Od Soreya CD Mikleo

poniedziałek, 24 listopada 2025

|
 Tak jak myślałem, kowal za mną nie przepadał. Jak wczoraj był taki trochę mrukliwy, kiedy mi odmawiał, tak teraz był wręcz taki gburowaty. Czułem się niechciany tutaj. Już wiedziałem, że zgodził się tylko dlatego, że Ezekiel go o to poprosił. Gdyby nie to, nie dostałbym tej pracy, jestem tego bardziej niż pewien. Mój pracodawca, Jorn, był bardzo surowym nauczycielem. Nigdy nie pracowałem w kuźni, a jego polecenia niewiele mi mówiły. Musiałem prosić, by tłumaczył mi to, czego ode mnie oczekuje, jak co się robi, to on burczał pod nosem, że to pokolenie nic nie umie, jakiego tumana mu tutaj wysłali, że on nie ma sił, by się takim opiekować... a ja naprawdę bardzo starałem się, by wszystko zrozumieć, i dobrze zrobić, i nauczyć się czegoś nowego mimo że nie czułem się tu chciany. Czułem też, że byłem wykorzystywany, nie miałem nawet chwili dla siebie, dlatego posiłku przygotowanego przez Mikleo nawet nie zjadłem. Na nic nie miałem czasu. 
Do domu wróciłem nie tylko padnięty, ale i głodny, przybity psychicznie. To, czego się dzisiaj nasłuchałem... było naprawdę dołujące. Trochę jak w szkole, kiedy wszyscy sobie radzili z zadaniem, poza mną. Może, skoro już teraz potrafię postawy, no to może będzie lepiej? Oby. Bo na razie nie miałem ochoty tam wracać. Ale muszę. Potrzebuję pieniędzy, by kupować drewno na opał, jedzenie, jakieś drobnostki Mikleo. Bez pracy... bez pracy, co ja będę mógł?
Nic.
Zanim przekroczyłem próg, założyłem na twarz delikatny uśmiech. Nie chciałem, by zauważył, że coś jest nie tak. Trochę za bardzo by się zamartwił, przejął.. nie, on ma swoje problemy. Nie mogę być dla niego kolejnym. Muszę być tym silnym, by on się nie martwił. 
- Już jestem – rzuciłem, wchodząc do środka. 
- W końcu! Tęskniłem – Mikleo zaraz znalazł się przy mnie, rzucając się na moją szyję i mocno tuląc. Oczywiście go objąłem, zaciągając się jego słodziutkim zapachem. Moja Owieczka... jakże ja za nią tęskniłem. - Wszystko w porządku? Jak praca? - spytał po chwili, odsuwając się ode mnie. Już wyczuł, że coś nie tak... niesamowity jest. 
- Tak, tylko zmęczony jestem – odpowiedziałem, uśmiechając się lekko. Wzrok Mikleo od razu przesunął się po moich przedramionach, pełnych bąbli i oparzeń. 
- A to? - spytał niepewnie, przesuwając palcem wokół jednego z oparzeń. 
- A, uczę się, głupi jestem, no i łatwo o takie oparzenia. Na szczęście żadnego palca nie mam zmiażdżonego młotem, więc to jest progres – wyszczerzyłem się do niego, opuszczając rękawki. - Wybacz, ale nie miałem czasu zjeść tego, co mi przygotowałeś. Może więc zamiast obiadu to po prostu to zjem i będziesz miał wolne popołudnie – dodałem, uśmiechając się szeroko, by przestał myśleć o moich małych oparzeniach. 

<Owieczko? C:>