujące. Trochę jak w szkole, kiedy wszyscy sobie radzili z zadaniem, poza mną. Może, skoro już teraz potrafię postawy, no to może będzie lepiej? Oby. Bo na razie nie miałem ochoty tam wracać. Ale muszę. Potrzebuję pieniędzy, by kupować drewno na opał, jedzenie, jakieś drobnostki Mikleo. Bez pracy... bez pracy, co ja będę mógł?
Nic.
Zanim przekroczyłem próg, założyłem na twarz delikatny uśmiech. Nie chciałem, by zauważył, że coś jest nie tak. Trochę za bardzo by się zamartwił, przejął.. nie, on ma swoje problemy. Nie mogę być dla niego kolejnym. Muszę być tym silnym, by on się nie martwił. 
- Już jestem – rzuciłem, wchodząc do środka. 
- W końcu! Tęskniłem – Mikleo zaraz znalazł się przy mnie, rzucając się na moją szyję i mocno tuląc. Oczywiście go objąłem, zaciągając się jego słodziutkim zapachem. Moja Owieczka... jakże ja za nią tęskniłem. - Wszystko w porządku? Jak praca? - spytał po chwili, odsuwając się ode mnie. Już wyczuł, że coś nie tak... niesamowity jest. 
- Tak, tylko zmęczony jestem – odpowiedziałem, uśmiechając się lekko. Wzrok Mikleo od razu przesunął się po moich przedramionach, pełnych bąbli i oparzeń. 
- A to? - spytał niepewnie, przesuwając palcem wokół jednego z oparzeń. 
- A, uczę się, głupi jestem, no i łatwo o takie oparzenia. Na szczęście żadnego palca nie mam zmiażdżonego młotem, więc to jest progres – wyszczerzyłem się do niego, opuszczając rękawki. - Wybacz, ale nie miałem czasu zjeść tego, co mi przygotowałeś. Może więc zamiast obiadu to po prostu to zjem i będziesz miał wolne popołudnie – dodałem, uśmiechając się szeroko, by przestał myśleć o moich małych oparzeniach. 

<Owieczko? C:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Słysząc jego burczenie w brzuchu delikatnie się uśmiechnąłem. Mój biedny, zagłodzony wilczek. Powinien o siebie bardziej zadbać, a nie pomagać mi znajdować marzenia. Na razie jestem młody, i przede wszystkim chcę żyć, a w tym miejscu nie jest to możliwe. Muszę przejść do świata ludzi, koniecznie z Haru. Być z nim, dopóki uczucie między nami nie wygaśnie, pomimo przeciwności losu. A potem... a potem nie wiem. Tyle mi w zupełności wystarczy. Mam bogactwo, które mi w zupełności wystarczy na dobry start w nowym świecie. 
– No to idź coś przygotuj – poleciłem mu, podnosząc się z jego kolan. W końcu, ze mną siedzącym mu na kolanach nie byłby w stanie przygotować obiadu dla siebie. – Ja się może zacznę już pakować. 
– Pakować? – spytał zaskoczony, przyglądając mi się z uwagą. – Już? Przecież do tego jeszcze kilka dni. 
– Chcę być przygotowany już za wczasu. No i też muszę to wino załatwić... może zamówię coś z mojej piwniczki? Inaczej nie mam zbytnio możliwości zakupu. Na pewno by się znalazło coś lekkiego i słodkiego... a jak chodzi o słodycze, to nie mam pojęcia, co mogłoby jej zasmakować. Jest tyle możliwości... I na co postawić? Coś z alkoholem, owocem, zwykłą masą, a może orzechami? Ma na coś alergię? Czegoś bardzo nie lubi? – tutaj westchnąłem ciężko, bojąc się, że nie trafię w gusta kobiety, której ani razu na oczy nie widziałem. 
– O, orzechy. Orzechy uwielbia – odpowiedział, dając mi punkt zaczepienia. 
– No i to jest konkret – odparłem, wyjmując torbę. Dobrze, co może mi przydać? Coś wygodnego? Ładnego? Ciepłego? Jaki styl? Może coś takiego bardziej... stonowanego, niż wyszukanego? Żeby nie przesadzić. Patrząc na garderobę Haru, muszę wybrać coś zdecydowanie skromniejszego. No i pewnie ciepłego. Skoro oboje są wilkołakami, to im musi być ciepło, ale mi pewnie nie będzie, dlatego wolę mieć coś w zapasie. 
– A co byś chciał zjeść na obiad? – podpytał, kiedy ja się powoli pakowałem. 
– Ja? Nic. Dlatego zrób sobie to, na co masz ochotę – odpowiedziałem, mówiąc prawdę. Nie miałem za bardzo ochoty na cokolwiek. Przejęła mnie ta sprawa z jego babcią, cały dzień chodziłem niepewny, zestresowany, czy się w ogóle zgodzi, a teraz przejmuję się tym, czy uda mi się wywrzeć na niej dobre wrażenie. Skoro chodzę z jej wnukiem, dobrze by było, żeby mnie polubiła. Chociaż... moja go na pewno by nie polubiła. Chyba, że byłby drobną, czarnowłosą szlachcianką. Wtedy możliwe, że nawet na mnie spojrzałaby przychylniej, bo zacząłbym grać w jej grę. I tak się starałem, by się jej przypodobać. I co? I jak mi to wyszło? To za mało. Cały czas wymaga ode mnie rzeczy, które to już coraz mniej mi się podobają. A teraz jeszcze zleciła moje porwanie. Dlaczego? Nie wiem. I nie wiem, czy już teraz czegoś na mnie nie kombinuje. Dawno nie miałem od niej kontaktu, i... i pewnie dopiero spotkamy się na święta. Trochę się ich obawiam, jak się one potoczą. 

