Czując, jak jego usta schodzą coraz to niżej, i niżej, aż westchnąłem z błogością. Ten kontrast pomiędzy jego lodowatymi ustami, a moim rozgrzanym ciałem był... wow. Aż chciało się go czuć więcej i więcej. Tak z rana to ja jeszcze nigdy nie byłem budzony, a przyznać muszę, to było bardzo przyjemne. Ale czy chciałem wstawać? Nie. Chciałem, by ta przyjemność się nigdy nie kończyła.
Uniosłem rękę, by wpleść palce w jego włosy, a on w tym samym momencie wstał, pozostawiając chłód i pustkę. Otworzyłem oczy, patrząc z wyrzutem w rozbawione oczy mojego chłopaka. On to zrobił specjalnie. Co za okrutnik. Zacząłem się ruszać, to on przestał. Jak tak można? Nie wiedziałem, że spotykam się z tak wredną osobą.
Kocham go całym sobą. Nieważne, czy był wredny, czy niewredny... jest mój, calutki mój i to jest najpiękniejsze. A jeszcze piękniejszy mógłby być ten poranek, który on zdecydował się przerwać.
- Jak skończysz pracę, wrócimy do tematu – powiedział słodziutko, po czym nachylił się do mnie i ucałował mnie w czubek nosa. - No już, zbieraj się, a ja pójdę ci przygotować śniadanie – dodał, podnosząc się z łóżka.
No i co ja mam teraz zrobić?
Z niechęcią podniosłem się z łóżka, rozglądając się nieprzytomnie po pokoju. Dlaczego kowal musi pracować tak wcześnie? To nie jest jakaś super wielka wioska, nie szykuje się ona do żadnego spotkania zbrojnego, koni jest kilka na krzyż... i po co tak wcześnie rozpoczynać dzień? Czemu by się nie wyspać? Przeczesałem dłonią włosy, ziewnąłem szeroko i dopiero wtedy, niechętnie, poczłapałem do łazienki. Tam powoli się ogarnąłem, umyłem ciało, włosy, twarz, powtórzyłem swojemu odbiciu w lustrze, że będzie dobrze, że dam radę i dopiero wtedy opuściłem łazienkę, w może tak odrobinkę lepszym nastroju. Ale tylko tak odrobinkę. Najchętniej to bym dalej leżał wtulony w ciało Mikleo, które może i było chłodne, ale było jego, i tylko to miało dla mnie znaczenie, a nie jakaś tam temperatura. Poza tym nauczyłem się, że jak jest chłodny, to jest zdrowy, i fizycznie, i psychicznie.
– Przygotowałem ci omlet z warzywami, do tego kawa i bułka. A jak wrócisz z pracy, będą na ciebie czekać naleśniki – powiedział z uśmiechem i takim dziwnie wesołym tonem. Jest godzina piąta trzydzieści, jak on może być taki wesoły? Jakże chciałbym znać jego sekret. – Tylko... o której kończysz?
– Nie mam pojęcia. Nie wiem, ile godzin będę pracował, co tam będę robił, za jaką stawkę... Czy w ogóle mój staż u kowala ma sens, to też jest dobre pytanie – westchnąłem cicho czując, jak powoli się zaczynam stresować.
– Czemu miałaby nie mieć sensu? – zapytał mój chłopak, siadając naprzeciwko mnie. W przeciwieństwie do mnie, przed nim nic nie stało; nawet kubek z jakimś słodkim, ciepłym napojem. Zmartwiło mnie to. Powinien się napić, by mu lepiej dzień mijał. Następnym razem, o ile los mi na to pozwoli i dalej będę miał tę pracę, on mi będzie robił śniadanie, a ja mu czekoladę, na przykład.
– No wiesz, nie wydaje mi się, aby kowal miał tu dużo pracy. Jest smokiem, więc jest nieśmiertelny, zmiennika nie potrzebuje. Mam nadzieję, że Ezekiel nie wcisnął mnie mu na siłę – powiedziałem w końcu, nerwowo uderzając palcem o ucho kubka. Naprawdę chcę się wykazać, a nie być zbędnym balastem. Już wystarczająco długo nim byłem... też chcę zacząć coś robić.
<Owieczko? c:>