Od Mikleo CD Soreya

wtorek, 30 września 2025

|
To niesamowite… Dopiero co tłumaczyłem mu, jak ma schować skrzydła, jak je ponownie przywołać i w jaki sposób z nich korzystać, a on już pyta, jakby cała wiedza, którą mu przekazałem, wpadła jednym uchem, a wypadła drugim. Ech, cały Sorey… On nigdy nie potrafi skupić się na jednej rzeczy. Jest trochę jak dziecko, potrzebuje ciągłej uwagi, prowadzenia za rękę i przypominania o najprostszych krokach, żeby zrobić postęp.
A jednak, mimo że potrafi wyprowadzić mnie z równowagi, nie mogę się na niego naprawdę gniewać. Przecież sam kiedyś zapragnąłem być jego przyjacielem, a teraz stałem się jego partnerem. Może właśnie w tym tkwi jego urok, w tej nieustannej energii, w braku cierpliwości, w braku wiary w samego siebie i w szczerości, która czasem bywa uciążliwa, a czasem po prostu rozbrajająca.
- Możesz mi powiedzieć co to tak właściwie robisz? - Zapytałem z powątpiewaniem, obserwując jego wszelkie starania, by ukryć skrzydła. Serio zastanawiałem się, czy on mówi do nich poważnie, jakby miały go usłuchać niczym dzieci? Przecież to tak nie działa. Powinien to czuć, wyobrazić sobie i skupić się na tym, a nie prowadzić z nimi rozmowę. Wydawało mi się, że jasno dałem mu do zrozumienia, jak powinien to zrobić… czyż nie?
- Próbuję schować skrzydła tak, jak mi mówiłeś. Skoro mają mnie słuchać, to robię wszystko, żeby… mnie słuchały - Odparł z rozbrajającym uśmiechem, który sprawił, że przez chwilę zabrakło mi słów.
Odruchowo pokręciłem głową, po raz kolejny nie mogąc uwierzyć w to, co widzę. Przecież wystarczyło, by po prostu usiadł i pomyślał o tym, żeby skrzydła zniknęły. Tylko tyle – nic więcej.
- Usiądź i wyobraź sobie, że chcesz, by twoje skrzydła zniknęły - Poprosiłem spokojnie, wskazując dłonią miejsce obok mnie.
Sorey bez słowa spełnił prośbę. Skupił się na chwilę i ku mojej uldze skrzydła wreszcie ustąpiły, chowając się tak, jak powinny.
Jego twarz natychmiast rozjaśnił szczery uśmiech. W podnieceniu przytulił się do mnie mocno, jakby właśnie osiągnął największy sukces swojego życia.
- Dziękuję! Jesteś wspaniały. Gdyby nie ty, nigdy bym sobie z tym nie poradził - Wyszeptał, składając delikatny pocałunek na moim policzku.
- Dobrze, dobrze, już się tak nie podlizuj - Mruknąłem, udając surowość. - Idź po drewno, chcę zacząć robić ci kolację. - Trochę już rozkazałem, widząc że całkiem o tym zapomniał.
- Nie mi, a nam - Poprawił mnie natychmiast, z błyskiem w oku. - Skoro już przyspieszyliśmy podróż, chcę, żebyś zjadł ze mną. - Stwierdził, uśmiechając się do mnie szeroko.
- A jeśli zjem dziś z tobą, naprawdę cię to uszczęśliwi? - Uniosłem brew, przyglądając mu się z lekkim rozbawieniem.
- Tak. Samemu mi się nie chce - Odparł szczerze, kiwając głową.
Westchnąłem cicho. No dobrze… skoro miało to dla niego takie znaczenie, mogłem zrobić mu tę przyjemność. Lepiej, niż gdyby miał potem chodzić głodny albo marudzić, że nie ma apetytu.
- W porządku, zjem z tobą. Ale najpierw przynieś drewno na opał - Powtórzyłem stanowczo, czekając, aż w końcu wykona polecone mu zadanie.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
 Nie byłem do końca przekonany, czy powinniśmy to tak po prostu zignorować. W mojej głowie kłębiły się wątpliwości, a poczucie niepewności coraz mocniej ściskało mnie od środka. Mój partner wydawał się pewny siebie, ale miałem świadomość, że sam może nie być w stanie poradzić sobie z ludźmi o takiej determinacji i bezwzględności. A jednak… przypomniałem sobie tamten moment, jego spojrzenie, zimne i precyzyjne jak ostrze, sposób, w jaki jednym ruchem, jednym słowem potrafił doprowadzić człowieka do granicy, aż ten sam odebrał sobie życie. Nie, on nie był słaby. Może wręcz przeciwnie, znacznie silniejszy, niż byłem ja.
- Jeśli to sprawi ci przyjemność, na razie zostawimy ten temat na boku - Stwierdziłem, choć mój głos brzmiał obco nawet dla mnie. Brzmiał jak głos człowieka, który stara się uwierzyć w coś, w co tak naprawdę nie wierzy.
Cisza, która zapadła po moich słowach, była cięższa niż jakiekolwiek oskarżenie. W powietrzu wisiało coś dusznego, jakby ściany pokoju same wiedziały, że to, co odkładamy na bok, powróci z jeszcze większą siłą. Nie mogłem się pozbyć uczucia, że ta sprawa, niezależnie od naszych prób ucieczki, w końcu nas dogoni. A wtedy… nie będziemy już mieli wyboru.
To nie było zwykłe przeczucie. To było jak szept w mojej głowie, jak cień, który poruszał się na granicy pola widzenia, nieuchwytny, ale nieodparcie obecny. Wiedziałem, że wróci. Wiedziałem, że przyjdzie dzień, w którym przyjdzie nam zmierzyć się nie tylko z nimi, lecz także z samymi sobą.
Mój partner westchnął cicho, a w tym westchnieniu było coś więcej niż tylko zmęczenie. Chyba wyczuł, że mimo wszystko wciąż o tym myślę, że moje troski i lęki nie pozwalają mi skupić się na niczym innym.
- Mówisz o tym, żebyśmy zapomnieli, ale sam dalej o tym myślisz… - Rzucił półgłosem. Miał rację. Nie potrafił czytać w myślach, a jednak wyczuwał wszystko z niezwykłą precyzją. Czuł moje napięcie, moje poczucie bezradności. Nie potrafiłem przestać o tym myśleć, bo bałem się o niego. Bałem się, czy przeżyje, czy ktoś przypadkiem go nie skrzywdzi.
- Wybacz… - Zacząłem, a słowa grzęzły mi w gardle. - Ja po prostu nie chcę, aby coś ci się stało. Tak bardzo cię kocham. Chcę cię chronić przed całym złem tego świata. - Wypowiedziałem te słowa wreszcie, jakby zrzucając ciężar z ramion.
Przez chwilę trwała między nami cisza, gęsta, pełna emocji, jakby świat na zewnątrz przestał istnieć. On patrzył na mnie tym swoim spokojnym, przenikliwym wzrokiem, a ja miałem wrażenie, że dostrzega wszystko, czego nawet nie wypowiadam. Moje lęki, przywiązanie, rozpaczliwe pragnienie, by go ocalić.
- Może zamiast martwić się o to, skup się na tym, co robimy teraz - Powiedział, a w jego głosie zabrzmiała delikatna irytacja i coś w rodzaju rozbawienia. - Musisz się umyć. I musisz umyć mnie. Ile jeszcze mam czekać? Woda zaraz stanie się zimna, a ty… nawet nie zacząłeś. - Jego spojrzenie błądziło między moją twarzą a kranem, jakby proste, codzienne czynności miały moc przegonić wszystkie strachy.
Poczułem, że na chwilę udaje mu się oderwać mój wzrok od tamtej sprawy.
- Och, wybacz - Odpowiedziałem, i w moim głosie zabrzmiało autentyczne zażenowanie. - Bardzo przepraszam. Już to nadrabiam. - Zaśmiałem się zabierając za mycie jego ciała. 

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

|
 Nie chciałem się zatrzymywać. Widziałem, że Mikleo nie był zmęczony, dlatego więc też i ja nie mogę być. Jak się przemogę, na pewno dam radę. W końcu z jesteśmy tak blisko... Czemu musimy teraz odpoczywać? Jeszcze godzinka, albo dwie i byśmy byli jeszcze bliżej. Ale Miki wydawał się nieugięty, nie odpuści mi, a ja nie mam nawet co próbować się targować. 
– Nie jestem aż taki głodny – mruknąłem cicho, tak właściwie zgodnie z prawdą. 
Byłem pochłonięty wszystkim innym, wszystko inne było znacznie bardziej ważne niż jakieś tam jedzenie. Zresztą, Miki nie je, i ja też jakoś dużo nie potrzebuję, a przynajmniej tak starałem sobie wmówić. Samemu tak dziwnie było mi jeść, zwłaszcza, że jeszcze on gotował. Gotuje i nie może jeść... przecież to strasznie smutne, że tak się stara, i potem się co najwyżej może na to popatrzeć. Teraz jednak mu nie odpuszczę. Jedzenia mamy sporo, a skoro jutro już będziemy na miejscu, to raczej nie musimy oszczędzać. W teorii. Gorzej, jak tak jutro dotrzemy, przeze mnie nas nie przyjmą, i zostaniemy bez jedzenia. Znaczy się, nie że nas, tylko mnie, mnie nie przyjmą, zostanę bez jedzenia i, co najgorsze, sam. Ale przynajmniej Miki będzie miał szansę poznać i odnaleźć siebie. 
– Mhm, a później mi zasłabniesz. Zaraz ci zrobię coś porządnego... przyniesiesz suchego drewna? – poprosił, na co kiwnąłem głową. 
– Pewnie, tylko... Jak je schować? – zapytałem z głupim uśmiechem, kiwając głową w stronę moich obolałych skrzydeł. Nie sądziłem, że kiedykolwiek poczuję ból mięśni skrzydeł... ale tak, teraz je właśnie czułem. I plecy, plecy też mnie bolały, ale to zrozumiałe, trochę i przez trochę w końcu ponieść musiały.
– Jeszcze się do nich nie przyzwyczaiłeś? – spytał z niedowierzaniem. No tak, wczoraj całkiem szybko je schowałem, ale wczoraj to było co innego. Prawie ich nie czułem, byłem tylko świadom ich obecności. A teraz? Czułem je aż za dobrze. Nie wiem, co gorsze, praktycznie w ogóle ich nie czuć, czy może czuć każdy mięsień w nich. 
– To nie takie proste... – burknąłem cicho, pusząc policzki. 
– Cały czas jest ta sama zasada. Traktuj je... jak trzecią rękę. Chcesz je podnieść, podnoś, chcesz je schować, ukryj. Inaczej ci tego nie wytłumaczę – powtórzył niby cierpliwie, ale i tak wyczułem, że może trochę ma dosyć wałkowania cały czas tylko i jednego tematu. A ja czułem się przy nim jak głupek. Mówi mi coś tak naturalnego, prostego, a ja? Mam problem z czymś tak trywialnym. Może się po prostu nie nadaję. Dolecimy tam, i po prostu o nich zapomnę. Więcej mi się one nie przydadzą, swoją rolę spełniły, i... i to najważniejsze. 
– No dobra... znikajcje – powiedziałem do mojej lewej skrzydeł, już nie chcąc być tym idiotą i utrapieniem dla niego. Dlatego miałem nadzieję, że to zadziała, im szybciej, tym lepiej. 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Na jego słowa pokręciłem niepewnie głową. Byli oni moją odpowiedzialnością. Puściłem ich wolno, nie dokończyłem sprawy, i teraz mogą mnie prześladować. Oby tylko mnie. Obawiałem się, że jeżeli tylko dostrzegą, że Haru jest dla mnie bliski, mogą chcieć zrobić coś jemu. To byłaby znacznie bardziej wyrachowana zemsta. Czy byli do tego zdolni? Nie wiem. Nie znałem tych ludzi, wiem jedynie, że obserwowali mnie wystarczająco długo, by wyłapać kilka faktów. I teraz, o ile mi się nic nie przewidziało. Ciężko było mi jednoznacznie stwierdzić, czy faktycznie kogoś tam widziałem. Może podświadomie byłem poddenerwowany, i coś mi się wydało... Lepiej jednak zachować czujność. Oboje musimy być uważni. 
– A poza wezwaniem mojej babki, zrobili coś jeszcze, kiedy im powiedziałeś, że najprawdopodobniej zostałem porwany? Bo domyślam się, że powiedziałeś im o moich przeczuciach – zapytałem spokojnie, opierając się o jego klatkę piersiową. Wyczuwałem, że wziął na swoje barki duży ciężar. Obiecał coś sobie, i obietnicy chce dotrzymać. Szkoda tylko, że nie wie, że to ja muszę chronić jego. I raczej nie przekonam go do tak łatwo do swojego zdania, o ile nie powiem mu prawdy, a tego nie chcę. Jest kochany. Jeszcze się niepotrzebnie zacznie przejmować. 
– Teraz na pewno zareagują inaczej. Sprawniej. Muszą zareagować na to bardziej stanowczo, skoro już raz stała ci się krzywda z powodu ich niedopatrzenia – stwierdził naiwnie. 
– To nie było z ich powodu. Tylko z mojego. Powstrzymywałem się, i... i skończyło się, jak się skończyło. Drugi raz jednak do tego nie dopuszczę. Obronię siebie i ciebie – obiecałem nie tylko jemu, ale także i sobie. Kiedy to tak powiedziałem na głos, poczułem się nieco lepiej, pewniej. 
Haru westchnął ciężko, a następnie przytulił mnie lekko do siebie. Pomimo tego, że był to gest raczej delikatny, poczułem tym samym ogromne wsparcie, które chciał mi przekazać. On miał trochę inne patrzenie na całą tę sprawę, bardziej wyrozumiałe, łagodne. Ale babka miała rację. Muszę być bezwzględny, bo jak inaczej sobie w życiu poradzę? Żadnego wahania, w każdej sytuacji. Gdybym od początku się do tego stosował, nic takiego nie miałoby miejsca, a ja teraz nie martwiłbym się o Haru. 
– Dalej jej słowa siedzą ci w głowie? – spytał cicho, jakby ze smutkiem. 
– Ciężko, żeby mi one nie siedziały, kiedy to sama prawda. W wielu kwestiach się nie zgadzam z tą kobietą, ale teraz miała mnóstwo racji. Niestety. Jeżeli chcę zaistnieć, jeżeli chcę przeżyć, jeżeli chcę chronić... nie mogę się wahać – wyjaśniłem, odwracając się w jego stronę. – Nie myśl już tyle o tym. Nie mam pewności, czy go widziałem. Warto być teraz czujnym i ostrożnym, ale nie martw się aż tak. Jest tak miło, przyjemnie... czemu by to niszczyć? – uśmiechnąłem się do niego pięknie, chcąc, by skupiał się tylko i wyłącznie na mnie. Jeżeli dalej będę ich widywać, a Haru będzie się martwić... będę musiał się ich pozbyć. By znów był spokojny, i zwracał uwagę tylko i wyłącznie na moją osobę. 