<Wilczku? c:>

Od Mikleo CD Soreya

niedziela, 23 listopada 2025

|
Sorey wyszedł do pracy, zostawiając mnie samego w domu. Przez chwilę zastanawiałem się, co właściwie mógłbym teraz zrobić. Na szczęście było kilka rzeczy, które wymagały uwagi.
Na początek postanowiłem otworzyć okna, żeby wpuścić trochę świeżego powietrza i przewietrzyć całe mieszkanie po nocy. Potem zabiorę się za porządki, pozmywam naczynia, uporządkuję kuchnię i pościelę nasze łóżko. Wpadło mi też do głowy, że warto byłoby odświeżyć łazienkę, żeby wszystko lśniło czystością.
Kiedy już uporam się ze sprzątaniem i zacznę czuć znużenie, chyba wybiorę się na spacer nad jezioro. Taki wypad dobrze mi zrobi, tym bardziej że siedzenie cały dzień w czterech ścianach mogłoby doprowadzić mnie do szału. Muszę znaleźć sobie jakieś zajęcia, żeby nie dać się przytłoczyć samotności.
Doprowadziłem cały do do porządku. Kuchnia lśniła czystością, salon wyglądał jakby nikt tu nie mieszkał, a sypialnia sprawiała wrażenie, jakby nikt nigdy w niej nie spał. Na koniec zostawiłem sobie łazienkę. Wyszorowałem każdy zakamarek, aż wszystko połyskiwało. Szczerze mówiąc, zrobiłem to głównie dlatego, że po prostu strasznie się nudziłem.
Kiedy jednak skończyłem sprzątanie, zdałem sobie sprawę, że nie mam już absolutnie nic do roboty. Pomyślałem, że przydałoby mi się coś, albo ktoś, o kogo mógłbym się troszczyć, kiedy Sorey jest w pracy. Może jakieś zwierzę? Chociaż… nie. Psów się boję, a kotów w okolicy nawet nie widziałem. Wyglądało więc na to, że na zwierzaka nie mam co liczyć. Pozostaje mi tylko spędzać czas nad jeziorem, gdy Sorey będzie poza domem. O ile w ogóle zostanie tam na dłużej, wciąż nie wiemy, czy po dzisiejszym dniu nie zdecyduje się całkowicie zrezygnować z tej pracy.
Nie mając lepszego pomysłu, postanowiłem więc pójść nad jezioro, żeby choć trochę umilić sobie ten dzień. Lubiłem to miejsce, głównie dlatego, że zazwyczaj nie było tam nikogo. W ogóle nie widziałem tu żadnych Serafinów wody, a przynajmniej do tej pory na żadnego nie trafiłem. Chyba naprawdę byłem jedynym. I chociaż samotność nie przeszkadzała mi aż tak bardzo, czasem marzyłem, by spotkać kogoś podobnego do mnie.
Gdy dotarłem do jeziora i poczułem zaskakująco ciepłą wodę, od razu zanurzyłem się w niej po samą szyję. Przymknąłem oczy, pozwalając sobie na chwilę ciszy, spokoju i przyjemnej samotności. Oczywiście lubiłem towarzystwo mojego przyjaciela i partnera w jednej osobie, czasem nawet brakowało mi go bardziej, niż chciałem to przyznać. Momentami przeszkadzało mi bycie samemu, jednak w gruncie rzeczy przez większość czasu właśnie tak wyglądało moje życie… i w pewnym sensie zupełnie mi to odpowiadało.
Mimo wszystko czułem, że gdyby Sorey był teraz obok, wszystko byłoby jeszcze lepsze. Jego obecność zawsze nadawała zwyczajnym chwilom jakiegoś szczególnego ciepła. Ale skoro go tu nie było, postanowiłem korzystać z tej samotności najlepiej, jak potrafię, bo sam również potrafiłem się świetnie bawić.
Czas spędzony nad jeziorem minął mi całkiem przyjemnie. Nic szczególnego się nie wydarzyło, choć muszę przyznać, że odrobina więcej wrażeń mogłaby sprawić, że ten dzień byłby jeszcze lepszy. Nie zamierzam narzekać, ale mimo wszystko brakowało mi towarzystwa. Sorey nauczył mnie, że zawsze jest ktoś obok, a teraz, gdy go przy mnie brakuje, ogarnia mnie dziwne poczucie samotności.
Na szczęście już niedługo mój partner wróci, a my znów będziemy razem. Pora więc wracać do domu i spokojnie na niego zaczekać tak, jak powinno być.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
 To, co mi powiedział, było trochę smutne… a może nawet bardziej niż trochę. Pomaga mi, wspiera na każdym kroku i stara się, żebym spełnił swoje marzenie o zostaniu detektywem, ale sam… sam nie ma żadnych planów ani ambicji. Bycie ze mną to dla niego za mało, by czuć się naprawdę szczęśliwym. A ja nie mogę pomóc mu osiągnąć marzeń, jeśli on żadnych nie ma.
- W takim razie - Zacząłem spokojnie, widząc, jak intensywnie próbuje to w sobie poukładać - Skoro ty nie masz żadnych marzeń poza zdobyciem akceptacji babci, to może pomogę ci je odnaleźć, dobrze? Na pewno jest coś, co chciałbyś robić w przyszłości. Coś, o czym kiedyś marzyłeś jako dziecko, zanim obowiązki zaczęły cię przytłaczać i kazały o wszystkim zapomnieć. - Zamyślił się na chwilę, a jego spojrzenie złagodniało.
- Cóż… tylko że ja naprawdę nie mam pomysłu na to, co mógłbym robić - Wyznał cicho. - Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Mam mieć rezydencję, mam się nią opiekować, mieć piękną żonę i dziedzica, który kiedyś to wszystko po mnie przejmie. Tak zawsze mówiła babcia. Ale w rzeczywistości… wcale tego nie chcę. A może chcę, ale nie tak, jak ona to sobie wyobraża.
Jego słowa dały mi sporo do myślenia. Babcia miała wobec niego ogromne oczekiwania, a jednocześnie… zdawała się go nie znosić. Cała ta sytuacja była co najmniej dziwna. Zresztą, sama ta kobieta była dziwna, jakby skrywała coś, czego nikt nie powinien wiedzieć.
Kiedy pierwszy raz obok mnie przeszła, poczułem lodowaty chłód, który przeszył mnie do szpiku kości. Ale było w tym coś jeszcze… coś znajomego, coś, co sam kiedyś czułem. Jakby miała na rękach krew. A patrząc na to, jaką jest osobą, miałem wrażenie, że to całkiem możliwe.
Westchnąłem cicho i przytuliłem go do siebie, czując, że w tej chwili potrzebuje choć odrobiny bliskości. A może tylko sobie to wmawiam… sam już nie wiem. Najważniejsze, żeby poczuł się choć trochę lepiej.
- Wiem, że cała ta sytuacja jest dla ciebie trudna –- Zacząłem łagodnie. - Twoja babcia to wymagająca, ciężka osoba… ale jestem przy tobie. I obiecuję, że zrobię wszystko, byś był szczęśliwy. Pomogę ci odkryć, co tak naprawdę lubisz, czego chcesz. A jeśli po prostu będziesz potrzebował, żebym przy tobie był, będę. Zawsze. - Ucałowałem go delikatnie w policzek. Dopiero wtedy przypomniałem sobie o czymś, co totalnie wypadło mi z głowy. - A tak w ogóle… dostałem już ocenę z historii - Powiedziałem, unosząc brwi, bo dopiero teraz dotarło do mnie, jak bardzo byłem pochłonięty czekaniem na list od babci.
- I wiesz co? - Dodałem z lekką nutą dumy. - Dostałem sto na sto punktów. - Wyciągnąłem test z torby i podałem mu go do rąk, obserwując jego reakcję.
Daisuke zerknął na test, który mu podałem, a na jego ustach od razu pojawił się szeroki, szczery uśmiech.
- No proszę, czyli jeśli chcesz, to naprawdę potrafisz - Stwierdził z wyraźnym zadowoleniem, powoli przesuwając palcami po kartce. - Wygląda na to, że zasłużyłeś sobie na nagrodę. - Obserwowałem, jak uważnie przegląda każdy punkt, jakby chciał upewnić się, że wynik naprawdę jest tak idealny, jak wygląda.
- Zasłużyłem, to fakt - Przyznałem z lekkim rozbawieniem, ale nagrodę zostawmy na później. Teraz muszę coś zjeść, bo umieram z głodu.
Jak na potwierdzenie moich słów, mój brzuch zaburczał tak głośno, że sam się zaśmiałem.

