Nie odpowiedziałem na wypowiedziane przez niego słowa. Czułem, że w tym momencie nie mają znaczenia, że żadna odpowiedź nie byłaby właściwa. On sam był rozbity, przebity ciężarem sytuacji, a jeszcze te wszystkie rzeczy, które jego babcia próbowała mu wmówić… Wiedziałem jednak, że to przeminie. Że wróci do swojego domu, do wielkiej rezydencji, do życia, w którym zawsze będzie miał swoje miejsce. A tu i teraz, zostanie ze mną. I póki będę obok, zrobię wszystko, by czuł się dobrze, by poczuł się bezpiecznie.
Nachyliłem się i musnąłem ustami jego czoło, a dłoń powędrowała do jego włosów. Zacząłem je delikatnie gładzić, jakby samym tym gestem chciałem zabrać z niego cały niepokój. Wiedziałem, że właśnie tego najbardziej potrzebował, spokoju, ukojenia, poczucia, że nie jest sam.
Mój partner był tak wyczerpany, zarówno emocjonalnie, jak i fizycznie, że sen ogarnął go niemal natychmiast. Nie miał już siły walczyć z własnym zmęczeniem, poddał się mu bez oporu, jakby ciało samo zdecydowało za niego. Patrzyłem na niego i w duchu uśmiechnąłem się z lekką ulgą. To on uparcie chciał iść dziś na zajęcia? On, który ledwo utrzymywał się na nogach? Cieszyłem się, że jednak został w pokoju. Odpocznie, nabierze sił, a jutro będzie mógł powrócić do codzienności, do planów, które sam sobie wyznaczył.
Kiedy upewniłem się, że naprawdę zasnął, jeszcze przez dłuższą chwilę trwałem przy nim. Obserwowałem jego spokojną twarz, tak różną od tej zmęczonej, napiętej, jaką widziałem wcześniej. Potrzebowałem tej chwili, po prostu, by patrzeć na niego i czuć, że jest obok.
Wtuliłem się w jego ciało, czując bijące od niego ciepło, które koiło mnie bardziej niż jakikolwiek koc czy kołdra. Jego oddech, spokojny i miarowy, stał się dla mnie kołysanką, której nie potrzebowałem słyszeć świadomie, wystarczyło, że był. W tej bliskości, w tym poczuciu jedności, sam pozwoliłem sobie odpłynąć w stronę snu.
A jednak gdzieś w głębi mnie trwała czujność. Wiedziałem, że jeśli cokolwiek miałoby mu zagrozić, obudzę się natychmiast. Byłem gotów stanąć pomiędzy nim a całym złem tego świata. Ta myśl dawała mi spokój. Świadomość, że nawet we śnie mogę być dla niego tarczą. I z tą pewnością, z ramieniem owiniętym wokół niego, pozwoliłem sobie zasnąć.
Wybudziłem się ze snu, gdy mój ukochany poruszył się w moich ramionach. Leniwie otworzyłem zaspane oczy i ujrzałem jego twarz, piękną, ale już nieśpiącą; patrzył na mnie w milczeniu, jakby zbierał słowa, które trudno mu wypowiedzieć.
- Wyspałeś się? - Zapytałem, przerywając ciszę, ziewając cicho i zasłaniając dłonią usta.
- Ja tak. Ty chyba wciąż byś spał - Odpowiedział cicho, a w jego głosie brzmiała troska, może trochę prawdy. Faktycznie, ochota na sen jeszcze gdzieś we mnie drzemała, ale skoro on był przytomny, i ja nie potrafiłem już wrócić do snu.
- Może odrobinkę - Przyznałem po chwili, kręcąc głową z uśmiechem, żeby ukryć zmęczenie. - Nie martw się o mnie. Powiedz lepiej, jak się czujesz? - Słowa wypadły ze mnie szczerze, w środku naprawdę się o niego martwiłem, o jego spokój, o zdrowie, o to, by znów poczuł się bezpiecznie.
<Paniczu? C:>