<Wilczku? c:>

Od Mikleo CD Soreya

|
Mimo jego szczerych chęci musiałem cały czas mieć na niego oko. Wiedziałem, że odpowiadam za jego bezpieczeństwo i czułem ciężar tej odpowiedzialności na swoich barkach. Nie potrafił jeszcze dobrze latać, brakowało mu wprawy, pewności siebie i wiary we własne siły. A jednak miałem nadzieję, że moja obecność, mój dotyk dłoni, moja cicha zachęta pozwolą mu wznieść się ponad własne ograniczenia. Wyżej i wyżej, aż do chwili, w której sam nie powie, że potrzebuje odpoczynku.
Lecieliśmy spokojnie nad wierzchołkami drzew. Wokół panował spokój, nikt nas nie ścigał, nikt nie próbował nas skrzywdzić. Nie było żadnych strzałów, żadnych zasadzek ani ukrytych wrogów. Byliśmy bezpieczni, zupełnie, absolutnie bezpieczni, a ten spokój dawał nam siłę, by lecieć dalej.
Zatrzymywaliśmy się jedynie na krótkie przerwy, które, choć trwały nieco dłużej, niż planowałem, wcale nie opóźniały naszej podróży. Wręcz przeciwnie, mimo postojów poruszaliśmy się szybciej, niż byłoby to możliwe pieszo. A każdy kolejny odcinek trasy dodawał nam odwagi.
Kiedy pokonaliśmy już ponad połowę drogi, poczułem dumę, jakiej dawno nie czułem. Mój chłopak radził sobie coraz lepiej, naprawdę ponad moje oczekiwania. Widziałem, że zaczyna wierzyć w siebie, choć jeszcze niedawno tak bardzo wątpił we własne możliwości. Byłem z niego dumny. Dumny, że zaufał mi choć raz, że pozwolił się poprowadzić, że nie odtrącił wyciągniętej dłoni. Dzięki temu mógł wzbić się wyżej, niż sam kiedykolwiek przypuszczał. Latał piękniej i pewniej niż kiedykolwiek przedtem, jakby w końcu odkrył swoje prawdziwe skrzydła.
- Zasłużyłeś na przerwę - Powiedziałem spokojnie, kiedy nasze stopy dotknęły ziemi. - Na dziś wystarczy nam ekscytacji. Jutro, jeśli znowu wzbijemy się w powietrze, najpewniej wieczorem dotrzemy na miejsce. - Wyjaśniłem. 
Najważniejsze byśmy w końcu znaleźli się tam, gdzie czeka na nas jedzenie, ciepło i bezpieczeństwo, dokładnie tak, jak to sobie zaplanowaliśmy.
- Nie… możemy lecieć dalej. Dam sobie radę! - Odparł Sorey z uporem, choć w jego głosie brzmiała nutka zmęczenia. Widziałem, że naprawdę chciał kontynuować lot. Czuł, że im szybciej dotrzemy na miejsce, tym lepiej dla nas obojga. Jednak ja wiedziałem, że jeśli teraz nie zrobi sobie dłuższego odpoczynku, jutro może w ogóle nie być w stanie wznieść się w powietrze. Jego skrzydła drżały przy każdym ruchu, a to znak, że wkrótce mogły odmówić mu posłuszeństwa. A wtedy pozostalibyśmy tu, uwięzieni na ziemi.
- Na dziś wystarczy - Powtórzyłem łagodnie, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Odpocznij. Naprawdę zasłużyłeś na wytchnienie. Latałeś dziś pięknie, pokonaliśmy kawał dobrej drogi. Jeśli jutro znów wyruszymy o świcie, wieczorem będziemy już na miejscu. Dlatego pozwól, że przygotuję ci posiłek, a potem położymy się spać. Jutro będziesz miał w sobie dość siły, by dokończyć podróż. - Uśmiechnąłem się delikatnie do mojego partnera, starając się, by w moim spojrzeniu odnalazł nie tylko troskę, ale i dumę. Chciałem, żeby zrozumiał, że nie zatrzymuję go z powodu słabości, lecz po to, by mógł jutro naprawdę wznieść się wysoko.
- Nie uważasz, że w ten sposób tracimy czas? - Zapytał, obserwując mnie, gdy przejąłem od niego plecak i zacząłem w nim grzebać w poszukiwaniu tego, co było mi potrzebne.
- Nie, nie uważam tak.- Odpowiedziałem stanowczo, ale spokojnym tonem. - Odpoczynek jest bardzo ważny. Poza tym dzisiaj nic nie jadłeś, a najwyższa pora, żeby to nadrobić. Samym powietrzem, niestety, żyć nie będziesz w stanie. - Patrzyłem na niego z lekkim wyrzutem, przypominając sobie, że wczoraj również niczego nie zjadł, bo całą uwagę pochłonęła nam bliskość, której wtedy tak bardzo pragnęliśmy. 

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
 Odczuwałem niepokój. Ogromny, wszechogarniający niepokój, który ściskał mnie od środka. Miałem wrażenie, że mój partner znajduje się w niebezpieczeństwie, a ja, jako jego druga połowa, powinienem za wszelką cenę o niego zadbać. Wiedziałem, że nie mogę dopuścić, aby ktoś, kiedykolwiek, skrzywdził go ponownie. Przysiągłem sobie, że zrobię wszystko, by go chronić.
Problem w tym, że byłem młody i niedoświadczony. Tak naprawdę nie miałem pojęcia, jak się zachować, jak walczyć, jak przeciwstawić się tym, którzy mogli chcieć nam zaszkodzić. Ta świadomość ciążyła mi na sercu, bo wiedziałem, że moje możliwości są ograniczone. A jednak, nawet zdając sobie sprawę z własnej słabości, czułem w sobie dziwną, nieznaną wcześniej siłę, siłę, którą dawała mi miłość do niego.
Rozumiałem, że jeśli poszedłbym tam, na spotkanie z nimi, mogłoby się to dla mnie skończyć tragicznie. Nie wiedziałem, jakie pomysły mogli mieć w głowach, ani co dokładnie planowali. Jedno jednak było pewne: nie pozwolę, aby skrzywdzili osobę, którą kocham najbardziej. Nawet gdyby miało mnie to wiele kosztować. Nawet jeśli sam miałbym ucierpieć.
- Idziemy? - Zapytał, przyciągając moją uwagę i chwycił moją dłoń. Ścisnąłem ją, uśmiechając się ciepło.
- Oczywiście. Chodźmy - Odparłem, ciągnąc go w stronę łazienki. - Gorąca kąpiel już na nas czeka. - Para unosiła się w powietrzu; pokój wypełniła para wodna i przyjemne ciepło. Mimo to niepokój nie opuszczał mnie ani na chwilę. Nawet siedząc obok niego w wannie, z opuszkami palców zanurzonymi w wodzie, myśli krążyły wokół mężczyzn, którzy mogli chcieć go porwać.
- Haru, mówię do ciebie - Daisuke brzmiał nieco poirytowany, odwróciłem głowę ku niemu. - Słuchasz mnie w ogóle? - Zapytał, a w jego głosie słychać było irytacja.
- Przepraszam - Przyznałem, drapiąc się nerwowo po głowie. - Po prostu się zamyśliłem. - Przyznałem, drapiąc się nerwowo po głowie.
- Nad czym? - Uniósł jedną brew.
- O tych mężczyznach, którzy cię prześladują - Odpowiedziałem cicho. - Może powinniśmy to zgłosić opiekunom? To wydaje się rozsądne. - W głowie tliła się jednak inna myśl: przysięgłem, że jeśli skrzywdzą osobę, którą kocham, zrobię wszystko, by ją ochronić. Wiedziałem równocześnie, jak jestem młody i niedoświadczony; świadomość własnych ograniczeń ściskała mi gardło. Mogłem próbować walczyć, albo spróbować najpierw szukać pomocy. Chciałem chronić Daisuke’a, ale bałem się, że pochopne działania mogą nas narazić jeszcze bardziej.
Mój chłopak westchnął cicho i od razu pokręcił głową, jednoznaczny znak, że nie ma zamiaru zgodzić się, bym powiedział o tym opiekunom. Nie rozumiałem do końca dlaczego; miał jakiś swój powód, skryty za krótkim wzruszeniem ramion. Zastanawiałem się, co mogło się pod tym kryć.
- Nie możesz nikomu nic mówić - Burknął nagle, jego głos stwardniał. - Nikt nam nie uwierzy. Poza tym, jeśli tylko spróbują się do nas zbliżyć, zabiję ich.
Słysząc to, zamarłem. „Zabiję ich?”, myśl odbiła się od ścian mojej głowy jak kamień. Jego słowa mnie zaskoczyły i przestraszyły jednocześnie. Daisuke był dobrym człowiekiem; nie chciałem widzieć go takim, gotowego do takiego czynu. Czy naprawdę chciałby mieć na sumieniu czyjeś życie? A może mówił tak, bo był przerażony i chciał mnie chronić?
- Jesteś pewien? - Zapytałem, próbując opanować drżenie w głosie. - Przecież uwierzą nam. Raz już cię porwali, mogą to zrobić znowu. - Patrzyłem na niego bezbrzeżnie się bojąc. To nie był tylko strach o plan podróży czy utratę czasu, to był lęk o jego życie. Nie potrafiłem znieść myśli, że coś mu się stanie. Chciałem go chronić, ale nie chciałem, by to on stał się kimś, kogo kiedyś będę żałować.

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

poniedziałek, 29 września 2025

|
 Na jego słowa od razu pokręciłem głową. Nie po to tyle ćwiczyłem, skupiałem się i przełamywałem strach, by teraz chodzić po ziemi. Oczywiście, lepiej się czułem, kiedy czułem pod stopami twardą ziemię, ale dam radę. Muszę. Przerwy co jakiś czas i jakoś to będzie. 
- Myślę, że jak co jakiś będziemy robić przerwy, to dam radę. Zresztą, to był nasz cel, tak? Bym w końcu te skrzydła jakoś ogarnął i byśmy mogli przyspieszyć. I teraz, skoro mamy taką możliwość, musimy z niej korzystać – powiedziałem, chwytając za plecak i... i w tej chwili miałem małe zawieszenie. Plecaka na plecy nie założę, mam skrzydła. Po chwili myślenia nałożyłem go na przód, na tors. 
- Jesteś pewien, że dasz radę? - zapytał, na co kiwnąłem głową. Nie mam wyjścia, muszę dać radę, dla niego. Mówił mi nie raz, że muszę patrzeć na siebie, że wtedy będę najszczęśliwszy i najlepszy. Ale tak skupiać się tylko na sobie... nie potrafiłem. Nie, kiedy Miki jest obok. Odkąd go mam chcę, mu dać najwięcej szczęścia. Chcę, żeby poczuł się doceniony. Chciany. Kochany. No i też chcę w końcu się znaleźć na miejscu, by i on mógł odpocząć, i ja. 
- Jak będę potrzebował przerwy, dam ci znać. A w tym czasie – tutaj westchnąłem ciężko. - Chodźmy. Albo raczej lećmy – odpowiedziałem, nerwowo rozprostowując swoje skrzydła. 
- Nie wolisz jeszcze przez chwilę odpocząć? - zapytał dla pewności, na co znów pokręciłem głową. 
- Nie, nie. Nie traćmy czasu. I miejmy nadzieję, że tak jak mówisz, nikt nas nie zaatakuje – odpowiedziałem, porywając się niepewnie w powietrze. Jeszcze trochę nie ogarniałem, jak to działa, dlatego najwyższa pora, by się nauczyć. A najlepiej uczy się wtedy, kiedy się praktykuje. I trochę nakłada na siebie presję. Do tego mam teraz warunki idealne wręcz. 
- Pamiętaj, żeby się do niczego nie zmuszać – usłyszałem pod sobą. Jakie to urocze było, kiedy Miki  się o mnie martwił... dzięki temu wiem, że nic mi się nie stanie. Więc skoro on dba o moje plecy, to ja muszę zadbać o niego. Proste. 
- Owieczko, nie martw się tyle o mnie. Jestem silny. Muszę być – powiedziałem, kiedy w końcu wzniosłem się nad korony drzew. Co innego, kiedy chcesz się wznieść w górę, a co innego, kiedy chcesz lecieć na przód. Ale ja to rozgryzę. Mam na to trochę czasu. 
- Nie musisz wcale być silny – odpowiedział, podlatując do mnie. - Nie musisz brać na swoje barki wszystkiego. 
– Nie biorę. Nie muszę się o siebie martwić, bo ty robisz to za mnie – uśmiechnąłem się szeroko, chwytając jego rękę. Jak ją trzymałem, jakoś tak lepiej się czuję, kiedy czuję jego chłodną dłoń w swojej, wtedy wiem, że wszystko będzie dobrze, no bo przecież jest obok, to co złego się może stać?