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

sobota, 22 listopada 2025

|
 Mimo wszystko, odrobinkę się obawiałem tego pierwszego dnia. Obawiałem się tego przyjęcia przez kowala, bo skoro raz mi odmówił, a nie odmówił Ezekielowi... to co on sobie pomyśli? Że go poprosiłem o pomoc? Niczego od tego mężczyzny nie chciałem, sam się pojawia, i tu daje nam żywność, tu załatwia pracę, tam się krzywi, bo trzymam Mikleo za rękę... Mam nadzieję, że już teraz da nam spokój, i nie będzie nas nachodził. Chcę żyć normalnie. Chcę się uczyć, potykać, podnosić... Chcę się wykazać, pokazać, że jestem wartościowy. Nie mogę w końcu być całe życie prowadzony za rączkę. Chcę pokazać Mikleo, że mogę o niego zadbać, że potrafię być dla niego odpowiednim partnerem. 
– Uważaj na siebie – poprosiłem, bardzo, ale to bardzo chcąc tu zostać, wraz z nim. Pewnie inaczej bym się czuł, gdybym to ja sam sobie załatwił pracę. A teraz? Było mi wstyd, że ktoś to zrobił za mnie. I to jeszcze niby ktoś ważny tutaj... nie, to zdecydowanie tak nie powinno wyglądać. 
– Ja? A co mi się tu może stać? – spytał rozbawiony, delikatnie układając moje kosmyki. 
– No wiesz, tutaj nic. Ale jak będziesz chciał wyjść? Bo domyślam się, że nie będziesz tu siedział cały czas. Nie ty, ty nie potrafisz tyle czasu w czterech ścianach spędzać. Pewnie zaraz tu posprzątasz, a potem pójdziesz nad wodę. Albo na spacer. Poszedłbym z tobą – westchnąłem cicho, niepocieszony. 
– Sam się zaoferowałeś, że będziesz pracował – zauważył słusznie, na co kiwnąłem głową. 
– Masz rację, chciałem sam. I chcę. Sam. A nie chcę, by ktoś mi załatwiał pracę – przyznałem ze smutkiem. 
– Przepracujesz jeden dzień i zobaczysz, jak tam będzie. Na razie najważniejsze jest dobre nastawienie. Dlatego uśmiech na twarz, powtórz sobie, że będzie dobrze, i idź. Oczaruj go, jak to lubisz robić – powiedział, brzmiąc na tak strasznie pewnego. Wierzył we mnie. Więc... ja chyba też powinienem. Chociaż tak odrobinkę. Może wtedy faktycznie będzie lepiej? Może nie będzie aż tak źle? Może jak pokażę, że chcę, że się staram, że się do czegoś nadaję... Zda sobie sprawę, że popełnił błąd, gdy mnie nie przyjął za pierwszym razem.
– No... no dobrze. Postaram się – przyznałem, siląc się na lekki uśmiech. Starałem się zdusić to uczucie niepokoju, jakie towarzyszyły mi od ranka. Będzie... będzie dobrze. Musiałem w to wierzyć. – Do zobaczenia później – dodałem, łącząc nasze usta w namiętnym pocałunku, po prostu musząc, żeby się trochę odstresować. Zaraz po tym opuściłem dom, musząc się trochę pospieszyć do kowala. W sumie, to nie znałem żadnej konkrentej godziny, miał być wczesny ranek... no i godzina szósta się do tego powinna kwalifikować. Oby. 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Na jego słowa pokiwałem powoli głową, już sobie wszystko tam powolutku ustalając. Słodkości nie jedli, więc nie dość, że kupować Haru trochę więcej takich właśnie słodkości na co dzień, to i jego babci musiałem przywieźć coś bardzo dobrego. Tylko... co? Jest tyle słodkości do wyboru...trufle w czekoladzie, orzechy, owoce... chociaż, ja tak za owocami w czekoladzie nie przepadałem, chociaż jest kilka wspaniałych połączeń, jak na przykład czekolada i pomarańcza. Nie każdy jednak lubi pewne smaki, a z tak małą pulą skąd mam wiedzieć, co kupić jego babci?A może... klasyk jakiś? Cholera, tyle do wyboru... 
No i wino, słodkie i lekkie, zatem czerwone odpada. Białe są lżejsze, więc na pewno podaruję jej białe. I do tego wymyślę jakieś słodkości... tak, coś na pewno jej sprawię mały prezent. Bo tak wypada, nie wolno przyjeżdżać z pustymi rękami, to trochę niekulturalne. Poza tym, może gdzieś tam odrobinkę chciałem się wkupić w jej łaski, pokazać się od tej dobrej strony... chciałbym, żeby mnie zaakceptowała. 
- Zatem tobie też muszę więcej słodyczy kupować, skoro tak mało ich jedliście – zdecydowałem, patrząc gdzieś przed siebie. Wiele rzeczy będę musiał zrobić, by pokazać im to, czego oni nie mieli szansy zobaczyć. 
- Nie trzeba, wystarczysz mi ty, jesteś wystarczająco słodki – odpowiedział, po czym mnie pocałował w policzek. Głupek. Od razu wiedział, co zrobić, by mi trochę serce zmiękło.
- Lepiej się skup na swojej nauce. Masz zostać detektywem, pamiętasz? - odpowiedziałem, poprawiając jego włosy, tak mięciutkie i milutkie w dotyku... zaczął korzystać z moich kosmetyków. I bardzo dobrze, tego właśnie od niego chciałem, by zaczął o siebie dbać. 
- Nie martw się o mnie. Idzie mi świetnie, i zamierzam być świetnym detektywem. A z twoją pomocą... wiem, że byłbym najlepszy – odpowiedział, chociaż na sekundę nie spuszczając ze mnie wzroku. 
-  No już się tak nie zapędzaj. Przed tobą długa droga, trochę też żmudna... ale ja w ciebie wierzę – powiedziałem, uśmiechając się lekko. Jego plany są ambitne i wiem, że jeżeli się uprze, to mu się uda. A jak będzie miał problem, to ja mu z nim pomogę. 
- A co ty byś chciał robić w przyszłości? - spytał, jak zwykle mocno mnie do siebie tuląc. 
- Ja muszę utrzymać rodzinny biznes i także go rozszerzyć na ludzki świat – odpowiedziałem trochę tak machinalnie. Do tego przez cały czas w końcu byłem przygotowywany, no i to mam zrobić, tak? Trochę słabo, by teraz cała ta nauka poszła w las. 
- Nie, co musisz. Ale co ty byś chciał, co sprawiłoby, że byłbyś szczęśliwy – odpowiedział, na co się zastanowiłem trochę bardziej. Co bym chciał? Nie wiem. 
- Na dobry początek wystarczyłoby mi, gdyby babka nie próbowała mnie zabić – powiedziałem półżartem, półserio. - Nie mam pojęcia, wiesz? Nigdy... nigdy o tym nie myślałem. Nie wiem. Na razie chciałbym być z tobą, to wszystko – wzruszyłem ramionami, nie za bardzo tym przejęty. 

