Od Soreya CD Mikleo

sobota, 29 listopada 2025

|
 Bardzo chciałem się wykazać. Chciałem pokazać, że można na mnie liczyć. Że potrafię. Że nie jestem leniwym tumanem, którego to kowal musi prowadzić jak za rączkę... chociaż, on w ogóle mnie nie prowadził. Mówił, co mam robić, i ja miałem to zrobić, a to, że nie rozumiałem, to nikogo nie interesowało... No ale robiłem to, co miałem. Albo przynajmniej się starałem.
Dzisiaj znów przywitał mnie nieprzyjemny grymas mojego mentora, który to wyraźnie nie chciał, bym tu przychodził. Nie mogłem jednak zrezygnować. Potrzebowałem tej pracy, musiałem utrzymać nasz nowy dom, siebie, zarobić na mały remont... Choćbym chciał, nie mogę zrezygnować. 
Tego dnia znów było ciężko, i nie miałem za bardzo siły na nic. Znów moje ręce były poparzone, nie dostałem rękawiczek ochronnych; Jorn był smokiem, więc jemu temperatura wysoka nie przeszkadzała i nie miał żadnych rękawic zapasowych. Nawet fartucha nie dostałem, więc tym razem nawet ubrania miałem trochę zniszczone, co mnie zmartwiło. Nie miałem za dużo ubrań, więc jak dalej będę to tak niszczyć, będę musiał kupić kolejne. Chyba powinienem sam zaopatrzyć się w jakiś fartuch, i rękawice...? Kowal twierdził, że jako anioł takie drobnostki nie powinny mi przeszkadzać, a jak mi przeszkadzają, to mam się wyrobić. Brzmi ciężko, ale skoro on twierdził, że jest to możliwe, to musi być możliwe... prawda? 
Zmęczony jeszcze bardziej niż wczoraj wróciłem do domku. Pocieszał mnie tylko fakt, że czeka tam na mnie Miki, do którego zaraz się przytulę, i chociaż na chwilę zapomnę o tym, co się dzisiaj stało w pracy. 
– Miki, wróciłem – odezwałem się, kiedy tylko przekroczyłem próg domu. 
– W końcu... Sorey, co się stało? – spytał, kiedy tylko znalazł się przy mnie. Pewnie zaraz dostrzegł te moje poparzenia, obrzęki i trochę nadpalone krawędzie ubrań. W sumie, to już teraz te rzeczy mogą mi służyć do pracy, skoro i tak są zniszczone. Chociaż... chociaż tyle dobrego. 
– Byłem trochę nieostrożny, następnym razem będę bardziej uważał – stwierdziłem, podchodząc do niego, by się przytulić pomimo tego, że całe ręce miałem poparzone. W tej chwili wszystko, czego chciałem, to jego bliskości. Jego zapach i bliskość sprawiały, że czułem się odrobinkę lepiej, przynajmniej psychicznie. – Jak ci minął dzień? Pewnie nudno, co? Może... może powinniśmy jakieś zwierzątko sobie sprawić? Zawsze będzie ci raźniej, a później mi będzie raźniej...
– Sorey, nie zmieniaj tematu. Jak to byłeś nieostrożny? Przecież mogłeś sobie zrobić krzywdę – mówił, odsuwając się ode mnie i chwytając za moje dłonie, by zaraz zacząć mnie leczyć. Mikleo nie powinien na mnie marnować swoich mocy. Są zbyt wspaniałe jak na mnie. 
– Muszę się wykazać. I uczyć. I popełniłem trochę błędów... ale się uczę. Następnym razem będzie ze mną lepiej, dzisiaj faktycznie trochę przesadziłem z pośpiechem... ale miałem nadzieję, że trochę nadrobię i będę miał czas na zjedzenie twoich kanapek, ale mi się nie udało. Tak więc dzisiaj znów masz wolne od robienia obiadu – odpowiedziałem, uśmiechając się szeroko. Jego obecność była dla mnie dosłownie wszystkim.

<Owieczko? c:>

Etykiety