<Owieczko? C:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Spojrzałem na swoje nadgarstki, które to były nieco obdarte, i o wcześniejsze sznury, i przez ten pasek. Bardzo, ale to bardzo się starałem go dotknąć, naiwnie wierząc, że mi się to uda. Ochota dotknięcia go była strasznie duża, nie sądziłem jednak, że aż tak duża. Było to zarówno irytujące, jak i uzależniające. Z każdym jego dotykiem chciałem więcej, i więcej. 
- Następnym razem chyba lepiej będzie, jak ręce będę miał związane z przodu. Nie było mi przez to najwygodniej – odpowiedziałem, masując obolałe nadgarstki. 
- Następnym razem? - zapytał, a w jego głosie usłyszałem podekscytowanie. - Będzie następny raz?
- Będzie. O ile znajdziesz coś odpowiedniego dla moich nadgarstków, bo pasek się nie sprawdził – powiedziałem, patrząc na swoje nadgarstki. Haru zaraz chwycił moje dłonie i uniósł je tak, by złożyć na ich wierzchu delikatny pocałunek. 
- Znajdę dla ciebie coś idealnego dla twej delikatnej skóry – obiecał, wywołując u mnie delikatny uśmiech. 
- Aksamit i jedwab sprawdzą idealnie. Ale wpierw z chęcią bym wziął kąpiel. Nie musi być jakaś specjalna, wystarczy mi ciepła woda i olejki. I ty, oczywiście – odpowiedziałem, uśmiechając się do niego szeroko. 
- Już się robi – stwierdził, po czym pocałował mnie w policzek i podniósł się z łóżka. 
- Obserwowałem go jeszcze przez chwilę, dopóki nie zniknął za drzwiami łazienki, i dopiero wtedy  samemu zacząłem się zbierać. Chwyciłem za jego koszulę i narzuciłem na swoje ciało jego koszulę. Jakim cudem ja tak się idealnie wyglądałem w jego ubraniach, to nie mam pojęcia. Z chęcią bym chodził tylko i wyłącznie w nich. 
Kiedy byłem już dokładnie zakryty, podszedłem do okna, by poprawić zasłonę. W trakcie tego miałem wrażenie, że pomiędzy drzewami dostrzegłem sylwetkę tak jakby mi znaną. Czy to nie jest jeden z tych porywaczy...? Co on tu robi? Poczułem, jak w pierwszej chwili serce podchodzi mi do gardła, a zaraz później poczułem wściekłość. Niech się tylko spróbuje zbliżyć. Tym razem nie będę wahał. 
- Kąpiel gotowa... hej, wszystko w porządku? - Haru znalazł się przy mnie, kładąc dłoń na moim biodrze. 
- Tak, po prostu... widzisz kogoś między drzewami? - spytałem niepewnie, zerkając na niego. 
- Nie... ale jeżeli ty twierdzisz, że kogoś widziałeś, to powinniśmy poinformować opiekunów. Mogą chcieć znów cię porwać – powiedział, zaniepokojony. Bardziej niż o porwanie obawiałbym się o zemstę, ale... Haru chyba jeszcze nie wie. I dobrze. Nie chciałbym, aby się dowiedział. 
- Niech tylko spróbują. Nie będę się bał im oddać – powiedziałem hardo, zakrywając okno. Będę musiał pilnować, by przez większość dnia było ono zakryte, dla mojego własnego dobra i spokoju psychicznego. 

<Wilczku? C:>

Od Mikleo CD Soreya

|
Sorey zdecydowanie zbyt mocno się obawiał. Powtarzałem mu w myślach i na głos: nic nam się nie stanie, nikt nie zrobi nam krzywdy. Byłem tego pewien. Bo niby dlaczego ktoś miałby nas zaatakować, strzelać do nas czy w jakikolwiek sposób zaszkodzić? Owszem, wiem, że różne myśli mogą kłębić się w głowie człowieka, zwłaszcza w sytuacjach napięcia. Ale tym razem Sorey, moim zdaniem, po prostu dramatyzował.
Patrzyłem na niego uważnie. Widocznie próbował ukryć swoje zdenerwowanie, ale jego spojrzenie i gesty zdradzały lęk. Chciałem, żeby poczuł się spokojniejszy, dlatego położyłem mu rękę na ramieniu i powiedziałem:
- Nie panikuj, naprawdę nie ma powodu. Nic nam się nie stanie, polecimy bezpiecznie, wszystko będzie dobrze. - Miałem nadzieję, że moje słowa przynajmniej trochę go uspokoją. Właśnie o to mi chodziło, żeby nie zamartwiał się sprawami, które w tej chwili nie miały żadnego znaczenia, żeby nie tracił sił na strach. W końcu i tak nie było żadnego realnego zagrożenia.
Doskonale wyczuwałem niepokój mojego przyjaciela i w pełni rozumiałem jego lęk. Sam też nie czuł się pewnie, w końcu latanie wciąż nie było dla niego czymś naturalnym. Wiedział, że jeśli doszłoby do jakiegokolwiek ataku, mógłby nie zdążyć odskoczyć, ochronić się, zrobić czegokolwiek, by uniknąć ciosu. Ten brak pewności paraliżował go. Na szczęście miał mnie, a ja byłem gotów przejąć kontrolę i zapanować nad wszystkim, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba.
- Sorey - Zwróciłem się do niego spokojnym, pewnym głosem - Wydaje mi się, że tu, na dole, na ziemi, czeka na nas o wiele więcej niebezpieczeństw niż tam, w górze. W powietrzu potrafimy uniknąć niejednego ataku. A nawet gdyby twoje najgorsze przypuszczenia miały się spełnić,możesz być spokojny. Jestem w stanie nas ochronić i wzbić się tak wysoko, by żadnemu z nas nic się nie stało. - Mówiąc to, powoli obniżałem lot, aż w końcu dotknęliśmy ziemi. Chciałem, żeby znów poczuł grunt pod nogami, poczuł się bezpieczniej. Widziałem, jak napięcie w jego ramionach stopniowo ustępuje, a oddech staje się głębszy i spokojniejszy.
Od razu dostrzegłem ulgę, jaka rozlała się na jego twarzy, gdy tylko dotknął ziemi. Czułem jego niepewność i wiedziałem, że potrzebuje jeszcze trochę czasu, by oswoić się z tym wszystkim, co go spotyka.
- Czuję się tu znacznie lepiej - Przyznał z wyraźnym oddechem ulgi, przechadzając się powoli, jakby sam fakt, że grunt trzyma go pewnie, przywracał mu spokój.
Nie odpowiedziałem od razu. Uśmiechnąłem się tylko łagodnie, bo rozumiałem go lepiej, niż mógłby przypuszczać. Sam przecież także lubiłem przebywać na ziemi. W końcu byłem serafinem wody, a to właśnie ziemia i woda stanowiły moje naturalne żywioły, te, które koiły mnie i dawały poczucie harmonii.
- Chcesz więc zostać na ziemi? - Zapytałem, zerkając na niego uważnie. – Jeśli tak będzie ci wygodniej, możemy iść pieszo. To twoja wola i nie zamierzam cię zmuszać do niczego, na co nie jesteś jeszcze gotowy. - Wyjaśniłem, mówiąc prawdę i tylko prawdę, szczerze chcąc dla niego jak najlepiej tylko się da. 

<Pasterzyku? C;> 

Od Haru CD Daisuke

|
 Muszę przyznać, że ten pomysł od razu mnie zaintrygował. Chociaż nigdy wcześniej się w to nie bawiłem, coś we mnie podpowiadało, żeby spróbować. Była w tym jakaś tajemnica, ekscytacja, wiązanie jego dłoni, zasłonięcie oczu i pokazanie, jak to jest, gdy świat nagle znika, a zostaje tylko dotyk i czucie.
- Nigdy wcześniej tego nie robiłem - Przyznałem, patrząc na niego z lekkim uśmiechem. - Ale skoro chcesz, jestem otwarty na nowe doznania. - Dodałem, szczerze gotów na nową zabawę.
Spojrzał na mnie tak, że nie miałem wątpliwości, tego właśnie pragnął.
- W takim razie… do dzieła - Powiedział z wyczekującym błyskiem w oczach, jakby dawał mi pełną władzę nad tym, co się wydarzy.
Skoro tego chciał, zamierzałem zadbać o każdy szczegół. Sięgnąłem po pasek, powoli chwytając jego dłonie i unosząc je do tyłu. Delikatnie, ale stanowczo unieruchomiłem za jego plecami, przyglądając się uważnie każdej reakcji, lekkim drganiom mięśni, zmianie oddechu, temu, jak wpatrywał się we mnie z niecierpliwością.
Rozejrzałem się po pokoju, szukając czegoś, czym mógłbym zasłonić mu oczy. Mój wzrok padł na krawat rzucony niedbale na krzesło. Idealny. Podniosłem go i powoli owinąłem wokół jego oczu, pozwalając, by ostatnim, co zobaczy, był mój uśmiech. Potem została już tylko cisza, napięcie i to, co miał poczuć.
Mój panicz poddał mi się całkowicie. Leżał spokojnie, ufny i otwarty, jakby w tej chwili oddał mi pełną władzę nad sobą. Pochylałem się nad nim, składając długie, namiętne pocałunki na jego ciele, zaczynając od ust, przez szyję, aż po obojczyki, jakby każdy fragment jego skóry był dla mnie najcenniejszy.
Moje dłonie wędrowały powoli, z pełną czułością, badając każdy centymetr jego ciała. Czasem muskałem go lekko, ledwie dotykając, a innym razem przyciągałem do siebie mocniej, chcąc, by poczuł intensywność mojego pragnienia. Jego oddech stawał się coraz szybszy, drżał delikatnie pod moimi palcami, a ja wiedziałem, że każda reakcja była odpowiedzią na to, co mu dawałem.
Starałem się, by nic nie umknęło mojej uwadze, żaden szczegół, żaden zakamarek jego skóry. Chciałem, by poczuł się całkowicie pochłonięty przyjemnością, której nie musiał kontrolować. Bawiłem się nim dokładnie tak, jak tego pragnął, pozwalając, by jego fantazje ożyły w moich gestach.
Każdy pocałunek, każdy dotyk miał znaczenie, były obietnicą, że w tej chwili liczy się tylko on i to, co czuje.
Robiłem z nim, co tylko chciałem, a jednocześnie z największą troską dbałem o każdy jego oddech, każdy ruch. Oddawał mi się bez reszty, a ja prowadziłem go tak, by czuł się bezpieczny i pożądany. Każdym dotykiem, każdym pocałunkiem pozwalałem mu zbliżać się do granicy spełnienia, jednocześnie przedłużając tę chwilę, by była jeszcze intensywniejsza.
Chciałem, żeby zapamiętał to nie tylko jako chwilę rozkoszy, ale jako doświadczenie, w którym liczył się każdy detal, rytm mojego oddechu, ciepło dłoni, powolne tempo pieszczot. W tej grze dawałem mu wolność przeżywania i zatracania się, podczas gdy ja prowadziłem go tam, gdzie jego fantazje mogły w pełni się spełnić.
- I jak się czujesz? - Zapytałem, gdy po wszystkim uwolniłam jego oczy i dłonie, pozwalając spokojnie opaść na poduszkę. 

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

niedziela, 28 września 2025

|
 Im wyżej się wznosiliśmy, tym większy strach odczuwałem. Co, jak zaraz moje skrzydła zaraz przestaną działać? Jak zaraz odmówią mi posłuszeństwa, zastygną, nie będą się poruszać? Przecież im wyżej, tym większe prawdopodobieństwo, że jak upadnę, to sobie coś złamię. I on przecież też, bo trzyma moją dłoń, a ja jestem ciężki, zaraz bym go pociągnął na dół za sobą. A jak oboje się połamiemy? Przecież nasze szanse przetrwania spadną do zera. Jak ja się połamię, to pół biedy, Miki sobie świetnie poradzi. Jak Miki się połamie to... cóż, będę musiał dać z siebie wszystko, by doprowadzić go do zdrowia. Byłoby ciężko, ale bym się starał. Ale gdybyśmy oboje odpadli? Przecież to byłaby katastrofa. 
- Miki... robi się dosyć wysoko – odezwałem się niepewnie, patrząc na dół, na oddalającą się od moich stóp ziemię. Teraz muszę machać skrzydłami, albo umrę. Nie ma innych konsekwencji. 
- Nie patrz na dół, patrz na mnie – poprosił, drugą, wolną dłoń kładąc na mój policzek. Niepewnie zerknąłem na jego osobę, czując jak palce mrowieją mi ze strachu. Przecież on wie, że jeszcze ich nie ogarniam. Czemu chce, bym coraz to wyżej się wznosił? 
- A-ale... - zacząłem, zamierając na chwilę. Miałem wrażenie, że moje skrzydła sztywnieją, odmawiając mi na chwilę posłuszeństwa. Oczywiście gdyby tak się wydarzyło, już bym leciał w dół, ale na szczęście nie, dalej byłem w powietrzu, a Miki pilnował, bym był coraz to wyżej i wyżej. Gdybym ja miał taką pewność siebie, jaką on miał wiarę we mnie...
- Spokojnie. Daj im się ponieść. Jeżeli chcesz lecieć, będą cię słuchać – obiecał, a ja co miałem zrobić? Powiedzieć mu nie? Musiałem się go słuchać. W końcu... on się znał. On wiedział, co będzie działać. Ja mogłem tylko za nim podążać. I mieć nadzieję, że moje skrzydła nie zrobią mi psikusa, jak to miało miejsce raptem wczoraj. 
- Nie wiem, czy to taki dobry pomysł – przyznałem cicho, dalej przerażony tym, że w każdej chwili mogę spać. 
- To bardzo dobry pomysł. Widzisz, udaje ci się. Dalej się wznosisz. Słuchają cię – uspokajał mnie, wznosząc się już ponad korony drzew, a ja razem z nim. Było to dla mnie... dziwne. Niecodzienne. Nie przywykłem do takich widoków, nigdy nie miałem takich widoków. Poza tym, dalej nie czułem się pewnie z moimi skrzydłami, nie ufałem im do końca, musiałem skupiać się na tym, by cały czas nimi machać. Najchętniej patrzyłbym się dalej cały czas na nie, by się upewnić, że wszystko z nimi w porządku, że działają, ale Miki mi to uniemożliwia. Czemu nie chce, bym się upewniał? Przecież byłoby najbezpieczniej. - Widzisz? Tam jest nasz cel. Z tej perspektywy to nie tak daleko, co? - spytał, uśmiechając się łagodnie. Faktycznie, w linii prostej wszędzie było blisko. Jedyne, co mi się nie podobało, to to, że jesteśmy wystawieni na widok... cóż, wszystkiego. Nigdy nie wiesz na co i na kogo natrafisz. - Spróbujemy dzisiaj już lecieć?
- Chyba tak. Tylko... czy lecąc tak za dnia to dobry pomysł? Wystawiamy się przecież na jakiekolwiek strzały – podzieliłem się z nim moimi obawami, niepewnie rozglądając się dookoła, jakby coś zaraz nas miało zaatakować.

