Od Mikleo CD Soreya

sobota, 29 listopada 2025

|
Nie podobało mi się to, że to właśnie Sorey brał na siebie całą odpowiedzialność za to, że jego nauczyciel (kowal) okazał się fatalnym mentorem. Przecież gdyby ten człowiek podszedł do niego inaczej, bardziej logicznie, spokojniej, tłumacząc krok po kroku i faktycznie próbując go czegoś nauczyć, wszystko mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej. Zamiast tego mężczyzna robił wszystko, jakby celowo, aby mój partner się zniechęcił. Widać to było gołym okiem; nie trzeba kończyć żadnych szkół, by dostrzec tak oczywiste zachowania.
I chociaż Sorey sądził, że to jego wina, ja wiedziałem jedno, on nie ponosi tu żadnej winy. Nie on powinien przepraszać. To jego nauczyciel powinien się w końcu zastanowić nad sobą i nad tym, jak beznadziejnie się zachowuje. Powinien przeprosić za to, jak traktuje kogoś, kto dopiero się uczy i stara się jak może.
- Och, skarbie, nie daj mu sobą pomiatać - Powiedziałem, ujmując jego dłonie i zmuszając go, by spojrzał mi prosto w oczy. - Wiem, że musisz się wszystkiego nauczyć, ale pamiętaj. Nie jesteś głupi. Po prostu nie miałeś okazji wcześniej tego robić. A dobry mentor powinien to rozumieć, powinien cię wspierać i cierpliwie tłumaczyć, nie obwiniać za każde najmniejsze potknięcie. Jeśli robi inaczej, to znaczy, że problem leży w nim, nie w tobie. - Ścisnąłem jego dłonie mocniej. - Jeśli ten mężczyzna naprawdę się nie zmieni, zacznę szukać pracy. Nie pozwolę, byś musiał pracować u kogoś, kto cię poniża. A jeśli będziesz przede mną ukrywał, co się dzieje… i tak się dowiem. Jeśli nie od ciebie, to pójdę do kowala i on wszystko mi wyśpiewa - Dodałem stanowczo. Byłem gotów bronić mojego partnera zawsze i wszędzie. Kochałem go, bardziej niż życie, dlatego byłem w stanie poświęcić wszystko, absolutnie wszystko, żeby był szczęśliwy.
- Miki, przecież mieliśmy umowę, pamiętasz? - Przypomniał spokojnie, głaszcząc moje dłonie kciukiem, jakby próbował mnie uspokoić. - Teraz pracuję ja, a gdy przyjdzie zima, ty przejmiesz obowiązki. Bardzo cię proszę, nie zmieniajmy tego. Pozwól mi się wszystkiego nauczyć. I proszę… nie wtrącaj się. Jestem dorosły. Poradzę sobie. - Ucałował moje dłonie, a ja westchnąłem ciężko. Nie chciałem ustępować, ale widziałem w jego oczach determinację i prośbę, której nie potrafiłem zignorować. Skinąłem więc głową.
- Dobrze… masz rację. Przepraszam. Po prostu strasznie się martwię. Nie wiem, jak mogę ci pomóc, chociaż bardzo bym chciał- Wyszeptałem, smutny i pełen troski.
Sorey uśmiechnął się lekko, a w jego spojrzeniu pojawiło się ciepło.
- Po prostu bądź przy mnie, kiedy wrócę do domu. Chcę móc przytulić się do ciebie, czuć twoją bliskość każdego dnia i każdej nocy - Wyszeptał i musnął mój policzek delikatnym pocałunkiem. - A teraz muszę już lecieć. Nie mogę się spóźnić. Dziękuję za śniadanie… i za drugie śniadanie też. Do zobaczenia. - I zniknął za drzwiami, zostawiając mnie samego z moimi myślami, troskami i pustką domu, w którym musiałem znaleźć sobie jakieś zajęcie, żeby nie zwariować od samotności i ciągłego martwienia się o niego. Mam nadzieję, że dziś będzie lepiej, bo właśnie tego dla niego bym chciał, aby cieszył się pracą, na tyle na ile jest to możliwe. 

<Pasterzyku? C:> 

Etykiety