Od Mikleo CD Soreya

poniedziałek, 22 września 2025

|
Słuchałem go uważnie, analizując w myślach każde jego słowo. Potrzebowałem kilku oddechów, by poukładać sobie wszystko w głowie i zastanowić się, czy przypadkiem mnie nie oszukuje. Byłem tylko naiwnym aniołem, który nie do końca rozumiał ludzkie słabości ani nieprzewidywalność ludzkich zachowań. Dlatego tak trudno było mi osądzić, czy to, co mówi, jest prawdą, czy tylko pięknie brzmiącym kłamstwem.
Mimo tych wątpliwości spokój, który od niego bił, koił mnie jak ciepły strumień. Wystarczył, bym z dziewięćdziesięcioprocentową pewnością uznał, że nie kłamie. Zresztą, nigdy tego nie robił. Zawsze był szczery i otwarty, nawet wtedy, gdy prawda mogła boleć. Właśnie ta szczerość była jedną z rzeczy, które w nim uwielbiałem najbardziej.
- Jeśli jutro rano powiesz, że źle się czujesz, zobaczysz, uderzę cię, a od razu poczujesz się lepiej - Zażartowałem półgłosem, mimo wszystko wtulając się mocniej w jego ciało. Zaufałem mu. Chciałem wierzyć w każde jego słowo, bo dawały mi poczucie stabilności, którego tak bardzo potrzebowałem.
- Obiecuję, że jutro nie będę narzekał. A nawet jeśli, to już na pewno nie na to, że całą noc przytulałeś się do mnie - Odpowiedział, obejmując mnie w pasie i wsuwając nos w moje włosy. Jego głos stawał się coraz bardziej senny, a wypowiedziane słowa niosły w sobie tyle ciepła, że niemal mogły zastąpić kołdrę. - Dobranoc, owieczko - Dodał, ziewając przeciągle. Z każdą chwilą coraz bardziej odpływał w stronę snu.
- Dobranoc - Wyszeptałem cicho, jakbym bał się, że głośniejszy dźwięk mógłby go obudzić. Jednocześnie postawiłem wokół nas barierę, której energia rozlała się niczym przezroczysta powłoka. Miała chronić nas przed niebezpieczeństwem, jakie mogło nadejść w nocy.
Nigdy nie można mieć pewności, czy ktoś nie spróbuje zaatakować, zwłaszcza kiedy najmniej się tego spodziewasz. A skoro taka ochrona nie wymagała ode mnie dużego wysiłku, a dawała spokój i bezpieczeństwo, była czymś oczywistym. Tylko dzięki niej mogliśmy pozwolić sobie na prawdziwy, głęboki sen, wolny od lęku i czuwania.
Czując komfort i bezpieczeństwo, którego tak bardzo potrzebowałem, by wreszcie pozwolić sobie zamknąć oczy, wtuliłem głowę w jego ramiona. Powoli odpływałem do krainy snów, w miejsce, gdzie nie mógł mnie dosięgnąć żaden lęk ani zmartwienie. Tam nic nie mogło mi przeszkodzić, ani człowiek, ani cień, ani wspomnienie minionych trudów. Mogłem spać spokojnie, wiedząc, że jest obok.
Dopiero jutro mieliśmy wrócić do naszej wędrówki. Znów ruszyć przed siebie, znów próbować wznieść się razem ku niebu, tak jak obiecywaliśmy sobie każdego dnia. A póki co pozwoliłem, by sen pochłonął mnie całkowicie, a cisza nocy otuliła nas swoim łagodnym ramieniem.

Budząc się o wczesnym poranku, postanowiłem nie wstawać od razu. Leżałem nieruchomo przy jego boku, wsłuchując się w spokojny rytm jego oddechu i czując ciepło bijące od jego ciała. Wiedziałem, że jest jeszcze za wcześnie, by zaczynać dzień, a ta chwila ciszy miała w sobie coś niezwykle kojącego. Słońce przyjemnie wznosiło się ku górze, opierając swoje ciepło na naszych ciałach. Dla niego było to szczególnie ważne, potrzebował tego powolnego, łagodnego ciepła, by spokojnie wejść w nowy dzień.
Dla mnie natomiast była to przyjemność sama w sobie. Nie przeszkadzało mi ani to, że czas płynął leniwie, ani że obowiązki czekały gdzieś w oddali. Wręcz przeciwnie, było to bardzo przyjemne. Patrzyłem na niego uważnie, jakby każda minuta spędzona obok mogła zatrzymać czas, nim zdecyduję się delikatnie wybudzić go ze snu.

<Pasterzyku? C;> 

Etykiety