<Owieczko? C:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Mimo, że był blisko mnie, chciałem, by był jeszcze bliżej. Oplotłem swoje nogi o jego biodra i wsunąłem dłoń w jego włosy, przyciągając go blisko siebie. Ciężko było mi się ogarnąć i powstrzymywać, Haru całkowicie zawładnął moim ciałem, robiąc z nim jak chce i co chce. I chociaż z początku starałem się być cichy, powściągliwy, tak w tej chwili ciężko mi było dalej trwać w tych postanowieniach. Co gorsza, Haru robił wszystko, by usłyszeć z moich ust jęki, które tak uwielbiał, czego... czego nie rozumiałem. Co go w tym tak fascynowało? Ani to było ładne, ani nikomu to niepotrzebne, a on się uparł, że chce to słyszeć. 
- Ha... Haru – wymamrotałem cicho, mocniej zaciskając palce na jego włosach. Nie musiałem nic więcej dodawać. Poczułem, jak Haru mocniej przyciska mnie do łóżka, wbija zęby w moje ramię. Nie przeszkadzało mi to. Co więcej, właśnie tego pragnąłem. Chciałem, by mną zawładnął, by pokazał kły. Trochę tęskniłem za pełnią, za jego brakiem kontroli. On siebie w tym dniu nienawidził, ale ja? Jak dla mnie był wtedy swoją najlepszą wersją. 
Jak zwykle przeżycia były intensywne, dlatego potrzebowałem chwili, by móc złapać oddech. Haru położył się obok mnie i ucałował moje ramię, w tym samym miejscu, w które mnie wcześniej ugryzł. Odwróciłem głowę w jego stronę, wtulając się w jego ciało. Nie chciałem, by się ode mnie odsuwał. Chciałem zminimalizować ten dystans pomiędzy nami, by przez cały czas móc chłonąć jego emocje, energię, która dawała mi siłę. 
- Jesteś niesamowity – wyszeptałem cicho, głaszcząc jego policzek, tak rozgrzany, tak ciepły... jak on to robi, że jest wiecznie taki cieplutki? To jest niesprawiedliwe, przez to cały czas mnie do niego ciągnęło. 
- Aż tak? - spytał rozbawiony, bezbłędnie rozumiejąc moje potrzeby i objął mnie ramieniem. Teraz, poza naszą dwójką, nic nie istniało. Szkoda, że nie może to trwać wiecznie. 
- Aż tak – przytaknąłem, gładząc jego policzek. - Wiesz, że musimy się umyć, prawda?
- Wiem. Ale... czy ma to sens? - wyszczerzył się głupio tylko po to, by zaraz ucałować moje usta. 
- Jeszcze ci mało? - zapytałem rozbawiony, przeczesując palcami jego mięciutkie włosy.  Jak dobrze, że zaczął korzystać z tej odżywki, to mu bardzo pomogło. 
- Twojej słodkości zawsze mi mało – posłodził mi, tuląc do siebie. 
- I jak ty sobie później beze mnie poradzisz – westchnąłem teatralnie, podnosząc się do siadu. - Tak sobie myślę... chciałbym spróbować czegoś nowego – powiedziałem po chwili zastanowienia, zerkając na niego z enigmatycznym uśmiechem. 
- Czegoś nowego? - powtórzył z zaciekawieniem, przyglądając mi się z uwagą, i może nawet podekscytowaniem. 
- Tak. Jestem ciekaw, czy gdyby nie doznania byłyby lepsze, gdyby mój ruch i niektóre zmysły były ograniczone. Na przykład wzrok. Jestem... ciekaw, czy byłoby lepiej. Bardziej intensywnie... jeśli oczywiście chcesz – zaproponowałem, nachylając się nad nim tak, by nasze usta dzieliło kilka milimetrów. 

<Wilczku? C:>

Od Mikleo CD Soreya

|
Widziałem, jak bardzo się stara. Jak bardzo pragnie, by jego skrzydła go posłuchały, by wreszcie poczuł, że naprawdę może je kontrolować. Czułem też, jak wielki ciężar wziął na swoje barki, nie chciał mnie zawieść, nie teraz. I nie zawodził. Widziałem to wyraźnie. Musiał tylko bardziej uwierzyć w siebie. Gdyby to zrobił, wiedziałem, że z pewnością mu się uda.
Sorey, cały czas skupiony na skrzydłach, nagle chwycił moją dłoń. Nie odrywał jednak spojrzenia od drżących, nerwowo poruszających się piór, jakby bał się, że chwila nieuwagi wszystko zniszczy. W jego dłoni czułem napięcie, niepokój, ale też desperację.
Nie mogłem na to patrzeć. Uniosłem wolną rękę i delikatnie chwyciłem jego twarz, zmuszając go, by choć na moment oderwał się od tej nieustannej kontroli. Nachyliłem się i musnąłem jego usta własnymi. Początkowo niepewnie, a potem coraz pewniej, aż namiętny pocałunek porwał nas oboje, odrywając go od ciężaru, który sam sobie narzucił.
Gdy odsunął się lekko, spojrzał mi w oczy. W jego spojrzeniu wciąż była niepewność, ale też coś więcej, odwaga, która dopiero się w nim rodziła. Skrzydła poruszały się teraz inaczej, spokojniej, choć wciąż z wysiłkiem.
- Nie musisz cały czas skupiać się na skrzydłach - Wyszeptałem, wciąż trzymając dłoń na jego policzku. - Musisz im zaufać. One cię nie zdradzą. - Jego głos zadrżał, gdy odpowiedział:
- Mogę? Boję się, że jeśli odpuszczę, zawiodę cię… Że znów pociągnę cię za sobą w dół. - Powiedział to szczerze, bez maski, a mimo lęku jego skrzydła nie przestały pracować. To była walka, którą toczył sam ze sobą, ale teraz byłem przy nim i wiedziałem, że razem znajdziemy sposób, by wzleciał.
Na moich ustach pojawił się ciepły, delikatny uśmiech, gdy dotarło do mnie, jak ogromnie mu zależy. Chciał udowodnić, że potrafi, że mnie nie zawiedzie, że wszystko zrobi najlepiej jak potrafi. Widziałem w jego oczach tę determinację i doceniałem ją z całego serca. Wiedziałem przecież, że jeśli tylko skupi się na sobie i uwierzy we własne siły, stanie się najlepszą wersją siebie. Wtedy naprawdę nic nie będzie dla niego niemożliwe.
- Skarbie… - Wyszeptałem, muskając jego policzek dłonią. - To nie mnie możesz zawieść. Pamiętaj, że robisz to przede wszystkim dla siebie. To dla siebie musisz stać się silny. To dla siebie musisz wzlecieć. Nigdy nie rób niczego wyłącznie dla kogoś innego, bo tylko wtedy, gdy robisz to z własnej woli, będziesz mógł naprawdę wznieść się ponad szczyty. - Moje słowa otuliły go jak skrzydła. Chciałem, by poczuł, że nie ciąży na nim żaden obowiązek wobec mnie, że jedyne, co powinien w sobie pielęgnować, to jego własne pragnienie wolności.
Rozwinąłem swoje skrzydła i poruszyłem nimi mocniej, unosząc się coraz wyżej. Zrobiłem to świadomie, pociągnąłem go za sobą, nie pozwalając mu się bać. Chciałem, by wiedział, że nie jest sam, że nawet jeśli jego ruchy jeszcze drżą niepewnie, ja będę tuż obok, gotów wznieść go ze sobą w niebo.
- Spójrz jak dobrze ci idzie. Tylko się nie poddawaj i skup się na tym co robisz - Dodałem, uważnie obserwując ruchy jego pięknych skrzydeł. 

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
Czując gest, jaki wykonał, poddałem się mu na chwilę, pozwoliłem, by uwierzył, że ma nade mną przewagę. Dałem mu tę złudną pewność, by przez moment poczuł się kimś ważnym, jakby to on kierował wszystkim, co się działo. Niech tak myśli, niech w to wierzy, niech poczuje smak tej władzy.
Ja jednak od samego początku wiedziałem, że to tylko gra. Za chwilę przygniotę jego drobne ciało do łóżka i odbiorę mu kontrolę, pokazując, kto naprawdę tu rządzi. Wiem, że się temu nie sprzeciwi. Podporządkuje się, bo głęboko w sobie właśnie tego pragnie.
Może nie odczytuję emocji tak subtelnie jak on, ale nie potrzebuję tego. Wystarczy, że czuję jego ciało, rozpalone, drżące, pełne napięcia, które aż prosi, bym je posiadł. Każdy jego gest, każdy oddech zdradza, że pragnie mnie tu i teraz, że chce zatracić się w tej chwili i pozwolić mi prowadzić.
A kim byłbym, gdybym odmówił mu tej rozkoszy? Gdybym powstrzymał się przed tym, by pociągnąć go za sobą i zanurzyć w tej intensywności, której oboje potrzebujemy? Byłoby to jak zdrada samego siebie, jakby zaprzeczyć temu, kim naprawdę jestem. Dlatego nie zatrzymam się. Pozwolę, by przyjemność przejęła władzę, nade mną, nad nim, nad nami.
Nie czekając ani chwili dłużej, przewróciłem go na łóżko. Stracił kontrolę nad sobą, a ja tylko przyjąłem to, co sam mi ofiarował. To, co i tak od początku należało do mnie.
Jego ciało płonęło, usta drżały, a każdy jego ruch i każdy urwany dźwięk sprawiały, że pragnąłem go coraz mocniej. Im bardziej się poddawał, tym bardziej chciałem zawładnąć nim w całości. Chciałem, by nie miał wątpliwości, że teraz jestem jego wszystkim, że w tej chwili nie istnieje nic poza mną.
Nie pozwalałem mu myśleć o niczym innym. Każdy mój dotyk, każdy gest miał przypominać mu, kto tu prowadzi i kto daje mu to, czego potrzebuje. Wiedziałem, że pragnie właśnie tego, bym oderwał go od codziennych ciężarów, od problemów, które w nim zalegały, i pozwolił mu zatopić się w czystym zapomnieniu.
Byłem po to, by być jego ostoją. Ale jednocześnie byłem jego siłą, której musiał się poddać. Dawałem mu ucieczkę, a wraz z nią władzę, której nie mógł już odebrać.
Mój panicz zacisnął dłonie na pościeli, jego ciało lekko drżało, a głowa powoli odwróciła się w moją stronę.
- Haru… mocniej… chcę cię bardziej poczuć - Wyszeptał, a w jego pięknych oczach zamigotał błysk, który był jednocześnie prośbą i wyzwaniem.
Słysząc te słowa, uśmiechnąłem się pod nosem. Wiedziałem, że w tej chwili jest tylko mój, że oddał mi całą kontrolę. Pochyliłem się, by spojrzeć mu w oczy, i poczułem, jak napięcie między nami gęstnieje. Teraz mogłem spełnić jego małe życzenie, obracać go, jak tylko zapragnę, prowadzić jego ciało tam, gdzie chciałem, i doprowadzić je do drżenia, do ekscytacji, do spełnienia.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem - Wyszeptałem tuż przy jego uchu, a chwilę później nasze usta połączyły się w namiętnym pocałunku. Smakował słodko, a jego oddech przyspieszał z każdą sekundą, gdy moje biodra zaczęły poruszać się mocniej i szybciej, narzucając rytm, któremu nie mógł się oprzeć.
Prowadziłem go pewnie, czułem, jak całe jego ciało reaguje na każdy mój ruch, jak napina się i drży, gdy coraz bardziej zatracał się w przyjemności. W tej chwili nie było już nic poza nami dwoma, jego oddanie i moja władza splatały się w jedno, niosąc nas coraz wyżej, ku spełnieniu.

