Nie podobało mi się to, co widziałem. Jego dłonie wyglądały fatalnie, poparzone, zaczerwienione, jakby przeszły przez dzień pełen nieszczęść. A fakt, że nic dziś nie jadł, tylko potęgował mój niepokój. To zdecydowanie nie powinno tak wyglądać.
- Musisz coś zjeść - Powiedziałem stanowczo. - Kanapki i coś gorącego do picia na początek. Jeśli dalej będziesz głodny, zrobię ci coś szybkiego na obiad. A teraz… daj mi te dłonie. - Nie protestował. Wyjątkowo potulnie podsunął mi ręce, jakby cała jego pewność siebie zniknęła gdzieś w ciągu ostatnich godzin. Oparzenia zniknęły pod moim dotykiem po kilku chwilach, a skóra wygładziła się, jakby nigdy nie cierpiała.- A teraz powiedz mi prawdę - Dodałem cicho. - Co tam się właściwie wydarzyło? Wyglądasz na zmęczonego, głodnego… i jakbyś bardzo nie chciał tam wracać. - Wiedziałem, co widzę. On próbował to ukryć, ten cień w spojrzeniu, drżenie, które nie pochodziło od zimna, sposób, w jaki unikał mojego wzroku. I ta wymuszona lekkość, którą narzucał sobie jak maskę.
- Miki, nic się nie wydarzyło. Naprawdę - Wydukał, uśmiechając się w sposób, który miał mnie uspokoić, ale tylko wzmógł moją czujność. - Było ciężko. Bo… bo jestem głupi, wiesz? Ale mam nadzieję, że jutro będzie lepiej. Muszę się nauczyć i wtedy… może będzie dobrze. - Jego słowa zabrzmiały jak wyuczona formułka, jak coś, co powtarzał sobie już wiele razy, żeby tylko dotrwać do końca dnia. A jednak drżał od środka, łamał się tam, gdzie nie powinien.
Zmartwiony bardzo, może nawet zbyt bardzo, patrzyłem na niego bojąc się o to co się z nim stanie, jeśli wciąż będzie ukrywał to co czuję...
On nie był tam szczęśliwy. To było oczywiste. Nie chciał tam wracać, widziałem to w każdym geście, w tym jak zaciskał szczęki, jak obejmował mnie ramionami, jak patrzył gdzieś obok mnie, jakby bał się, że jeśli spojrzy mi prosto w oczy, nie zdoła dłużej udawać.
I choć uparcie próbował trzymać się swojej iluzji normalności, ja znałem go zbyt dobrze. Przy mnie niczego nie ukryłby na dłużej, nawet jeśli próbuję
Jego twarz, mimo uśmiechu, była przygaszona. A te dłonie… tak bardzo zmęczone całym dniem, nie gotowe na ciąg dalszy który zapewne jutro będzie je czekał
- Sorey - Zacząłem, ale głos uwiązł mi na chwilę w gardle, zbyt przepełniony troską, której nie potrafiłem już skrywać. - Nie musisz jutro tam wracać, jeśli cię to niszczy. Możesz mi powiedzieć. Cokolwiek to jest… razem coś z tym zrobimy. - Widziałem, że chce ze mną porozmawiać, widziałem też że się boi. Że walczy sam ze sobą. Że chce udawać, ale już nie ma na to siły.
- Nie chcę cię zamęczać moją osobą, masz swoje problemy. Poza tym muszę tam pracować, nie mam nigdzie indziej pracy, a za coś żyć muszę - Westchnął, mimo wszystko mocniej przytulając się do mojego ciała.
- Skarbie oczywiście, że potrzebujesz pracy. Ale nie musisz się tym samym poniżać, on nie ma prawa źle cię traktować, nie daj się mu, pamiętaj że jesteś wartościowy i, że kocham cię nad życie - Szepnąłem, mocno się do niego przytulając.
<Pasterzyku? C:>