<Wilczku? C:>

Od Mikleo CD Soreya

czwartek, 20 listopada 2025

|
Uważałem, że mój partner zwyczajnie zbyt mocno to przeżywa. Ezekiel na pewno nie zmusił kowala do przyjęcia go na staż, gdyby kowal naprawdę nie chciał, nie zgodziłby się, choćby nie wiadomo jak bardzo Ezekiel próbował go przekonać. Byłem tego wręcz pewien.
- Spokojnie, Sorey. Bądź dobrej myśli, a wszystko na pewno się uda. Najważniejsze, żebyś nie pokazał, że się boisz, bo wiesz podejrzewam, że to może zostać źle odebrane - Powiedziałem, obdarzając go najłagodniejszym i najszczerszym uśmiechem, na jaki byłem w stanie się zdobyć.
Sorey odwzajemnił uśmiech, po czym skupił się na swoim posiłku.
Ja natomiast patrzyłem na niego, stukając palcami o blat stołu i zastanawiając się, co właściwie będę robił, kiedy on będzie w pracy. Myśli krążyły mi po głowie, jedna po drugiej, choć żadna nie chciała zatrzymać się na dłużej.
Chyba nie potrafił jeść w samotności, bo po chwili zaczął podsuwać mi kawałki swojego jedzenia, jakby był przekonany, że jestem głodny. Cóż… skoro tak bardzo tego potrzebował, zjadłem kilka kęsów, mimo że nie uznawałem tego za konieczne. W końcu to on powinien się porządnie najeść, dla mnie jedzenie i tak nie miało większego znaczenia.
Sorey, jak zwykle po skończeniu posiłku, próbował odwlekać moment opuszczenia domu, sposobem na mycie naczyń. Znam go na tyle dobrze, że widzę to od razu, drobne próby przeciągania chwili, jakby odkładanie talerzy miało mu dać jeszcze odrobinę spokoju przed wyjściem do pracy. Na szczęście byłem obok, a ja nie pozwalam mu na takie wymówki.
- Zostaw, ja to posprzątam - Powiedziałem łagodnie, wyjmując mu talerze z rąk i odkładając je do zlewu. - I tak nie mam tu zbyt wiele do roboty, kiedy ciebie nie będzie. - Kątem oka widziałem, jak się uśmiecha, trochę z zakłopotania, a trochę z wdzięczności. Sięgnąłem po przygotowane wcześniej śniadanie do pracy i podałem mu je, starannie zapakowane.
- Proszę, to dla ciebie. Gdybyś przypadkiem w pracy zgłodniał. - To nic wielkiego, zwykły posiłek, ale przynajmniej wiedziałem, że nie będzie chodził cały dzień głodny.
- Dziękuję… ale wiesz, że nie musiałeś - Mruknął, choć mimo sprzeciwu szybko schował pudełko do torby. Tak bardzo znam tę jego pozorną niechęć przyjmowania troski.
- Wiem, że nie musiałem - Odpowiedziałem, poprawiając dłonią jego wiecznie roztrzepane włosy. - Ale bardzo chcę o ciebie dbać. I chcę cię uszczęśliwiać, jeśli tylko mogę. - Zaróżowiły mu się policzki, a ja nie mogłem się powstrzymać, pochyliłem się, by musnąć jego usta. Delikatnie poprowadziłem jego włosy, odpowiadając go aż do drzwi, jakby każdy krok miał sprawić, że wyjście z domu stanie się dla niego choć trochę przyjemniejsze.
- Powodzenia, kochanie - Szepnąłem na pożegnanie. Mając nadzieję, że ten dzień zakończy się dla niego lepiej niż się rozpoczął, bo coś tak czułem że był wciąż zmęczony, lub z powodu mojej pobudki, miał ochotę na coś znacznie innego niż praca. Cóż to on chciał pójść do pracy, teraz już nie może się wycofać, musisz zrobić wszystko, aby się postarać i wyjść jak najlepiej w oczach kowala, aby szybko nie stracić tej pracy.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
Szczerze mówiąc, mój panicz nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, ile naprawdę noszę w sobie radości, szczerości i tej dziecinnej, nieokiełznanej ekscytacji. My, wilkołaki, czasem zachowujemy się jak psy, może to przez to, że tak łatwo wybuchamy emocjami. A psy, jak wiadomo, kochają do końca i są wierne bez względu na wszystko.
Może właśnie dlatego serce bije mi szybciej, gdy on mówi, że mnie kocha. A może tylko chyba kocha… ale nawet to „chyba” wystarczy, by całe moje wnętrze rozświetliło się jakimś ciepłym, nieznanym mi dotąd blaskiem.
Od zawsze pamiętam głównie ból, cierpienie i ten ciężki smutek, którego nie umiałem ujarzmić. To były emocje, które przyklejały się do mnie jak cień. A jednak dziś, właśnie dziś, dzięki niemu poczułem coś zupełnie innego.
Radość. Spokój. Ciepło.
I miłość… taką, którą tylko on potrafi mi dać, a której przez tak wiele lat rozpaczliwie szukałem, nawet nie wiedząc, czy naprawdę istnieje.
- Wybacz… ja po prostu czasem ekscytuję się jak pies - Powiedziałem cicho, trochę speszony. - Jestem szczęśliwy i nie zawsze potrafię zapanować nad tym, co czuję. Tym bardziej że przez tak długi czas znałem tylko smutek, a teraz nagle mogę doświadczać czegoś nowego… emocji, o których chyba zdążyłem już zapomnieć. - Na moment posmutniałem, wspomnienia dotknęły mnie jak chłodny podmuch, ale to minęło równie szybko, jak przyszło. Uśmiech znów rozjaśnił moją twarz, szeroki, szczery, prawdziwy. - Nieważne. To, co było, już minęło - Wyszeptałem łagodnie. - Najważniejsze, że teraz mam ciebie. Bo dzięki tobie wiem, kim jestem… i wiem, na co zasługuję. - Nie przestając się uśmiechać, złożyłem na jego czole delikatny, pełen czułości pocałunek.
Mój panicz odwzajemnił uśmiech, patrząc głęboko w moje oczy, jakby próbował zajrzeć aż do samego wnętrza mojej duszy.
- Jesteś naprawdę bardzo słodki w tym wszystkim, co robisz - Szepnął, ujmując moje dłonie w swoje. Patrzył na mnie tak, jakby widział mnie po raz pierwszy, jakby każde moje słowo i każdy gest zaskakiwały go na nowo. - Skoro już wszystko sobie wyjaśniliśmy, to powiedz mi… co właściwie powinienem zabrać, kiedy pojedziemy do twojej babci? Oczywiście eleganckie ubrania spakuję bez wahania, ale może przyda się też coś wygodniejszego? Może coś jeszcze… Sam już nie wiem, naprawdę nie wiem, co powinienem do niej zabrać. No i najważniejsze, co powinienem jej kupić? Co twoja babcia lubi? Dobre wino? Jakieś słodkości? A może… sam nie wiem, podpowiedz mi - Wyrzucał z siebie pytanie za pytaniem, coraz bardziej wkręcając się w całe to spotkanie.
Zaśmiałem się cicho, próbując go trochę uspokoić.
- Hej, spokojnie, naprawdę. Ubierz to, w czym ty będziesz czuł się dobrze. Moja babcia zaakceptuje wszystko, uwierz mi. Ona nie przykłada takiej wagi do wyglądu… przynajmniej nie tak jak ty i tobie podobni. Dla nas wygląd nigdy nie miał większego znaczenia - Wyjaśniłem, wzruszając lekko ramionami. - A co do prezentu… moja babcia nigdy nie piła drogiego wina, więc nie mam pojęcia, które z nich mogłoby jej smakować. Wiem tylko, że lubi wina słodkie, takie delikatne. Jeśli chodzi o słodycze, cóż… lubi prawie wszystko, choć. Jak ci mówiłem, nie jadaliśmy ich często. Były drogie, więc zwykle unikaliśmy takich przyjemności - Dodałem, uśmiechając się do niego ciepło.