<Paniczu? C:> 

Od Soreya CD Mikleo

czwartek, 25 września 2025

|
Na samą myśl poczułem na plecach zimny pot. Rozdzielić się... nie wyobrażałem sobie tego. Już raz się rozdzieliliśmy, na długi czas, i co? Strasznie bez niego błądziłem. A teraz, kiedy jestem przy nim, wszystko jest takie proste. Świadomość, że jest tu przy mnie, jest bardzo pocieszająca. O więcej prosić nie mogłem. Mam jego, i mam wszystko. 
- Bez ciebie to ja sobie nie poradzę – powiedziałem cicho, poruszając niepewnie swoimi skrzydłami. Wystarczyło zwykłe gdybanie, a ja już poczułem się niepewnie. Nigdy w życiu nie chcę tego przeżywać. Nigdy. 
- Nie chodzi mi o takie rozstanie na zawsze. Życie jest różne. Może się wydarzyć tak, że na pewien czas się rozstaniemy. I później musiałbyś mnie znaleźć. Najłatwiej by ci było, gdybyś użył skrzydeł, tak? Zresztą, nie jestem ci potrzebny do tego, byś osiągał sukcesy – próbował mnie uspokoić, ale teraz to ziarenko zostało we mnie zasiane, i mnie nie opuści. 
- Ja tak nie uważam. Na razie jednak przy tobie jestem. I na tym się skup, dobrze? - położył mi dłoń na policzku, próbując mnie uspokoić. I chociaż niepokój już się rozgościł z tyłu mojego umysłu, pokiwałem głową. Tego chciał, bym skupił się na skrzydłach. I się skupię. Nauczę się, choćby miała być to ostatnia rzecz, jaką w tym życiu zrobię. - Chodź, pójdziemy na polanę, by gałęzie ci nie przeszkadzały. Zrobimy jak wczoraj, uniosę się troszkę nad ziemią, a ty spróbuj się ze mną zrównać, chwycić za dłoń. 
- A to bezpieczne? Ostatnio cię ściągnąłem na dół, bo skupiłem się na czymś innym – powiedziałem niepewnie, powoli kierując się za nim. Teraz pojawił się nowy stres, że zrobię mu krzywdę. Będę musiał w końcu się z tymi skrzydłami zgrać, chociaż jak to nie wiem. Miki mi mówił, że słucha swojego ciała, rozmawia z nim, i ja to samo robię ze swoim. I co? Słuchać mnie nie chce, ale moich emocji już jak najbardziej słucha. Może więc powinienem mówić emocjami? Ale to też takie może być nieprzewidywalne i niebezpieczne. Nie, powinny się mnie słuchać, bez względu na wszystko. 
- I nic mi nie było. To z tobą było gorzej, bo ja upadłem na ciebie, a nie na twardą ziemię – przypomniał mi, bez problemu rozkładając swoje piękne skrzydła. Nie dość, że piękne, to jeszcze tak płynnie. Mógłbym się w ten obrazek wpatrywać godzinami. Lubię podziwiać rzeczy, których ja nigdy nie osiągnę. - No już, chodź tu do mnie – poprosił, unosząc się w powietrze, jakby nic nie ważył. W sumie, to jest możliwe, wyglądał na właśnie takiego chudziutkiego i leciutkiego. Muszę go kiedyś porwać w ramiona. I może przycisnąć do jakiejś ściany. Na razie nasze stosunki spokojne, uczymy się siebie nawzajem, ale ja nie mogę się doczekać, aż będzie mi pozwalał na więcej, i na nowe, może bardziej zaborcze rzeczy? Ale to powoli, nie chciałbym mu niczego obrzydzić. 
A przede wszystkim to ja się teraz muszę skupić na skrzydłach, a nie na tym, jak wyglądałby przyciśnięty do ściany. 
- No dobra, macie się mnie słuchać i działać normalnie – mruknąłem do swoich skrzydeł, powoli je prostując, by zaraz móc machnąć nimi raz, drugi, trzeci, i powoli zacząć się wnosić w powietrze. Byleby tylko dalej machały, i jakoś to będzie...

<Owieczko? C:> 

Od Daisuke CD Haru

|
 Śmiało poddałem się pocałunkowi, dając swojemu zmęczonemu umysłowi odpocząć. Haru był bezpieczną ostoją, na której zawsze mogłem się oprzeć. Głupek nie wiedział, na co się pisze, ale i tak wyruszył na moje poszukiwania. To było strasznie niemądre, głupie, i niebezpieczne. 
Ale za mną poszedł. 
Znalazł mnie prędzej, niż babka zdążyła wysłać pomoc. Co prawda, gdyby nie ruszył za mną, i tak bym sobie poradził, ale jak teraz sobie o ty m myślę... kto by za mną ruszył w nieznane niebezpieczeństwo? Każdy, którego do tej pory  znałem, raczej ograniczyłby się do poinformowania o moim zniknięciu kogoś innego, odpowiedzialnego za moje bezpieczeństwo, ale to i tak dużo. Gdyby ograniczył się tylko do tego, nie miałbym do niego to za złe. Najważniejsze, by był on bezpieczny, i nie narażał się na niebezpieczeństwo. Gdyby na nich się natknął... przecież mieli broń. Nawet nie chcę myśleć, co by się stało. 
- Mam do ciebie tylko jedną prośbę – powiedziałem cicho, kiedy odsunęliśmy się od siebie, by złapać oddech. 
- Tak? - spytał, opierając czoło o to moje. 
- Następnym razem nie ruszaj mi na ratunek – odpowiedziałem, poprawiając jego włosy. - Gdyby coś ci zrobili... skrzywdzili cię, albo gorzej... nie wiem, co bym uczynił, gdyby teraz miało cię w moim życiu zabraknąć – powiedziałem zgodnie z tym, co podpowiadało mi serce. I sam byłem w szoku swoich własnych słów. Zazwyczaj odrzucam od siebie ludzi. Nie angażuję. A teraz? Nasza relacja była szybka, intensywna, uzależniająca. Nie chciałem, by się kończyła. Przy nim czułem się swobodnie. Pokazywałem przy nim swoje słabości, niewiedzę, uczyłem się. Nie czułem się oceniany, czy gorszy. Nie czułem presji pokazywania się z jak najlepszej strony. Ten brak presji jest dla mnie dziwny, ale jakże przyjemny. Jeszcze się tego uczę. 
- Czuję to samo, dlatego nie mogę ci tego obiecać. Jeżeli znów ktoś cię porwie, nie mógłbym siedzieć bezczynnie. Jesteś dla mnie bardzo ważny – wyszeptał, by zaraz znów ucałować moje usta. 
- Wychodzi na to, że nie mogę już więcej zostać porwany – powiedziałem rozbawiony, owijając jego kosmyki wokół swoich palców. - Wiesz, że włosy ci się poprawiły? Są bardziej miękkie. 
- Tak coś wspominałeś, że powinienem używać odżywki... no i użyłem – powiedział dumny, ciesząc się z moich słów. Komplementy... muszę mu mówić więcej komplementów, by w siebie uwierzył. 
- Miło mi, że moje słowa nie zniknęły w próżni – odpowiedziałem zadowolony, przesuwając palcem po linii jego żuchwy. - Lubię na ciebie patrzeć, wiesz? Bo mogę sobie wtedy myśleć, że ten przystojniak jest cały mój – wymruczałem, uśmiechając się zadziornie. Od razu wyczułem, jak coś w jego środku się poruszyło. Spodobało mu się to. A mi podobało się to, że jemu się podobało. - Bo jesteś cały mój... prawda? - dodałem niskim głosem, mocniej zaciskając palce na jego włosach, trochę ciągnąc jego głowę do tyłu, przy czym ładnie mi uległ. Wiedziałem jednak, że to tylko chwilowe. Że zaraz pokaże pazurki, a ja nie mogłem się tego doczekać. 

<Wilczku? C;>

Od Mikleo CD Soreya

|
Sorey zdecydowanie powinien bardziej skupić się na swoim ciele, na tym, co czuje, jak reaguje, jak sam je traktuje. Ciało nie jest wrogiem, nie robi na złość. To tylko drobne zaniedbania, które da się naprawić, jeśli włoży się w to cierpliwość i wysiłek. Jego tłumaczenie, że włosy, tak samo jak skrzydła, są nieposłuszne, wcale mnie nie przekonywało. Gdyby od zawsze dbał o nie, czesał je i układał w jedną stronę, byłyby teraz bardziej posłuszne, bardziej skłonne do współpracy. Zaniedbania zawsze wracają, a ich naprawa wymaga znacznie więcej czasu i determinacji, niż się początkowo wydaje.
W milczeniu przesunąłem dłonie wzdłuż jego kręgosłupa, by pomóc mu przywołać skrzydła, po raz ostatni. Wiedziałem, że nie mogę robić tego za niego wiecznie. Musiał w końcu nauczyć się samodzielności, bo tylko wtedy osiągnie prawdziwą kontrolę.
- Musisz bardziej skupić się na tym, co robisz - Powiedziałem stanowczo, odsuwając się nieco, by nie ryzykować uderzenia, kiedy rozłoży skrzydła. - Jesteś zbyt roztrzepany, skupiasz się na wszystkim, tylko nie na tym, co naprawdę ważne. Popracuj nad sobą, bo ja więcej nie pomogę ci z twoimi skrzydłami. - Ostrzegłem go, mówiąc tym razem bardzo poważnie. Nie mogę pomagać mu zawsze, a to dlatego, że nie zawsze przy nim będę.
- Ale, Miki… ja próbuję - Odpowiedział, niemal błagalnie. - Naprawdę się staram, tylko nie potrafię. Nie wiem, jak to robisz, że tobie przychodzi to z taką łatwością… - Oczywiście, tłumaczył się. To zawsze najprostsza droga, usprawiedliwić własne porażki zamiast skonfrontować się z wysiłkiem, który trzeba podjąć.
- Wiesz, co robię? - Zapytałem, patrząc mu prosto w oczy. - Rozumiem swoje ciało. Rozmawiam z nim i słucham, czego ode mnie oczekuje. To naprawdę pomaga, by nie mieć problemów z przywołaniem skrzydeł, z kontrolowaniem mocy i wszystkiego, co potrafi być zdradliwe. - Zamilkłem, obserwując go z uwagą. Widząc, jak powoli, krok po kroku, zaczynał wsłuchiwać się w siebie. Jak próbował podążać drogą, którą mu wskazałem. Widziałem w nim pierwsze, niepewne próby, jednak były to próby prawdziwe, szczere. Pierwsze kroki w kierunku nauki latania.
- Miki, nie możesz być dla mnie taki okrutny. Przecież wiesz, że potrzebuję cię - Powiedział z uśmiechem. - Ja bez ciebie sobie po prostu nie poradzę. - Kochałem w nim wszystko, nawet jego głupotę, nawet te momenty, kiedy nie rozumiałem niektórych jego zachowań. Czasem miałem wrażenie, że celowo ubiera się w litość, jakby liczył, że tego nie dostrzegam. Może czasem naprawdę tego nie widzę, może on to wykorzystuje. Czy mi z tym źle? Nie. Mimo to wiedziałem, że teraz nie mogę mu pomóc. Musiał nauczyć się samodzielności, by w przyszłości potrafić przywołać skrzydła bez mojej pomocy.
- Oczywiście - Odpowiedziałem powoli, dobierając słowa. - Tylko że ja nie będę przy tobie zawsze. Może nadejść moment, gdy będziemy musieli się rozdzielić. Wtedy twoje skrzydła mogą okazać się niezbędne, a ja nie będę mógł ci pomóc ich przywołać. - Patrzyłem na niego, mając nadzieję, że te słowa go poruszą. Chciałem, żeby poczuł wagę swojej odpowiedzialności, nie dlatego, że chciałem go przestraszyć, lecz dlatego, że zależało mi na jego sile. Mam nadzieję, że to ostrzeżenie chwyciło w nim coś, co zmusi go do działania.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
 Cieszyłem się, że mogłem być powodem, dla którego się nie załamał. Obiecałem mu przecież, że będę przy nim tak długo, jak tylko będzie tego chciał, i że pomogę mu w każdym kłopocie,nawet jeśli miałby on obciążyć mój umysł i ciało bardziej, niż potrafię sobie wyobrazić. W głębi duszy wierzyłem jednak, że jestem wystarczająco silny, by udźwignąć wszystko, co tylko mogło na nas spaść, byle tylko móc być przy nim i zajmować się nim na każdy możliwy sposób.
- Cieszę się, że mogę ci pomóc chociaż w taki sposób - Wyszeptałem cicho, wtulając się w jego dłoń.
Poczułem, jak odwzajemnia mój uśmiech, jak na jego twarzy pojawia się ciepło i ulga. W tej chwili wszystko, czego potrzebowałem, sprowadzało się do jednej rzeczy, mieć go przy sobie. Nie pragnąłem bogactwa, nie marzyłem o wielkich osiągnięciach. Najcenniejsze było dla mnie to, że mogłem czuć jego obecność obok, że wiedziałem, iż nie jestem sam.
- Nawet nie wiesz, ile znaczy dla mnie to, że w ogóle tu jesteś - Przyznał, a jego słowa wdarły się prosto w moje serce. Poczułem, jakby rozświetliły całą przestrzeń między nami, jakby rozwiały wszystkie cienie, które dotąd w nas tkwiły.
Potrzebowałem go tak samo, jak on potrzebował mnie. To wzajemne pragnienie bycia razem, ta nić, która łączyła nasze serca, była czymś silniejszym niż jakiekolwiek słowa. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech, szczery, prawdziwy, ten jedyny, który nie potrzebował wyjaśnień. Był odpowiedzią na wszystko, był dowodem, że żadne słowa nie oddadzą tego, co rodzi się w ciszy między dwojgiem ludzi, którzy odnaleźli się w odpowiednim momencie.
W milczeniu trwaliśmy przy sobie, czerpiąc radość z każdej wspólnej ciszy. Nie potrzebowaliśmy słów to, co było między nami, nie wymagało żadnych wyjaśnień. Milczenie stawało się jak złoto, jak najcenniejsza nagroda, której oboje tak bardzo potrzebowaliśmy. Wystarczała sama obecność, ciepło ciała obok, świadomość, że nie musimy nic mówić, by się rozumieć.
Przez kilka chwil pozwalaliśmy tej ciszy otulać nas jak miękkiej kołdrze. W końcu mój partner delikatnie odsunął się od mojego ciała, a jego spojrzenie zatrzymało się na mnie. Patrzył intensywnie, niemal badawczo, lecz w jego oczach nie było nic niepokojącego, tylko coś, czego jeszcze nie potrafiłem odczytać.
- Coś się stało? - Zapytałem z lekkim uśmiechem. - Mam coś na twarzy? - Dopytałem odruchowo dłonią dotykając swojej twarzy.
- Nie, w żadnym wypadku - Odpowiedział spokojnie, a na jego wargach zarysował się łagodny uśmiech. - Po prostu… podziwiam twoją przystojną twarz. - Słowa te wywołały we mnie falę ciepła, jakby ktoś rozpalił ogień w samym środku mojego serca. Na moich ustach pojawił się jeszcze szerszy uśmiech, szczery i pełen wdzięczności.
- To mi się bardzo podoba, Nawet nie wiesz jak bardzo - Wyszeptałem, czując, jak serce bije mi coraz szybciej. - Możesz mówić mi tak częściej… - Nie czekałem jednak na odpowiedź. Nasze usta odnalazły się w namiętnym, zachłannym pocałunku. Był w nim głód, którego nie dało się powstrzymać, mieszanina tęsknoty, ulgi i pragnienia. Pocałunek, który mówił więcej niż jakiekolwiek słowa.

