Od Mikleo CD Soreya

czwartek, 20 listopada 2025

|
Uważałem, że mój partner zwyczajnie zbyt mocno to przeżywa. Ezekiel na pewno nie zmusił kowala do przyjęcia go na staż, gdyby kowal naprawdę nie chciał, nie zgodziłby się, choćby nie wiadomo jak bardzo Ezekiel próbował go przekonać. Byłem tego wręcz pewien.
- Spokojnie, Sorey. Bądź dobrej myśli, a wszystko na pewno się uda. Najważniejsze, żebyś nie pokazał, że się boisz, bo wiesz podejrzewam, że to może zostać źle odebrane - Powiedziałem, obdarzając go najłagodniejszym i najszczerszym uśmiechem, na jaki byłem w stanie się zdobyć.
Sorey odwzajemnił uśmiech, po czym skupił się na swoim posiłku.
Ja natomiast patrzyłem na niego, stukając palcami o blat stołu i zastanawiając się, co właściwie będę robił, kiedy on będzie w pracy. Myśli krążyły mi po głowie, jedna po drugiej, choć żadna nie chciała zatrzymać się na dłużej.
Chyba nie potrafił jeść w samotności, bo po chwili zaczął podsuwać mi kawałki swojego jedzenia, jakby był przekonany, że jestem głodny. Cóż… skoro tak bardzo tego potrzebował, zjadłem kilka kęsów, mimo że nie uznawałem tego za konieczne. W końcu to on powinien się porządnie najeść, dla mnie jedzenie i tak nie miało większego znaczenia.
Sorey, jak zwykle po skończeniu posiłku, próbował odwlekać moment opuszczenia domu, sposobem na mycie naczyń. Znam go na tyle dobrze, że widzę to od razu, drobne próby przeciągania chwili, jakby odkładanie talerzy miało mu dać jeszcze odrobinę spokoju przed wyjściem do pracy. Na szczęście byłem obok, a ja nie pozwalam mu na takie wymówki.
- Zostaw, ja to posprzątam - Powiedziałem łagodnie, wyjmując mu talerze z rąk i odkładając je do zlewu. - I tak nie mam tu zbyt wiele do roboty, kiedy ciebie nie będzie. - Kątem oka widziałem, jak się uśmiecha, trochę z zakłopotania, a trochę z wdzięczności. Sięgnąłem po przygotowane wcześniej śniadanie do pracy i podałem mu je, starannie zapakowane.
- Proszę, to dla ciebie. Gdybyś przypadkiem w pracy zgłodniał. - To nic wielkiego, zwykły posiłek, ale przynajmniej wiedziałem, że nie będzie chodził cały dzień głodny.
- Dziękuję… ale wiesz, że nie musiałeś - Mruknął, choć mimo sprzeciwu szybko schował pudełko do torby. Tak bardzo znam tę jego pozorną niechęć przyjmowania troski.
- Wiem, że nie musiałem - Odpowiedziałem, poprawiając dłonią jego wiecznie roztrzepane włosy. - Ale bardzo chcę o ciebie dbać. I chcę cię uszczęśliwiać, jeśli tylko mogę. - Zaróżowiły mu się policzki, a ja nie mogłem się powstrzymać, pochyliłem się, by musnąć jego usta. Delikatnie poprowadziłem jego włosy, odpowiadając go aż do drzwi, jakby każdy krok miał sprawić, że wyjście z domu stanie się dla niego choć trochę przyjemniejsze.
- Powodzenia, kochanie - Szepnąłem na pożegnanie. Mając nadzieję, że ten dzień zakończy się dla niego lepiej niż się rozpoczął, bo coś tak czułem że był wciąż zmęczony, lub z powodu mojej pobudki, miał ochotę na coś znacznie innego niż praca. Cóż to on chciał pójść do pracy, teraz już nie może się wycofać, musisz zrobić wszystko, aby się postarać i wyjść jak najlepiej w oczach kowala, aby szybko nie stracić tej pracy.

<Pasterzyku? C:> 

Etykiety