<Paniczu? C:> 

Od Soreya CD Mikleo

środa, 19 listopada 2025

|
 Czując, jak jego usta schodzą coraz to niżej, i niżej, aż westchnąłem z błogością. Ten kontrast pomiędzy jego lodowatymi ustami, a moim rozgrzanym ciałem był... wow. Aż chciało się go czuć więcej i więcej. Tak z rana to ja jeszcze nigdy nie byłem budzony, a przyznać muszę, to było bardzo przyjemne. Ale czy chciałem wstawać? Nie. Chciałem, by ta przyjemność się nigdy nie kończyła. 
Uniosłem rękę, by wpleść palce w jego włosy, a on w tym samym momencie wstał, pozostawiając chłód i pustkę. Otworzyłem oczy, patrząc z wyrzutem w rozbawione oczy mojego chłopaka. On to zrobił specjalnie. Co za okrutnik. Zacząłem się ruszać, to on przestał. Jak tak można? Nie wiedziałem, że spotykam się z tak wredną osobą. 
Kocham go całym sobą. Nieważne, czy był wredny, czy niewredny... jest mój, calutki mój i to jest najpiękniejsze. A jeszcze piękniejszy mógłby być ten poranek, który on zdecydował się przerwać. 
- Jak skończysz pracę, wrócimy do tematu – powiedział słodziutko, po czym nachylił się do mnie i ucałował mnie w czubek nosa. - No już, zbieraj się, a ja pójdę ci przygotować śniadanie – dodał, podnosząc się z łóżka. 
No i co ja mam teraz zrobić?
Z niechęcią podniosłem się z łóżka, rozglądając się nieprzytomnie po pokoju. Dlaczego kowal musi pracować tak wcześnie? To nie jest jakaś super wielka wioska, nie szykuje się ona do żadnego spotkania zbrojnego, koni jest kilka na krzyż... i po co tak wcześnie rozpoczynać dzień? Czemu by się nie wyspać? Przeczesałem dłonią włosy, ziewnąłem szeroko i dopiero wtedy, niechętnie, poczłapałem do łazienki. Tam powoli się ogarnąłem, umyłem ciało, włosy, twarz, powtórzyłem swojemu odbiciu w lustrze, że będzie dobrze, że dam radę i dopiero wtedy opuściłem łazienkę, w może tak odrobinkę lepszym nastroju. Ale tylko tak odrobinkę. Najchętniej to bym dalej leżał wtulony w ciało Mikleo, które może i było chłodne, ale było jego, i tylko to miało dla mnie znaczenie, a nie jakaś tam temperatura. Poza tym nauczyłem się, że jak jest chłodny, to jest zdrowy, i fizycznie, i psychicznie. 
– Przygotowałem ci omlet z warzywami, do tego kawa i bułka. A jak wrócisz z pracy, będą na ciebie czekać naleśniki – powiedział z uśmiechem i takim dziwnie wesołym tonem. Jest godzina piąta trzydzieści, jak on może być taki wesoły? Jakże chciałbym znać jego sekret. – Tylko... o której kończysz? 
– Nie mam pojęcia. Nie wiem, ile godzin będę pracował, co tam będę robił, za jaką stawkę... Czy w ogóle mój staż u kowala ma sens, to też jest dobre pytanie – westchnąłem cicho czując, jak powoli się zaczynam stresować. 
– Czemu miałaby nie mieć sensu? – zapytał mój chłopak, siadając naprzeciwko mnie. W przeciwieństwie do mnie, przed nim nic nie stało; nawet kubek z jakimś słodkim, ciepłym napojem. Zmartwiło mnie to. Powinien się napić, by mu lepiej dzień mijał. Następnym razem, o ile los mi na to pozwoli i dalej będę miał tę pracę, on mi będzie robił śniadanie, a ja mu czekoladę, na przykład. 
– No wiesz, nie wydaje mi się, aby kowal miał tu dużo pracy. Jest smokiem, więc jest nieśmiertelny, zmiennika nie potrzebuje. Mam nadzieję, że Ezekiel nie wcisnął mnie mu na siłę – powiedziałem w końcu, nerwowo uderzając palcem o ucho kubka. Naprawdę chcę się wykazać, a nie być zbędnym balastem. Już wystarczająco długo nim byłem... też chcę zacząć coś robić. 

<Owieczko? c:>​

Od Daisuke CD Haru

|
 Jego słowa, te szczególne słowa sprawiły, że poczułem przyjemne ciepło w środku. Były one takie... niesamowite. Aż dziwne. Chyba przez całe swoje życie nie słyszałem tyle razy „kocham cię” jak przez ten miesiąc, co z nim jestem. A byłem... szczęśliwy. Miałem jego, to miałem wszystko. Tak mi się wydaje, że gdybym go miał przy sobie, to dałbym sobie ze wszystkim radę. Tak po prostu. 
– Tak czuję, że... ja chyba ciebie też – powiedziałem cicho, niepewnie, czując jak moje policzki delikatnie zaczynają mnie pięć. Haru delikatnie zadrżał, miałem też wrażenie, że serce mu się na chwilę zatrzymało.
– Chyba? – zapytał, patrząc na mnie z zapartym tchem. 
– Chyba, bo... bo nie znam tego uczucia. Nikt mi go nie pokazał, nikt mnie nim nie obdarzył, to pierwszy raz. Ale kiedy na ciebie patrzę, kiedy spędzam z tobą czas, to, jak moje ciało reaguje, jak serce szybko bije, kiedy jesteś blisko... Tak mi się wydaje, że to jest właśnie miłość – odpowiedziałem, uśmiechając się lekko. 
Haru wpatrywał się we mnie przez chwilę w osłupieniu, aż w końcu przysunął mnie mocno do siebie i wpił się w moje usta żarłocznie, namiętnie, jakby nie całował mnie przez długie dni. Trochę mnie zaskoczył, nie spodziewałem się takiego ruchu z jego strony. Nie miałem za bardzo kiedy i jak odwzajemnić pocałunku, Haru od razu mnie zdominował, nie pozwalając za bardzo na żaden ruch. Odsunął się ode mnie dopiero wtedy, kiedy zabrakło nam powietrza. Był taki... szczęśliwy. Czysta ekstaza, która go rozpierała, była nawet odrobinkę uzależniająca, chociaż niezrozumiała. Co ja zrobiłem, że jego ogon zaraz mu się urwie, a w złotych ślepiach jest ta wesoła iskierka? Tylko... odpowiedziałem. On zawsze mi to mówił, więc najwyższa pora na to, bym i ja odpowiedział. W końcu byłem pewien... tak jakby. Dalej się uczę tego uczucia, ale na pewno jest ono silne, i szczere, i może nawet trochę podobne do tego, co czuje on. 
– Wszystko w porządku? – zapytałem, ciężko oddychając. Jeszcze musiałem uspokoić oddech. 
– Nawet bardzo w porządku – powiedział rozemocjonowany, szczęśliwy, podekscytowany. Emocje, które czułem pod opuszkami palców, mieszały się ze sobą. Była w nim miłość, i szczęście, i ekscytacja, i... Rany, jak można mieć w sobie tyle tego wszystkiego w sobie? Jak bym chyba zwariował, gdybym czuł aż tyle. – Kocham cię. Kocham cię najbardziej na świecie – dodał, mocno mnie do siebie przytulając. 
– Haru... nie mogę oddychać – wycedziłem. Ścisnął mnie troszkę za mocno, a siłę to on jednak miał. 
– No już, przepraszam – powiedział, kładąc po sobie uszy. – Cieszę się tylko, że czujesz to samo. 
– No już, nic się nie stało. To mnie po prostu zaskoczyło, nie spodziewałem się tego... wszystkiego, co jest w tobie, tych wszystkich emocji – powiedziałem zgodnie z prawdą, uśmiechając się łagodnie nie chcąc, by czuć się źle. Nie to było moją intencją.

<Wilczku? c;>

Od Mikleo CD Soreya

niedziela, 16 listopada 2025

|
Kiwnąłem delikatnie głową. Skoro tak stawia sprawę, nie mogłem temu zaprzeczyć. Niech idzie i sprawdzi, jak będzie się tam czuł. Jeśli będzie dobrze, niech tam pracuje. Może akurat zacznie tam naprawdę dobrze zarabiać. Z całego serca życzyłem mu, by poczuł się pewnie, jak prawdziwy mężczyzna, którym chciał zostać w swoich oczach.
- Oczywiście. Może akurat ta praca okaże się dla ciebie na tyle dobra, że nie będziesz chciał szybko z niej rezygnować - Odparłem, obdarzając go łagodnym uśmiechem.
- Oby tak było - Odpowiedział, po czym ucałował moją dłoń prowadząc mnie do domu. Tylko tam mogliśmy być w pełni sobą on i ja, bez potrzeby szukania czegokolwiek więcej.
Wieczór minął nam w spokoju. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, czytaliśmy fragmentami tę samą książkę, komentując ją na zmianę. Wspólnie przygotowaliśmy kolację, ciesząc się drobnymi gestami i krótkimi muśnięciami dłoni. Później wzięliśmy długą, odprężającą kąpiel, zanurzeni w cieple i własnym towarzystwie, by w końcu zasnąć wtuleni w siebie tak blisko, jakbyśmy byli jednością.