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

wtorek, 23 września 2025

|
 Odprowadziłem Mikleo wzrokiem i kiedy tylko zniknął pomiędzy drzewami wiedziałem, że nie mam już żadnej wymówki. Musiałem wziąć wdech, wydech i spróbować się zakumplować z moimi skrzydłami... znów. Ciekawe, jak wiele czasu minie, nim w końcu zaczną się mnie słuchać. Oby jak najszybciej. Nie chciałbym, by mój chłopak był skazany na mnie dłużej niż powinien. No i też nie chciałbym, by się ze mną męczył, a jednak taka podróż, podczas której to skazany jest na tylko i wyłącznie moje towarzystwo... jak on w ogóle daje ze mną radę? Nieironicznie, podziwiam go. Mam trudny charakter, widzę, że czasem ma mnie dosyć, a jednak cały czas przy mnie trwa. A przecież mógłby sobie gdzieś polecieć, gdzieś z dala ode mnie, nawet na tę chwilę. Nie mogę się już doczekać, aż moje skrzydła w końcu będą działać jak skrzydła, nie tarcza, i znajdziemy się na miejscu. Nawet jeżeli jest samotnikiem, towarzystwo innych osób dobrze mu zrobi. 
– No już, możecie się pokazać – mruknąłem trochę zniecierpliwiony, ale jak na złość mnie nie słuchały. Czemu? Robię to tak, jak mi powiedział Miki, myślę o nich jak o przedłużeniu swojego ciała. I co? I nic. Ostatnim razem Miki musiał mi pomóc je przywołać, i chyba teraz też by jego pomoc się przydała. 
No ale wpierw spróbuję sam. 
Nie poddawałem się. Starałem się robić wszystko, żeby je przywołać. I co? I nic. Miki jakoś tam gładził mnie na plecach, i jakoś tak nagle się rozprostowały. Może... może powinienem zrobić to samo? Stwierdziłem, że nic mi nie szkodzi spróbować. 
Tylko, ciężko mi było dotrzeć do tego miejsca. Musiałem się nieźle nagimnastykować, a i tak mi nie wyszło. 
– Możesz mi powiedzieć, co ty robisz? – usłyszałem nagle głos swojego chłopaka. 
– Ja? Staram się przywołać skrzydła. Pamiętam, że ty tam miejsce na moich plecach głaskałeś... I ciężko mi tam dotrzeć – opuściłem rękę, ciężko wzdychając. Nie jestem najbardziej giętką osobą. 
– Powinieneś sobie poradzić bez stymulacji – stwierdził, podchodząc do mnie. 
– No wiem, wiem... robię tak jak mówisz, myślę o nich jak o przedłużeniu ciała, mówię do nich, i co? I nic. Jakby mi chciały robić na złość – burknąłem, pusząc policzki. 
– Jak coś, co jest tobą, może ci robić ma złość? – spytał rozbawiony, kładąc dłonie na moich ramionach. 
– No... no normalnie. Jak włosy mi robią na złość, bo się nie układają, tak skrzydła robią mi na złość, bo się nie pokazują. Czasem też moja głowa mi na złość robi, bo zapomina ważne rzeczy. Całe moje ciało potrafi mi robić na złość – wyjaśniłem, uśmiechając się do niego głupkowato. Cóż mogę poradzić, taki już mój urok.

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
Delikatnie pogłębiłem pocałunek, wsuwając dłoń w jego włosy. To było bardzo miłe z jego strony, że spełnił moją zachciankę mimo że przecież wcale nie musiał. Od tego miałem służbę, do której Haru nie należy. Chyba po prostu chciał poprawić mi humor po wczorajszych wydarzeniach... i byłem mu za to wdzięczny. Gdyby nie on... słowa babki wżarłyby się głęboko w moją psychikę. Oczywiście, dalej one we mnie są, ale teraz mam motywację. Muszę być silny nie dla niej, ale dla Haru. Nie mogę pozwolić na to, by to on mnie bronił, by mnie ratował, i by nie narażał się za niebezpieczeństwo. To jest znacznie lepsza motywacja. 
Usiadłem na jego kolanach, zmniejszając ten dystans pomiędzy nami. Na zakończenie pocałunku delikatnie podgryzłem jego dolną wargę, co chyba mu się spodobało. Uśmiechnąłem się do niego zadziornie, a następnie przytuliłem się do jego ciała, kładąc głowę na jego klatce piersiowej. Miałem wszystko, jego obecność, ciepło, słodycz na języku... jedyne, czego teraz potrzebowałem, to upewnienia się, że tamta dwójka po mnie nie wróci. Ale niech tylko spróbują. Skończą jak ich kolega. 
Haru zaczął gładzić moje plecy, co było niebezpieczne. Usypiające. Spałem wystarczająco długo, a jeszcze muszę przespać całą noc. Zatem, spać teraz nie mogę. Muszę skupić się na czymś innym, cokolwiek, byleby nie zasnąć. Podniosłem głowę, tak, by móc na niego patrzeć, a następnie położyłem dłoń na jego policzku, zaczynając powoli odczytywać jego emocje. 
- Za bardzo się o mnie martwisz – powiedziałem po chwili, zaniepokojony tym, jak bardzo przejmuje się moją osobą. Tak nie powinno być. Czy nie udowodniłem mu, że potrafię o siebie zadbać? Przecież się uwolniłem, uciekłem, a nawet pozbyłem jednego z pasożytów. Ja wiem, że babce to nie imponuje, ale jemu? Jemu już powinno. 
- Kiedy się kogoś kocha, to się o tę osobę martwi – wyjaśnił, uśmiechając się do mnie łagodnie, i też jednocześnie trochę smutno. - A ty przeżyłeś traumę. To oczywiste, że będę się o ciebie martwić. 
- Traumę? - powtórzyłem, delikatnie marszcząc brwi. - Nie powiedziałbym, że jestem straumatyzowany. Czuję złość na siebie samego, że tak łatwo dałem się podejść. I może niepokój, że tamci faceci mogą tutaj wrócić, że jeszcze będą tu się kręcić. Trwało to kilka godzin, nie dni. Pewnie inaczej bym się czuł, gdybym był zamknięty i zakneblowany na dłuższy czas. Dobrze, że byli tacy opieszali, i że szybko zaczęli świętować. Miałem szczęście, z którego skorzystałem – wzruszyłem ramionami, ale z jakiegoś powodu Haru poczuł do mnie podziw, czego już w ogóle nie rozumiałem. 
- Jesteś bardzo odporny. Niejedna osoba po tych kilku godzinach nie pozbierałaby się psychicznie, a ty... trochę odpoczynku, i już nic po tobie nie widać – powiedział zachwycony. 
- Cóż mogę powiedzieć, jestem niezwykły – powiedziałem rozbawiony, uśmiechając się zadziornie. - Ale też to dzięki tobie. Gdyby nie ty, pewnie nie czułbym teraz tak dobrze – dodałem już znacznie bardziej na poważnie, delikatnie gładząc jego policzek. 

<Wilczku? C:>

Od Mikleo CD Soreya

|
Słysząc jego słowa, nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Skoro tak bardzo podobały mu się moje włosy… może faktycznie powinienem pozwolić im rosnąć? Lubiłem ich dotyk, to, jak swobodnie opadały, i przede wszystkim fakt, że wreszcie nikt nie mówił mi, jak powinienem wyglądać. Sorey akceptował mnie takiego, jakim byłem, a świadomość, że nie muszę się już podporządkowywać cudzym oczekiwaniom, była dla mnie czymś nowym i niezwykle cennym.
Szczerze mówiąc, samo podcinanie włosów zawsze mnie męczyło. Rosły mi naprawdę szybko, a ja nie nadążałem z ich obcinaniem. To było wręcz zabawne, na ciele prawie wcale nie miałem owłosienia, a na głowie przybywało mi go z każdym dniem. Gdybym chciał utrzymywać je w krótkiej fryzurze, musiałbym podcinać je co miesiąc, góra dwa. Tak właśnie chciał mój dziadek… On uważał, że moja twarz zbyt bardzo przypomina kobietę, dlatego zakazywał mi zapuszczania włosów. Twierdził, że byłoby to dla mnie upokarzające.
- Gdyby dziadek to zobaczył, już miałbym kłopoty - Mruknąłem, przypominając sobie jego karcące spojrzenie. Wystarczyło jedno, by zniechęcić mnie do jakiejkolwiek własnej decyzji czy myślenia inaczej, niż on mnie nauczał.
- Na szczęście już nigdy nie będzie mówił ci, jak masz żyć ani jak wyglądać - Szepnął Sorey, a jego usta musnęły delikatnie mój kark. - Ja zaakceptuję każdy twój wygląd i wszystko, co zechcesz z nim zrobić. - Nie wiem, dlaczego, ale te słowa sprawiły, że na mojej twarzy momentalnie pojawił się rumieniec. Chciałem go ukryć, więc zakryłem policzki dłonią, lecz i tak czułem, jak gorąco rozchodzi się po całym moim ciele. Chyba będę potrzebował jeszcze trochę czasu, by oswoić się z tymi emocjami, tak przyjemnymi, a zarazem odrobinę zawstydzającymi. Wstyd się przyznać, ale wciąż nie do końca je rozumiałem.
Sorey zaśmiał się cicho i usiadł tuż za mną, obejmując mnie ramionami.
- Kocham cię, owieczko - Wyszeptał miękko, jakby zdradzał mi największą tajemnicę. - Kocham cię tak, jak nigdy wcześniej nikogo nie kochałem. - Jego usta musnęły mój płatek ucha, a zęby lekko go podgryzły, podczas gdy dłoń nieśmiało wsunęła się pod moją koszulkę, by mnie odrobinę podrażnić.
Natychmiast poczułem falę gorąca rozlewającą się po całym ciele. Serce przyspieszyło, a oddech zadrżał, ale zanim dałem się ponieść, chwyciłem jego rękę i delikatnie odsunąłem od siebie.
- Bardzo proszę, nie rób tak… - Powiedziałem cicho, z lekkim zawstydzeniem. - My nie mamy teraz na to czasu. Przygotuję ci herbatę, potem pójdę się umyć, a ty w tym czasie poćwiczysz kontrolę nad swoimi skrzydłami. Dobrze? - Poprosiłem, podnosząc się z koca. Nawet nie czekałem na jego odpowiedź, bo znałem ją doskonale: kolejne droczenie się albo komentarz, który i tak sprawiłby, że spłonąłbym rumieńcem.
Mój partner jedynie zaśmiał się cicho, pokręcił głową z rozbawieniem i pozwolił mi działać. Podobało mi się to w nim, że potrafił odpuścić, gdy naprawdę tego potrzebowałem, i dać mi przestrzeń, nawet jeśli kusiło go, by znów się ze mną droczyć.
Przygotowanie herbaty zajęło mi tylko kilka minut. Gdy wręczyłem mu kubek, spojrzałem na niego z lekkim uśmiechem.
- Proszę. A teraz naprawdę spróbuj poćwiczyć - Poprosiłem, a on skinął głową, przyjmując napój z wdzięcznością.
Zostawiając go w skupieniu nad jego własnymi obowiązkami, skierowałem się w stronę wody. Chłodna lecz mimo wszystko relaksacyjna kąpiel była dokładnie tym, czego potrzebowałem na początek dnia, chwilą tylko dla siebie, zanim znów oddam całą uwagę jemu.

