Od Soreya CD Mikleo

sobota, 22 listopada 2025

|
 Mimo wszystko, odrobinkę się obawiałem tego pierwszego dnia. Obawiałem się tego przyjęcia przez kowala, bo skoro raz mi odmówił, a nie odmówił Ezekielowi... to co on sobie pomyśli? Że go poprosiłem o pomoc? Niczego od tego mężczyzny nie chciałem, sam się pojawia, i tu daje nam żywność, tu załatwia pracę, tam się krzywi, bo trzymam Mikleo za rękę... Mam nadzieję, że już teraz da nam spokój, i nie będzie nas nachodził. Chcę żyć normalnie. Chcę się uczyć, potykać, podnosić... Chcę się wykazać, pokazać, że jestem wartościowy. Nie mogę w końcu być całe życie prowadzony za rączkę. Chcę pokazać Mikleo, że mogę o niego zadbać, że potrafię być dla niego odpowiednim partnerem. 
– Uważaj na siebie – poprosiłem, bardzo, ale to bardzo chcąc tu zostać, wraz z nim. Pewnie inaczej bym się czuł, gdybym to ja sam sobie załatwił pracę. A teraz? Było mi wstyd, że ktoś to zrobił za mnie. I to jeszcze niby ktoś ważny tutaj... nie, to zdecydowanie tak nie powinno wyglądać. 
– Ja? A co mi się tu może stać? – spytał rozbawiony, delikatnie układając moje kosmyki. 
– No wiesz, tutaj nic. Ale jak będziesz chciał wyjść? Bo domyślam się, że nie będziesz tu siedział cały czas. Nie ty, ty nie potrafisz tyle czasu w czterech ścianach spędzać. Pewnie zaraz tu posprzątasz, a potem pójdziesz nad wodę. Albo na spacer. Poszedłbym z tobą – westchnąłem cicho, niepocieszony. 
– Sam się zaoferowałeś, że będziesz pracował – zauważył słusznie, na co kiwnąłem głową. 
– Masz rację, chciałem sam. I chcę. Sam. A nie chcę, by ktoś mi załatwiał pracę – przyznałem ze smutkiem. 
– Przepracujesz jeden dzień i zobaczysz, jak tam będzie. Na razie najważniejsze jest dobre nastawienie. Dlatego uśmiech na twarz, powtórz sobie, że będzie dobrze, i idź. Oczaruj go, jak to lubisz robić – powiedział, brzmiąc na tak strasznie pewnego. Wierzył we mnie. Więc... ja chyba też powinienem. Chociaż tak odrobinkę. Może wtedy faktycznie będzie lepiej? Może nie będzie aż tak źle? Może jak pokażę, że chcę, że się staram, że się do czegoś nadaję... Zda sobie sprawę, że popełnił błąd, gdy mnie nie przyjął za pierwszym razem.
– No... no dobrze. Postaram się – przyznałem, siląc się na lekki uśmiech. Starałem się zdusić to uczucie niepokoju, jakie towarzyszyły mi od ranka. Będzie... będzie dobrze. Musiałem w to wierzyć. – Do zobaczenia później – dodałem, łącząc nasze usta w namiętnym pocałunku, po prostu musząc, żeby się trochę odstresować. Zaraz po tym opuściłem dom, musząc się trochę pospieszyć do kowala. W sumie, to nie znałem żadnej konkrentej godziny, miał być wczesny ranek... no i godzina szósta się do tego powinna kwalifikować. Oby. 

<Owieczko? c:>

Etykiety