Gładząc go po włosach, obserwowałem, jak spokojnie zasypia na moich kolanach. Mój biedaczek… był tak potwornie zmęczony, a mimo to cały wieczór starał się nie pokazywać, jak bardzo opada z sił. Udawał, że wszystko jest w porządku, choć przecież widziałem, jak ledwo trzyma się na nogach.
Czasem zastanawiam się, czy przybycie tutaj nie był błędem. Słyszeliśmy przecież, że tutejsi ludzie są mili, a jednak gdy tylko Sorey zaczął szukać pracy, wszyscy natychmiast odmawiali, jakby sama jego obecność była dla nich problemem. Przecież oni też tu pracują. Dlaczego on miałby być traktowany inaczej? Nawet nie znają go na tyle, by wydawać takie osądy. A w tej sytuacji to właśnie jemu powinno być najtrudniej, to on szuka zatrudnienia, nie ja.
Sorey… on przecież idealnie nadawałby się do pracy w bibliotece! Tamtej starszej pani przydałaby się pomoc, a on uwielbia książki, byłby tam we właściwym miejscu. Ona również mogłaby odpocząć od ciężkiej pracy, a on robiłby coś, co naprawdę lubi. Ale nie. Uparł się. I choć miałem ochotę przekonać go po raz setny, że nie musi tak się męczyć, wiedziałem, że nie odpuści łatwo.
Siedzenie przy nim było przyjemne, ale po dłuższej chwili poczułem, jak plecy zaczynają mnie boleć od braku oparcia.
- Sorey, chodź, położymy się na poduszce - Szepnąłem, delikatnie szturchając go w ramię.
Był tak zmęczony, że z półprzymkniętymi oczami wykonał wszystko, o co go poprosiłem. Ostrożnie ułożył się na poduszce, ledwo świadomy tego co robi. Z czułym uśmiechem poprawiłem kołdrę i przytuliłem się do niego, czując jak przez sen wtula się we mnie instynktownie, jakby szukał bezpieczeństwa.
Był naprawdę słodki. Nie potrafiłem sobie wyobrazić życia bez niego.
Przespał całą noc, a rano… rano było jeszcze trudniej. Kiedy próbowałem go obudzić, ledwo reagował, jakby ciało odmawiało mu posłuszeństwa. Widziałem, jak bardzo nie ma siły tam wracać, lecz nie miałem pojęcia, jak go zachęcić. Oczywiście mógłbym spróbować podobnego podejścia co wczoraj, ale dziś wyglądał na jeszcze bardziej wyczerpanego. Budzenie go w ten sposób nie miałoby sensu.
Pomyślałem więc, że przygotuję mu coś, co może choć odrobinę poprawić mu humor, gorącą kawę i ciepłe śniadanie. Może to go wyciągnie z łóżka.
Bez zbędnego zastanawiania się zabrałem się do pracy. Zrobiłem puszyste omlety, mocną kawę, która miała postawić go na nogi, i przygotowałem kanapki na później, licząc, że dziś coś w końcu zje, zanim zupełnie opadnie z sił.
Gdy wróciłem do sypialni z tacą pełną jedzenia, uniósł lekko głowę i zmrużonymi oczami zapytał:
- Co tak ładnie pachnie? - Uśmiechnąłem się i postawiłem tacę na jego kolanach.
- Śniadanie. Mam nadzieję, że doda ci energii i choć trochę rozpromieni ten smutny poranek. - Sorey spojrzał na mnie z tym swoim ciepłym, trochę sennym uśmiechem.
- Każdy smutny dzień rozpromienia twoja piękna twarz - Mruknął i zbliżył się, by musnąć moje usta krótkim pocałunkiem. - A śniadanie wygląda naprawdę przepysznie. Dziękuję. - Zabrał się do jedzenia tak, jakby dopiero teraz poczuł głód. Biedactwo… znów ścisnęło mnie w środku, widząc jak bardzo jest zmęczony.
- Jesteś pewien, że chcesz tam dzisiaj wracać? - Zapytałem ostrożnie. - Może jednak spróbowałbyś z tą biblioteką? Ta pani naprawdę ucieszyłaby się z twojej pomocy. Wydaje mi się, że byłoby ci tam o wiele lepiej niż u kowala. - Patrzyłem na niego z troską, wiedząc, że jego odpowiedź może w ogóle mnie nie zdziwić.
<Pasterzyku? C:>