<Pasterzyku? C:>

Od Haru CD Daisuke

|
 Skoro mój partner miał ochotę na deser, nie mogłem mu odmówić. W końcu słodkości zawsze całkiem dobrze mi wychodziły, nie żebym się jakoś specjalnie chwalił, po prostu lubiłem gotować, piec ciasta i przygotowywać różnego rodzaju desery. Sprawiało mi to radość, a jeszcze większą satysfakcję czułem, gdy ktoś bliski mógł się nimi delektować.
Nie potrzebowałem wielu składników, wystarczyło kilka biszkoptów, odrobina śmietanki, krem czekoladowy i mleko. Niby niewiele, a z ich połączenia udało mi się wyczarować coś naprawdę pysznego. Kiedy masa była gotowa, przełożyłem ją do pucharków. Początkowo sądziłem, że wyjdą dwa spore desery, ale ostatecznie udało się zapełnić aż cztery miseczki. Wyszedł mi więc po dwa na osobę i chyba dobrze, bo wyglądały tak apetycznie, że jeden na pewno nie wystarczyłby na długo.
Zadowolony ze swojej pracy, wsunąłem łyżeczki do deserów. Jeden pucharek podałem partnerowi, drugi wziąłem dla siebie.
- Proszę. Mam nadzieję, że ci posmakuje - Powiedziałem z uśmiechem, obserwując jego reakcję.
- Dziękuję. Podejrzewam, że będzie tak smaczne jak wszystko, co przygotowujesz - Odparł z lekkim uśmiechem, uważnie oglądając deser, jakby już sam jego wygląd wystarczył, by się nim zachwycić. - Wygląda naprawdę przepysznie - Dodał, po czym nabrał pierwszy kęs i włożył go do ust.
Przez chwilę wpatrywałem się w niego w skupieniu, a kiedy oblizał usta z satysfakcją, serce zabiło mi szybciej.
- Faktycznie, to bardzo dobre - Przyznał, zerkając na mnie z błyskiem w oku, a ja poczułem się tak, jakby cały mój wysiłek został w tej jednej chwili wynagrodzony.
Widząc, że mojemu partnerowi naprawdę smakuje przygotowany przeze mnie czekoladowy deser, w końcu pozwoliłem sobie sięgnąć po własny pucharek. Szczerze mówiąc, sam miałem na niego ogromną ochotę już w trakcie przygotowań, a teraz wreszcie mogłem się nim delektować.
Już po pierwszym kęsie poczułem, że wyszedł mi naprawdę znakomicie. Kremowa konsystencja, lekko nasączone mlekiem biszkopty i czekoladowy akcent łączyły się idealnie. ~ „No tak” - Pomyślałem ~ „z tak prostymi składnikami trudno cokolwiek zepsuć”... ~ Mruknąłem w myśli.
Zresztą, miałem wrażenie, że gdyby tylko on chciał i odrobinę się postarał, to spokojnie mógłby zrobić dokładnie taki sam deser. A może nawet lepszy… bo przecież w kuchni, tak samo jak w życiu, najważniejsze było zaangażowanie i serce, które się wkłada w to, co się robi.
Daisuke wyglądał na całkowicie usatysfakcjonowanego deserem, który dla niego przygotowałem. Po zjedzeniu opadł bezsilnie na łóżko, jakby cała słodycz odebrała mu resztki energii, ale mimo zmęczenia na jego twarzy malowało się wyraźne zadowolenie. To była dla mnie największa nagroda, widzieć go szczęśliwego dzięki czemuś, co zrobiłem specjalnie dla niego. Nieważne, ile mnie to kosztowało czy jak bardzo sam byłem wyczerpany. Najistotniejsze było jedno: uszczęśliwić go w każdy możliwy sposób.
- I jak? - Spytałem cicho, siadając obok. - Potrzebujesz jeszcze czegoś? Nie przesłodziłem cię za bardzo?
Byłem gotów przygotować mu dosłownie wszystko, czego tylko zapragnie.
- Nie, Haru - Odpowiedział miękko, z lekkim uśmiechem. - Niczego już nie potrzebuję. Jestem usatysfakcjonowany. Bardzo ci dziękuję… Choć wciąż uważam, że nie musiałeś. - Po tych słowach przysunął się bliżej i wtulił we mnie mimowolnie, jakby to właśnie było jego naturalne miejsce.
Pogładziłem go po włosach, czując, jak moje serce mięknie na ten widok.
- Cieszę się, że mogłem spełnić wszystkie twoje prośby - Wyszeptałem, łącząc nasze usta w delikatnym pocałunku. 

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

poniedziałek, 22 września 2025

|
 Powoli uniosłem powieki, a moim oczom ukazała się ta spokojna, przepiękna twarz Mikleo. Nie spał. I nie wyglądało tak, jakby obudził się przed chwilą, on nie spał od dłuższego czasu. Dlaczego mnie nie obudził? Przecież jakby to zrobić wcześniej, do tego momentu byłbym rozbudzony. I zaraz moglibyśmy wstawać, i się szykować, i zbierać... Mnóstwo czasu byśmy zaoszczędzili. A teraz, zanim ja wstanę, to znów minie mnóstwo czasu, no bo ja tak nie potrafię wstać od razu. Ja muszę poleżeć z pięć, dziesięć minut, by móc w ogóle wstać, by robić cokolwiek. 
- Czemu mnie nie obudziłeś? - zapytałem, przecierając zmęczone, zaspane oczy. 
- Po co miałbym to robić? Potrzebowałeś snu. Nam się za bardzo nie śpieszy. A lepiej, byś był wyspany niż zmęczony – odpowiedział, uśmiechając się do mnie tak ładnie, słodko, jak to tylko on potrafi. 
- Nie śpieszy się nam? Chyba właśnie nam się śpieszy – powtórzyłem, trochę go nie rozumiejąc. 
- Masz już skrzydła, tak? Jak tylko je zaakceptujesz i się ich nauczysz, zaraz będziemy na miejscu – odpowiedział, jak zwykle mając we mnie wielką wiarę. - Ale skoro już się obudziłeś, możemy się zbierać. Przygotować ci coś do jedzenia? - zapytał, dziarsko podnosząc się do siadu. Też bym tak chciał, otworzyć oczy i wstać. Teraz jedyne, na co mam ochotę, to na przeciągnięcie się i ponowne zamknięcie oczu. Ale nie mogłem. Skoro on wstał, ja też to powinienem zrobić... ale zaraz. Za momencik. Za chwileczkę. 
- Nie, raczej nie. Napiłbym się tylko herbaty – wyjaśniłem, przyglądając się jego sylwetce. Ale on wyglądał przepięknie, i idealnie, i cudownie... tylko włoski mu się troszkę poplątały. Muszę mu je powoli rozczesać. Zdecydowanie bardziej wolałem się zajmować jego włosami, niż moimi. To mi się znacznie bardziej podobało, niż zajmowanie się swoimi. Moje są takie nijakie, matowe, a jego? No ja się na nie napatrzeć nie mogłem. I to właśnie one sprawiły, że finalnie się podniosłem się do siadu. Nie mogę pozwolić na to, by to on się nimi zajął. Ja byłem na to chętny. 
- Na pewno? Posiłek dobrze ci zrobi – dopytał się, ewidentnie za bardzo martwiąc się o moją osobę. 
- Wolę zjeść obiad. A teraz chodź tu do mnie – poprosiłem, kiedy dostrzegłem, że już nastawił wodę na ogniu. - Chcę się zająć twoimi włosami. 
- Moimi włosami? - spytał, chyba trochę nie rozumiejąc mojego małego zafascynowania na jego punkcie. I nie musiał. Najważniejsze, bym mógł je poczesać. Tyle mi wystarczy. 
- Dokładnie tak. Są wspaniałe – odpowiedziałem, chwytając za grzebień. - Już jakiś czas ich nie obcinasz... chcesz je zapuścić? - zapytałem, zaczynając je powoli rozczesywać, napawając się ich miękkością. Jak on to robi, że nic nie robi, że nic nie robi i jest cudowny? To zasługuje na miano jakiegoś ukrytego talentu. 
- Na razie nie wiem. Zawsze dziadek pilnował, by nie były one za długie i pilnował, bym je obcinał systematycznie, a teraz... jeszcze nie zdecydowałem – wyjaśnił, na co powoli pokiwałem głową. 
- Ja bym nie narzekał, gdyby były trochę dłuższe. Bardzo by ci pasowały – przedstawiłem mu swoje zdanie, zawiązując jego włosy w małego kucyka. - I gotowe. Dobrze, że chociaż jedno z nas się potrafi prezentować – dodałem rozbawiony, całując go czubek głowy. 

<Owieczko? C:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Oczywiście, jak to on,  musiał zapytać się o moje samopoczucie. Jeżeli kiedykolwiek tego nie zrobi, będę wiedział, że ktoś go tu podmienił. Zresztą, jego energia, emocje, to wszystko znam tak dobrze, że żaden zmiennokształtny nigdy mnie nie oszuka. Ale będę wiedział, że jeżeli nie będzie się mnie pytał, jak się czuję, będzie to znaczyło, że coś z nim się dzieje. Też muszę patrzeć na niego, jak on się czuje. Też ma swoje problemy przecież, których nie mogę ignorować. Jeszcze skupi się na mnie, zapomni o sobie, i tyle z tego wszystkiego będzie. 
- Jest w porządku – przyznałem cicho, patrząc na jego twarz. Był jeszcze troszkę zaspany, więc nie rozumiem, czemu się przebudził, i nie chce spać dalej? Ja i tak nie miałem ochoty za bardzo na ruszanie się stąd. Tu było mi dobrze, i fizycznie i psychicznie. Było miękko i ciepło, a energia bijąca od mojego chłopaka przyjemnie otulała mój umysł, nie pozwalając mi na rozmyślanie o tym, co powiedziała mi babka. Jego energia, zarówno ta pozytywna, jak i negatywna, była strasznie zaraźliwa. Od czasu tej pełni zauważyłem, że raczej łatwiej mu z akceptacją samego siebie. Też ma swoje momenty zwątpienia, ale nie pamiętam, kiedy ostatni raz poczułem to mocne zwątpienie i gardzenie samym sobą, jakie to towarzyszyły mu na wejściu do pokoju. 
- Na pewno? - zapytał cicho, gładząc moje włosy. Taki prosty gest, a jaki przyjemny... Moje włosy są teraz pewnie w tragicznym stanie, ale czy ja się tym przejmowałem? Teraz nie do końca. Haru nie raz widział mnie takim stanie, że teraz wyglądam z pewnością jak młody bóg. Tylko trochę zaspany. 
- Na pewno. Twoja obecność bardzo mi pomogła – wyjaśniłem, uśmiechając się łagodnie, by go trochę uspokoić i zapewnić w swoich słowach. - Jeżeli chcesz, zdrzemnij się jeszcze. Mamy na to czas, ja się nigdzie nie wybieram. 
- Nie, nie mogę. Teraz, kiedy jesteś obudzony, mogę się skupić całkowicie na tobie – odparł, całując mnie w skroń. - Masz na coś ochotę?
Delikatnie zmarszczyłem brwi. Czy ja miałem na coś ochotę? Chyba miałem wszystko. Byłem najedzony, wykąpany, rozgrzany... czy mi potrzeba było czegoś jeszcze do tego wszystkiego? 
- Może mam... - zacząłem niepewnie, rysując na jego klatce piersiowej szlaczki. - Ale nie wiem, czy powinienem. 
- Skoro masz takie myśli, to na pewno powinieneś. Na co takiego masz ochotę? - dopytał, nie spuszczając ze mnie wzroku. 
- Na coś słodkiego. Może deser? Zjadłbym taki czekoladowy – odpowiedziałem, pozwalając sobie na chwilę marzeń. - Ale nie mogę sobie na to pozwolić. Nie zasłużyłem – odpowiedziałem, wzdychając z rezygnacją. 
- Nie ma tutaj twojej babci, która by to oceniła, więc rola ta przypada mnie. Zatem ja oceniam, że zasługujesz – stwierdził, uśmiechając się szeroko. - Czekoladowy, tak? Zaraz ci coś wymyślę – stwierdził, podnosząc się z łóżka. 
- Nie musisz, tak tylko sobie powiedziałem – rzuciłem, trochę żałując tego, że mnie tak podpuścił i coś w ogóle powiedziałem. 

<Wilczku? C:>

Od Mikleo CD Soreya

|
Słuchałem go uważnie, analizując w myślach każde jego słowo. Potrzebowałem kilku oddechów, by poukładać sobie wszystko w głowie i zastanowić się, czy przypadkiem mnie nie oszukuje. Byłem tylko naiwnym aniołem, który nie do końca rozumiał ludzkie słabości ani nieprzewidywalność ludzkich zachowań. Dlatego tak trudno było mi osądzić, czy to, co mówi, jest prawdą, czy tylko pięknie brzmiącym kłamstwem.
Mimo tych wątpliwości spokój, który od niego bił, koił mnie jak ciepły strumień. Wystarczył, bym z dziewięćdziesięcioprocentową pewnością uznał, że nie kłamie. Zresztą, nigdy tego nie robił. Zawsze był szczery i otwarty, nawet wtedy, gdy prawda mogła boleć. Właśnie ta szczerość była jedną z rzeczy, które w nim uwielbiałem najbardziej.
- Jeśli jutro rano powiesz, że źle się czujesz, zobaczysz, uderzę cię, a od razu poczujesz się lepiej - Zażartowałem półgłosem, mimo wszystko wtulając się mocniej w jego ciało. Zaufałem mu. Chciałem wierzyć w każde jego słowo, bo dawały mi poczucie stabilności, którego tak bardzo potrzebowałem.
- Obiecuję, że jutro nie będę narzekał. A nawet jeśli, to już na pewno nie na to, że całą noc przytulałeś się do mnie - Odpowiedział, obejmując mnie w pasie i wsuwając nos w moje włosy. Jego głos stawał się coraz bardziej senny, a wypowiedziane słowa niosły w sobie tyle ciepła, że niemal mogły zastąpić kołdrę. - Dobranoc, owieczko - Dodał, ziewając przeciągle. Z każdą chwilą coraz bardziej odpływał w stronę snu.
- Dobranoc - Wyszeptałem cicho, jakbym bał się, że głośniejszy dźwięk mógłby go obudzić. Jednocześnie postawiłem wokół nas barierę, której energia rozlała się niczym przezroczysta powłoka. Miała chronić nas przed niebezpieczeństwem, jakie mogło nadejść w nocy.
Nigdy nie można mieć pewności, czy ktoś nie spróbuje zaatakować, zwłaszcza kiedy najmniej się tego spodziewasz. A skoro taka ochrona nie wymagała ode mnie dużego wysiłku, a dawała spokój i bezpieczeństwo, była czymś oczywistym. Tylko dzięki niej mogliśmy pozwolić sobie na prawdziwy, głęboki sen, wolny od lęku i czuwania.
Czując komfort i bezpieczeństwo, którego tak bardzo potrzebowałem, by wreszcie pozwolić sobie zamknąć oczy, wtuliłem głowę w jego ramiona. Powoli odpływałem do krainy snów, w miejsce, gdzie nie mógł mnie dosięgnąć żaden lęk ani zmartwienie. Tam nic nie mogło mi przeszkodzić, ani człowiek, ani cień, ani wspomnienie minionych trudów. Mogłem spać spokojnie, wiedząc, że jest obok.
Dopiero jutro mieliśmy wrócić do naszej wędrówki. Znów ruszyć przed siebie, znów próbować wznieść się razem ku niebu, tak jak obiecywaliśmy sobie każdego dnia. A póki co pozwoliłem, by sen pochłonął mnie całkowicie, a cisza nocy otuliła nas swoim łagodnym ramieniem.