Rano obudziłem się jako pierwszy. Sorey musiał wstać do pracy, a to był jego pierwszy dzień, zdecydowanie nie mogłem pozwolić mu się spóźnić. Obróciłem się w jego stronę i delikatnie dotknąłem jego ramienia.
- Sorey… hej, obudź się - Szepnąłem cicho, nie chcąc być zbyt głośny i brutalnym, nie chciałem go w końcu straszyć, nie to było moim ciele.
- Jeszcze pięć minut… - Mruknął, przewracając się na drugi bok i chowając głowę pod poduszkę.
Westchnąłem z lekkim uśmiechem malujący się na moich ustach.. I co ja mam z nim zrobić? Jeśli go nie obudzę, za chwilę będzie w panice biegłał po całym domu szukając tego i owego, nie mając czasu nawet posiłku zjeść.
- Sorey, musisz jeszcze coś zjeść przed wyjściem - Dodałem łagodnie, zsuwając poduszkę z jego twarzy, zanim całkowicie wtopi się w materac.
- Miki… nie teraz… - Wymamrotał, przeciągając się i ziewając tak szeroko, jakby noc dopiero się zaczynała.
Wiedziałem już, że nie będzie łatwo. Westchnąłem teatralnie, po czym powoli usiadłem na jego biodrach okrakiem. Pochyliłem się nad nim i musnąłem jego kark serią delikatnych, budzących pocałunków.
- Sorey, proszę… to twój pierwszy dzień pracy. Nie możesz się spóźnić - Szepnąłem mu do ucha, lekko podgryzając jego płatek, tak jak lubił.
Poczułem, jak jego ciało napina się pod wpływem drobnej pieszczoty, a on sam drgnął, jakby walczył ze snem i własną słabością do mnie. I o to właśnie chodziło. Chciałem go obudzić delikatnie i subtelnie, tak jak tylko ja potrafiłem.
- A może tak zajmiesz się mną trochę lepiej? - Wymruczał, wciąż nie otwierając oczu. Głos miał chrapliwy od snu, miękki, jakby zawieszony gdzieś między jawą a marzeniem. - Zdecydowanie łatwiej byłoby mi wtedy wstać - Parsknąłem cicho, nie mogąc powstrzymać rozbawienia. Co za uparciuch. Naprawdę chciał, żebym budził go w taki sposób? Pokręciłem głową, przesuwając się bliżej. Pozwoliłem dłoniom swobodnie spocząć na jego ciepłej skórze. Był całkowicie odprężony, jakby oddawał się mojemu dotykowi bez najmniejszego oporu. Pochyliłem się i musnąłem jego policzek krótkim, delikatnym pocałunkiem. Potem kolejnym, odrobinę niżej. I jeszcze jednym, tym razem przy kąciku ust, powoli schodząc pocałunkami, niżej i niżej, dając mu to czego tak bardzo chciał.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
 Pytanie o test kompletnie mnie zbiło z tropu, przecież przed chwilą rozmawialiśmy o wyjeździe do mojej babci, a on nagle zmienił temat. W sumie… to do niego bardzo podobne.
- Nie mam jeszcze oceny. Zajęcia z historii są dopiero jutro, więc wtedy pewnie wszystkiego się dowiem - Odpowiedziałem, czując, jak mój własny entuzjazm delikatnie opada.
Partner kiwnął głową i podszedł bliżej, wyciągając dłonie po list, który trzymałem. Patrzył na niego tak uważnie, jakby w każdej literze szukał ukrytego haczyka.
- Chcesz się upewnić, że cię nie oszukałem? - Zapytałem półżartem, choć w środku czułem lekkie ukłucie niepokoju.
- To nie tak… - Mruknął, nie odrywając wzroku od kartki. - Po prostu w to nie dowierzam. Wiem, kim jestem. I wiem, kim jesteś ty. Byłem pewien, że twoja babcia odmówi, że będzie się mnie bała albo… czuła do mnie niesmak. Jak wszyscy, którzy wiedzą. - Zdecydowanie za bardzo się przejmował. Mówiłem mu już tyle razy, że moja babcia nie ocenia ludzi. Ona jest kochana, dobra i widzi więcej, niż inni. Gdyby było inaczej, mnie też by odtrąciła. A przecież tego nie zrobiła, choć miała ku temu każdy powód. Zabiłem jej rodzinę. Naszą rodzinę. Zabiłem mamę, tatę, nawet brata. Za coś takiego powinna mnie nienawidzić, wyrzucić z domu, zapomnieć o moim istnieniu. A mimo to… wciąż mnie kocha. Wciąż jest dla mnie dobra. Jeśli potrafi wybaczyć mnie, czemu miałaby nie dać szansy jemu?
- A kim jestem ja? - Zapytałem cicho. - Mordercą, który odebrał rodzinę sobie i jej. Jak powinna na mnie patrzeć? Powinna mnie nienawidzić? Wydziedziczyć? Może i powinna… ale tego nie zrobiła. Kocha mnie, choć absolutnie na to nie zasługuję. - Patrzył na mnie z tym swoim przygaszonym, ale uważnym spojrzeniem. Chciałem, żeby zrozumiał. Nie po to, żeby się ze mną licytować na winy, ale żeby przestał siebie, umniejszać w całej tej sytuacji.
- Haru, to nie to samo - Odparł z westchnieniem. – To twoja babcia. Ona będzie cię kochać bez względu na wszystko. Babcie już takie są.
- Jak zdążyłem zauważyć… nie wszystkie - Powiedziałem ostrożnie.
Wiedziałem, że dotykam drażliwego tematu, ale słowa same wyrwały mi się z ust. Jego babcia taka nie była. I to była prawda, której żadne milczenie nie zmieni.
- Nie musisz mi przypominać, jaka jest moja babcia - Mruknął, oddając mi list. Złożyłem go starannie i odłożyłem na szafkę nocną.
- Nie chodzi o to, żeby ci to wypominać - Wyjaśniłem spokojniej. - Ale porównując ją do mojej… to naprawdę spora różnica. - Pociągnąłem go delikatnie do siebie i posadziłem na swoich kolanach. Owinąłem ramiona wokół jego talii, chcąc po prostu poczuć, że jest tu, blisko, bezpieczny. - Kocham cię - Szepnąłem w jego ucho, tuląc go mocno do siebie. Czułem, jak jego ciało powoli się rozluźnia, a napięcie z ramion uchodzi, jakby wreszcie pozwolił sobie uwierzyć, że nie musi walczyć z moją babcią, bo ona już go zaakceptowała, zanim jeszcze go poznała.