Budząc się o wczesnym poranku, postanowiłem nie wstawać od razu. Leżałem nieruchomo przy jego boku, wsłuchując się w spokojny rytm jego oddechu i czując ciepło bijące od jego ciała. Wiedziałem, że jest jeszcze za wcześnie, by zaczynać dzień, a ta chwila ciszy miała w sobie coś niezwykle kojącego. Słońce przyjemnie wznosiło się ku górze, opierając swoje ciepło na naszych ciałach. Dla niego było to szczególnie ważne, potrzebował tego powolnego, łagodnego ciepła, by spokojnie wejść w nowy dzień.
Dla mnie natomiast była to przyjemność sama w sobie. Nie przeszkadzało mi ani to, że czas płynął leniwie, ani że obowiązki czekały gdzieś w oddali. Wręcz przeciwnie, było to bardzo przyjemne. Patrzyłem na niego uważnie, jakby każda minuta spędzona obok mogła zatrzymać czas, nim zdecyduję się delikatnie wybudzić go ze snu.

<Pasterzyku? C;> 

Od Haru CD Daisuke

|
 Nie odpowiedziałem na wypowiedziane przez niego słowa. Czułem, że w tym momencie nie mają znaczenia, że żadna odpowiedź nie byłaby właściwa. On sam był rozbity, przebity ciężarem sytuacji, a jeszcze te wszystkie rzeczy, które jego babcia próbowała mu wmówić… Wiedziałem jednak, że to przeminie. Że wróci do swojego domu, do wielkiej rezydencji, do życia, w którym zawsze będzie miał swoje miejsce. A tu i teraz, zostanie ze mną. I póki będę obok, zrobię wszystko, by czuł się dobrze, by poczuł się bezpiecznie.
Nachyliłem się i musnąłem ustami jego czoło, a dłoń powędrowała do jego włosów. Zacząłem je delikatnie gładzić, jakby samym tym gestem chciałem zabrać z niego cały niepokój. Wiedziałem, że właśnie tego najbardziej potrzebował, spokoju, ukojenia, poczucia, że nie jest sam.
Mój partner był tak wyczerpany, zarówno emocjonalnie, jak i fizycznie, że sen ogarnął go niemal natychmiast. Nie miał już siły walczyć z własnym zmęczeniem, poddał się mu bez oporu, jakby ciało samo zdecydowało za niego. Patrzyłem na niego i w duchu uśmiechnąłem się z lekką ulgą. To on uparcie chciał iść dziś na zajęcia? On, który ledwo utrzymywał się na nogach? Cieszyłem się, że jednak został w pokoju. Odpocznie, nabierze sił, a jutro będzie mógł powrócić do codzienności, do planów, które sam sobie wyznaczył.
Kiedy upewniłem się, że naprawdę zasnął, jeszcze przez dłuższą chwilę trwałem przy nim. Obserwowałem jego spokojną twarz, tak różną od tej zmęczonej, napiętej, jaką widziałem wcześniej. Potrzebowałem tej chwili, po prostu, by patrzeć na niego i czuć, że jest obok.
Wtuliłem się w jego ciało, czując bijące od niego ciepło, które koiło mnie bardziej niż jakikolwiek koc czy kołdra. Jego oddech, spokojny i miarowy, stał się dla mnie kołysanką, której nie potrzebowałem słyszeć świadomie, wystarczyło, że był. W tej bliskości, w tym poczuciu jedności, sam pozwoliłem sobie odpłynąć w stronę snu.
A jednak gdzieś w głębi mnie trwała czujność. Wiedziałem, że jeśli cokolwiek miałoby mu zagrozić, obudzę się natychmiast. Byłem gotów stanąć pomiędzy nim a całym złem tego świata. Ta myśl dawała mi spokój. Świadomość, że nawet we śnie mogę być dla niego tarczą. I z tą pewnością, z ramieniem owiniętym wokół niego, pozwoliłem sobie zasnąć.
Wybudziłem się ze snu, gdy mój ukochany poruszył się w moich ramionach. Leniwie otworzyłem zaspane oczy i ujrzałem jego twarz, piękną, ale już nieśpiącą; patrzył na mnie w milczeniu, jakby zbierał słowa, które trudno mu wypowiedzieć.
- Wyspałeś się? - Zapytałem, przerywając ciszę, ziewając cicho i zasłaniając dłonią usta.
- Ja tak. Ty chyba wciąż byś spał - Odpowiedział cicho, a w jego głosie brzmiała troska, może trochę prawdy. Faktycznie, ochota na sen jeszcze gdzieś we mnie drzemała, ale skoro on był przytomny, i ja nie potrafiłem już wrócić do snu.
- Może odrobinkę - Przyznałem po chwili, kręcąc głową z uśmiechem, żeby ukryć zmęczenie. - Nie martw się o mnie. Powiedz lepiej, jak się czujesz? - Słowa wypadły ze mnie szczerze, w środku naprawdę się o niego martwiłem, o jego spokój, o zdrowie, o to, by znów poczuł się bezpiecznie.

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

niedziela, 21 września 2025

|
 Kiedy wyczułem, że Miki chce się odsunąć, od razu chwyciłem go mocno, przysuwając do siebie. Jego ciało było chłodne, owszem, ale ja byłem tak opatulony tymi wszystkimi ubraniami i kocami, że nie czułem jego skóry. Zresztą, kiedy przypadkiem go raz czy dwa dotknąłem dłonią, to był nawet... ciepły. Oznaczało więc to, że to ja byłem za bardzo wychłodzony, ale to nic. Zaraz ognisko mnie ociepli, i będzie dobrze. Musi być. Innego wyjaśnienia ja tutaj nie dostrzegam. 
- Nie odsuwaj się ode mnie – poprosiłem, tuląc go do siebie mocno. 
- Potrzebujesz ciepła. Ja ci go nie dam – odpowiedział niepewnie, jeszcze będąc spięty, nie chcąc się do mnie przytulić. 
- Właśnie, że dasz. Takie emocjonalne, a ono też jest bardzo ważne – odpowiedziałem, mocno go przytulając i starając się powstrzymać drżenie ciała. Rany, jak mi strasznie zimno było. Ale jak inaczej się tu umyć? 
- A jak zachorujesz? - zapytał, ewidentnie za bardzo zmartwiony. 
- Jeżeli istnieje we mnie ten anielski pierwiastek, no to chory nie będę. Jakiś większy immunitet na choroby też muszę mieć, prawda? - odpowiedziałem, opierając policzek o jego głowę. Ależ on słodziutko pachniał... mogę wdychać jego zapach godzinami, dosłownie, i nigdy nie będzie mi go za mało.
– Na razie lepiej tego nie testować – odpowiedział, a ja zacząłem myśleć, że może to nie kwestia mojej potencjalnej choroby, a jego zwykłej niechęci. Nie chce się do mnie przytulać, a ja go zmuszam. Tylko jeżeli nie chce, to czemu mi o tym nie mówi? Przecież ja bym się nie pogniewał. Rozumiem, że ktoś taki jak on nie jest przyzwyczajony do ciągłego dotyku, że może mieć dosyć i chcieć przerwy. Tylko wystarczy mi to powiedzieć, a nie wykręcać się mną. Zdecydowanie bardziej wolę prawdę niż takie wykręcanie się. 
– Wiesz, że jeżeli nie chcesz, wystarczy powiedzieć? Nie zmuszałbym cię – powiedziałem, puszczając go, na co Mikleo od razu się ode mnie odsunął. Nie powiem, trochę mi się przykro zrobiło, ale nie pokazałem tego po sobie. Można nie mieć ochoty, i ja to muszę to przeżyć z godnością. 
– To nie tak. Ja chcę, bardzo. Po prostu martwię się o ciebie – wyjaśnił, na co delikatnie przekręciłem głowę. 
– I myślisz, że przytulanie się do mnie sprawi, że będzie mi zimno? – zapytałem, kompletnie go nie rozumiejąc. Owszem, był odrobinkę chłodny, ale szanujmy się, przecież to naprawdę nic takiego, zwłaszcza w porównaniu z tą lodowatą wodą. 
– Raczej chodzi mi o to, że cię wyziębi – wyznał, a ja na jego słowa tylko szeroko się uśmiechnąłem. 
– Owieczko, to tą lodowata woda mnie wyziębiła. Ty w porównaniu z nią jesteś jak gorący płomień – wyjaśniłem, mając nadzieję, że te słowa do niego dotrą i w końcu sam się do mnie przytuli, i do niczego nie będę go musiał przymuszać. 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Mimo tych wszystkich słów, dobrych, kojących, czułem się całkowicie zjechany. Babka miała rację. Mogłem sobie poradzić. Miałem ku temu okazję, bo mimo że ręce miałem związane, nie miałem ich zakrytych. Gdybym wcześniej przełamał moralne zasady wcześniej, nic z tego nie miałoby miejsca. Ona niepotrzebnie by się tutaj fatygowała, ja pozbyłbym się swoich stalkerów, i Haru niepotrzebnie by się narażał. Nie mogę pozwolić, by ktokolwiek kiedykolwiek mnie bronił. Sam muszę się bronić. Mogę to robić, i powinienem zacząć, łamiąc w sobie wszelkie zasady. Czemu to ja mam być tym moralnie dobrym, skoro inni się tym nie przejmują? A cierpię nie tylko ja, ale i ucierpieć może najbliższa mi osoba, i chociażby z tego powodu nigdy nie mogę się wahać. 
- Chodź, przebierz się i położymy się spać. Powinieneś odpocząć, to był dla ciebie intensywny dzień – powiedział spokojnie, chcąc mnie zaprowadzić do łóżka, na co pokręciłem głową. 
- Za godzinę i tak muszę iść na zajęcia. Nie ma to sensu – powiedziałem trochę bezbarwnym tonem. Muszę się skupić na tym, by być jak najsilniejszy. Wiedzy tutaj już nie poprawię, bo jest ona doskonała, ale umiejętności doskonalić dalej mogę. I wręcz powinienem. Muszę być jak najsilniejszy, jak najlepszy, by już nigdy nie musieć słuchać tego, że jestem jedynie rozczarowaniem. Opiekunowie powiedzieli, że mogę zrobić sobie wolne, dopóki nie poczuję się lepiej, zaproponowali także wezwanie straży, ale zarówno ja i babka nie chcieliśmy tego. Jeżeli się znów zbliżą, sam się ich pozbędę. 
- Bo tak ci babcia kazała? Teraz powinieneś skupić się na tym, by wypocząć, dojść do siebie. To był dla ciebie duży szok. I wbrew temu, co mówi, to coś całkowicie normalnego, nie musisz być dla siebie taki surowy – mówił spokojnie, łagodnie, nie przestając gładzić moich włosów. - Zostanę z tobą, co ty na to? - zaproponował, a ja wyczułem, jak się uśmiecha delikatnie.
- Wiesz, że jak cię nie będzie, to twoja babcia zostanie poinformowana? Nie będziesz miał problemów? - spytałem, podnosząc głowę tak, by móc na niego spojrzeć. Nie chciałem, by miał z mojego powodu problem, bo gdyby tak ze mną był, to może... może bym został? Bo samemu na pewno bym nie chciał. Po co miałbym to robić? Nie miałoby to sensu dla mnie, pogrążyłbym się we własnych myślach, a to byłoby niebezpieczne. 
- Myślę, że jak jej wytłumaczę, dlaczego się na to zdecydowałem, to nie będzie miała żadnego problemu. Zresztą, to nie będzie mój pierwszy raz, kiedy opuściłem zajęcia, przywyknie – powiedział miękko, po czym mnie pocałował w czoło. - Przebierzmy się i chodźmy spać – poprosił, prowadząc mnie w stronę swojego łóżka. Tym razem mu uległem. Pozwoliłem mu poprawić moje włosy, by miękko opadały mi na czoło, a także zdjąć ze mnie koszulę i dopasowane, materiałowe spodnie. Widziałem, jak przygląda się mojemu ciału, tym zadrapaniom i siniakom, jakich się nabawiłem tej nocy. Może faktycznie powinienem ten jeden dzień odpocząć...? Chyba nic się nie powinno stać. 
- Kocham cię – powiedział nagle, kiedy się kładliśmy do łóżka. Gdyby tylko jego emocje sprawiły, że mogę być silniejszy...
- To dziwne. Bo nie ma we mnie nic, co można by kochać – powiedziałem cicho, bardziej do siebie. Skoro nie chce moich pieniędzy, to ja nie wiem, co takiego we mnie jest, że go do siebie przyciągam. Przymknąłem oczy i wtuliłem się w jego ciało, chcąc skupić się tylko i wyłącznie na nim, na jego bliskości, ciepłych emocjach, które otulały mnie jak miękki kocyk. Zdecydowanie muszę się stać silniejszy, dla niego. 

<Wilczku? c:>

Etykiety