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

|
 Musiałem przez chwilę przeanalizować jego słowa. Brzmiał na zmartwionego, jakby nie chciał, bym w ten sposób zaczął swoją pierwszą pracę tu, ale... czy mam wybór? Do tej pory nikt nie wyraził zainteresowania, by mnie gdziekolwiek zatrudnić. A jak się nie zgłoszę, jeszcze ta informacja pójdzie na wioskę, i wszyscy pomyślą o mnie jakieś okropne rzeczy, że się wymiguję od pracy, że nie szanuję pomocy, i jeszcze bardziej będę miał przewalone. Nie, chociaż nie chcę, bo czuję się dziwnie przez tę pomoc. Nie chcę mu być nic winien. Chcę do wszystkiego dojść sam, ciężką pracą, nie znajomościami, o które się nie prosiłem. 
- Nie mam wyjścia. Kto inny mnie zatrudni? A jak się nie pojawię, i to pójdzie na wioskę.... już w ogóle będziemy skończeni – przyznałem cicho i niepewnie, patrząc gdzieś przed siebie. 
- A może w bibliotece? Ta pani wydawała się być bardzo miła, może byłaby w stanie dać ci jakąś pracę? - zaproponował, gładząc kciukiem wierzch mojej dłoni. 
- Nie wiem, czy jako pomoc w bibliotece zarabiałbym tyle, by zarobić na siebie, ciebie, i żeby coś jeszcze odłożyć – westchnąłem cicho, trochę rozdarty. Z jednej strony nie chciałem, z drugiej strony bałem się, co się stanie, kiedy się nie zgodzę, czy sobie poradzę w tym miejscu, mając na pieńku z kimś z rady. Tu było w ogóle dobre wyjście? - Chyba pójdę do tej kuźni, i... zobaczę, co to będzie – powiedziałem cicho, niepewnie, szukając wzrokiem naszej chatki. Tak chyba będzie najlepiej. Potrzebujemy pieniędzy, a może bardziej ja potrzebuję. Że też muszę jeść... gdybym nie musiał jeść, wszystko byłoby łatwiejsze, prostsze. Nie musiałbym się niczym przejmować, wtedy prosta praca byłaby idealna. Moglibyśmy wtedy wykorzystać takie pieniądze na nasze małe przyjemności; na czekoladę, na owoce, na jakieś drobiazgi. Może muszę mniej jeść? Może jak zacznę mniej jeść, to mój organizm się przyzwyczai? I będę musiał mniej jeść? Może to jest ten sposób? Ostatnio miałem wrażenie, że jadłem naprawdę za dużo, a tak to nie powinno wyglądać.
- Zawsze możemy zacząć oboje pracować – zaproponował, na co pokręciłem głową. Już coś ustaliliśmy, i ja się tych ustaleń będę trzymał. Na razie zobaczę, jak będzie mnie traktował kowal, bo nie wydawał się zbyt miły, kiedy do niego podchodziłem sam. Jak będzie dla mnie wredny, nie będzie mi dawał zadań ponad moją miarę... cóż, może nie będzie aż tak źle. Bardzo chciałem w to wierzyć. 
- Nie ma takiej potrzeby. Na razie jeszcze trochę zapasów mamy, spróbuję w tej kuźni swoich sił, a jak się ludzie do mnie przekonają, spróbuję znaleźć gdzieś pracę. Albo już będę pracował do zimy? Na razie nie mam planów. Znaczy się, mam, ale nie wiem, czy wypalą, do tej pory nic mi się nie udało, więc chyba lepiej nie planować – wyjaśniłem, cicho wzdychając. Muszę dać radę, dla Mikleo, on potrzebuje kogoś odpowiedzialnego, no i ja też muszę być odpowiedzialny. 

<Owieczko? C:> 

Od Daisuke CD Haru

|
 Na jego słowa tylko zamrugałem zaskoczony. Tego... tego się nie spodziewałem. Szczerze. Już byłem pewien, że się nie zgodzi, że będzie do nas sceptycznie nastawiona, że... sam nie wiem. Samych najgorszych rzeczy, to na pewno. W końcu, dla niej pewnie nie jestem dobrym kandydatem. Wilkołaki chyba nie lubią się mieszać z innymi rasami. Chociaż z drugiej strony... jak my się mamy mieszać? Dzieci z tego nie będzie. Nawet jakbym był dziewczyną, nie zastanawiałbym się, czy chcę mieć dzieci z pierwszym chłopakiem czy też nie. Chociaż... ja musiałbym myśleć. A już na pewno chcieć. Teraz też dobrze byłoby je chcieć, w końcu powinienem się szykować na potomka, a jednak tak... sam nie wiem. Nie widzę siebie jako ojca. I nie wiem nawet, czy chcę mieć dzieci. 
- Ale.... naprawdę? - zapytałem cicho, niepewnie, dalej nie dowierzając. 
- Naprawdę, naprawdę. Napisała, że nie może się doczekać, ze się cieszy się, że będzie mogła cię spotkać i że przygotuje swoje popisowe ciasto – wyszczerzył się szeroko, radośnie, podekscytowany. 
- To aż... dziwne. Wie, kim jestem? Nie ma nic przeciwko temu, że nie jestem wilkołakiem? - podpytałem, musząc się upewnić, że nie śnię. 
- Wie, i nie, nie przeszkadza jej to. Nie jest tym typem wilkołaka, podobnie, jak i ja. Teraz więc możesz już się szykować, i pakować i wszystko, i... ach, nie mogę się już doczekać! - powiedział podekscytowany, a nadmiar tych pozytywnych emocji spowodował, że pojawił się mu ogon, a w oczach pojawił się ten dziki błysk, tak przeze mnie uwielbiany. I jak ja teraz mam mu nie ulec? No nie potrafię, no. Widzę te oczy, uszka, ogon, i przepadam. 
- No jeszcze tydzień. Będziesz musiał do tego momentu wytrwać – powiedziałem cicho, spokojnie, troszkę tym samym tonując jego emocje. Poziom ekscytacji w jego ciele w ostatnich dniach strasznie wzrósł. Nieważne, co bym nie zrobił, co powiedział, on zaraz jest szczęśliwy. Przypominał mi na myśl takiego psiaka, szczeniaka, co jak się coś do niego powie, on zaraz ekscytuje się do granic możliwości. Uroczy widok. 
- Tak, wiem, no ale nie mogę się już doczekać. Będziesz się świetnie bawił, nie martw się, zaakceptuję cię, już cię zaakceptowała – obiecał, a jego ogon machał na lewo i prawo. 
- Musi mnie wpierw trochę poznać, by mnie zaakceptować. Teraz zna mnie tylko z twoich opowieści, więc oczywiście jestem wyidealizowany, co pewnie jako mądra kobieta wie... ale dobrze wiedzieć, że chce mnie poznać – powiedziałem coś pozytywnego, by przypadkiem nie pomyślał, że jestem niechętny na to spotkanie. Podchodziłem do tego bardziej racjonalnie niż on. No i stres dalej gdzieś tam trochę we mnie jest. - Jak tam test z historii? Masz już wyniki? - zapytałem, chcąc trochę zmienić temat. Do czasu wyjazdu na pewno zdążę się spakować, i kupić mały upominek jego babci... ale wpierw się muszę dowiedzieć, co ta kobieta lubi, by nie było z mojej strony jakiejś wtopy. 

<Wilczku? C:>

Od Mikleo CD Soreya

sobota, 15 listopada 2025

|
 Patrząc mu prosto w oczy, uśmiechnąłem się łagodnie i zrobiłem krok w jego stronę. Serce biło mi szybciej, gdy nasze twarze zbliżyły się do siebie, aż w końcu nasze usta zetknęły się w namiętnym, czułym pocałunku. W tamtej chwili przestało mieć znaczenie, czy ktoś mógł nas zobaczyć, liczyło się tylko to, że był obok.
- Kocham cię i nie zostawię cię, nawet jeśli ktoś spróbuje nas rozdzielić - Wyszeptałem, patrząc głęboko w jego oczy, jakbym chciał, aby usłyszał to nie tylko uszami, ale i sercem.
Sorey uśmiechnął się zadziornie, jak tylko on potrafił, po czym chwycił moje policzki w dłonie i ponownie przyciągnął mnie do siebie, składając na moich ustach kolejny, krótki, ale pełen uczucia pocałunek.
Pozwoliliśmy sobie na tę krótką chwilę bliskości, dopóki nie usłyszeliśmy nadchodzących kroków odbijających się echem między regałami. Oderwaliśmy się od siebie niemal jednocześnie. Poczułem, jak policzki płoną mi żywą czerwienią.
Odsunąłem się o krok, próbując wyglądać choć trochę naturalnie.
- Jesteś taki słodziutki, aż chce się ciebie schrupać - Mruknął Sorey półgłosem, na tyle cicho, by tylko ja mogłem to usłyszeć.
- Sorey… - Upomniałem go szeptem, udając oburzenie, choć kąciki moich ust drżały od tłumionego uśmiechu. Chwyciłem najbliższą książkę i dodałem - Chodźmy stąd. - Ująłem jego dłoń i pociągnąłem go w stronę biurka starszej bibliotekarki. Kobieta przywitała nas ciepłym spojrzeniem, które od razu rozluźniło moje spięte ramiona. Sprawnie wypożyczyła nam książki, od czasu do czasu doradzając coś z serdecznością, jakiej rzadko doświadczałem od obcych.
Choć to była prosta biblioteczna formalność, poczułem, jak moje serce robi się nieco lżejsze. Przynajmniej jedna osoba nie patrzyła na nas z góry.
- Miła pani - Powiedziałem cicho, zaciskając dłonie na trzymanej książce, jakbym w niej szukał wsparcia.
Sorey kiwnął głową, a potem ku mojemu absolutnemu zaskoczeniu, pochylił się i pocałował mnie w policzek tak swobodnie, przy wszystkich. Zawstydzenie natychmiast mnie ogarnęło, gorące i intensywne, ale razem z nim przyszło też ciepło, które rozlewało się po mojej klatce piersiowej. Podobało mi się to, co robiliśmy… choć wciąż walczyłem z nieśmiałością, której nie potrafiłem ukryć.
- Sorey… - Mruknąłem, odwracając wzrok w bok, jakbym nagle znalazł coś niezwykle interesującego na na ziemi.
- Przepraszam, Miki. Po prostu… nie mogę się powstrzymać, gdy na ciebie patrzę. Chciałbym, żeby wszyscy widzieli, jak bardzo cię kocham - Powiedział z tą swoją szczerą, rozbrajającą czułością, po czym uniósł moją dłoń i delikatnie ją pocałował.
To było tak słodkie, że aż trudno było mi to wytrzymać bez kolejnej fali rumieńca. On cały był słodki, w tym naturalnym, niewymuszonym sposób, a jednak zawsze mnie peszył swoją otwartością. Może to nie on mnie zawstydzał, tylko fakt, że inni ludzie patrzyli. Nie byłem jeszcze przyzwyczajony do bycia tak… widocznym.
- Wiem o tym doskonale - Odpowiedziałem, gdy uszyliśmy razem w stronę naszego bezpiecznego domu, trzymając się za ręce.
- Tak się zastanawiam… czy jutro chcesz pójść do tej pracy, którą załatwił ci tamten mężczyzna? - Zapytałem, starając się, by mój głos brzmiał neutralnie, choć ciekawość i lekki jednocześnie przebijały się przez siebie.

<Pasterzyku? C:>

Od Haru CD Daisuke

|
Trochę mnie rozbawił, choć oczywiście nie dałem tego po sobie poznać, nie chciałem, by odebrał to w zły sposób. Doskonale znałem jego reakcje na moje zachowanie, zwłaszcza gdy w jego odczuciu sytuacja nie była odpowiednia do żartów czy rozbawienia.
- Nie stresuj się tak. Naprawdę nie ma powodu - Powiedziałem łagodnie. - Przecież ci mówiłem, moja babcia jest cudowną, kochaną osobą. Na pewno się zgodzi i ugości cię najlepiej, jak tylko potrafi. - Złożyłem na jego policzku delikatny pocałunek. Mój panicz westchnął cicho, jakby próbował wypuścić z siebie cały nadmiar niepokoju. Odsunął się od lustra i spojrzał na mnie z lekkim wahaniem w oczach.
- Ja się po prostu martwię - Wyznał, kładąc dłoń na moim policzku w geście, który zawsze mnie rozczulał. - Wiem, kim jestem. I wiem, jak inni na mnie patrzą. - Mruknął, starając się wyglądać jak najbardziej poważnie, choć czułem że bał się tego co może się wydarzyć.
- Nie martw się - Odpowiedziałem, chwytając jego dłoń i ściskając ją delikatnie. - Obiecuję ci, nie będzie tak źle. A nawet jeśli… to co z tego? Najważniejsze, że cię kocham. I nie ma dla mnie znaczenia, co inni o nas myślą. - Po tych słowach musnąłem krótko jego usta, jakby pieczętując tę obietnicę.
Zerknąłem na zegarek i westchnąłem.
- Musimy już się zbierać, inaczej znowu się spóźnimy na zajęcia. - Zauważyłem, nie mogąc się przecież spóźnić prawda? W końcu tego by nie chciał.
- Tak, tak, już idziemy - Odparł, a na jego twarzy pojawił się szybki, ale szczery uśmiech. Ostatni raz pocałował mnie w policzek, po czym ruszył w swoją stronę korytarzem.
- Do zobaczenia Haru- Rzucił jeszcze przez ramię, zanim zniknął za zakrętem.
- Do zobaczenia… - Powtórzyłem szeptem, jakby dla siebie, czując wciąż ciepło jego dotyku.

Na zajęciach czas wlókł się niemiłosiernie. Kompletnie nie mogłem się skupić, a każde spojrzenie na zegar wywoływało lekkie ukłucie niepokoju. Tak bardzo czekałem na wiadomość od babci. Chciałem już wiedzieć, chciałem mieć tę odpowiedź tę jedną, która mogła uspokoić nas obu.
Niech to się już skończy, bo inaczej naprawdę oszaleję.
Mimo że lekcje dłużyły się niemiłosiernie, w końcu dobiegły końca. Ku mojemu zaskoczeniu udało mi się nawet zdobyć kilka dobrych ocen, więc wygląda na to, że mimo wczorajszej, dość pobieżnej nauki coś jednak zostało mi w głowie. Jak dobrze jest mieć wzrokową pamięć, prawie zawsze niezawodną.
Zadowolony i wolny nareszcie od szkolnych obowiązków, ruszyłem po list, w którym miała znajdować się odpowiedź od babci. Postanowiłem otworzyć go dopiero w pokoju, tak będzie lepiej. Szybko więc skierowałem się w stronę drzwi, a uśmiech sam pojawił się na mojej twarzy, gdy tylko zobaczyłem mojego panicza.
- Daisuke, mam go! Babcia odpisała - Oznajmiłem radośnie, zwracając się do mojego partnera z łagodnym uśmiechem.
Od razu zauważyłem, że jest spięty. A przecież nie miał powodu, prawda? Wszystko miało pójść dobrze, byłem tego pewien. Nie chcąc, by stresował się choć chwilę dłużej, usiadłem obok niego i rozdarłem kopertę, zaczynając czytać list na głos, tak aby każde słowo mogło do niego dotrzeć.
Tak jak się spodziewałem, babcia bez wahania zgodziła się na naszą wizytę i zaprosiła nas do siebie na kilka dni. Czułem, jak w mojej piersi rośnie ulga zmieszana z radością.
- Zgodziła się, a nie mówiłem? - Powiedziałem z triumfalnym, ale ciepłym uśmiechem, spoglądając na niego z czułością.

<Paniczu? C:> 

Etykiety