Sorey zdecydowanie zbyt mocno się obawiał. Powtarzałem mu w myślach i na głos: nic nam się nie stanie, nikt nie zrobi nam krzywdy. Byłem tego pewien. Bo niby dlaczego ktoś miałby nas zaatakować, strzelać do nas czy w jakikolwiek sposób zaszkodzić? Owszem, wiem, że różne myśli mogą kłębić się w głowie człowieka, zwłaszcza w sytuacjach napięcia. Ale tym razem Sorey, moim zdaniem, po prostu dramatyzował.
Patrzyłem na niego uważnie. Widocznie próbował ukryć swoje zdenerwowanie, ale jego spojrzenie i gesty zdradzały lęk. Chciałem, żeby poczuł się spokojniejszy, dlatego położyłem mu rękę na ramieniu i powiedziałem:
- Nie panikuj, naprawdę nie ma powodu. Nic nam się nie stanie, polecimy bezpiecznie, wszystko będzie dobrze. - Miałem nadzieję, że moje słowa przynajmniej trochę go uspokoją. Właśnie o to mi chodziło, żeby nie zamartwiał się sprawami, które w tej chwili nie miały żadnego znaczenia, żeby nie tracił sił na strach. W końcu i tak nie było żadnego realnego zagrożenia.
Doskonale wyczuwałem niepokój mojego przyjaciela i w pełni rozumiałem jego lęk. Sam też nie czuł się pewnie, w końcu latanie wciąż nie było dla niego czymś naturalnym. Wiedział, że jeśli doszłoby do jakiegokolwiek ataku, mógłby nie zdążyć odskoczyć, ochronić się, zrobić czegokolwiek, by uniknąć ciosu. Ten brak pewności paraliżował go. Na szczęście miał mnie, a ja byłem gotów przejąć kontrolę i zapanować nad wszystkim, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba.
- Sorey - Zwróciłem się do niego spokojnym, pewnym głosem - Wydaje mi się, że tu, na dole, na ziemi, czeka na nas o wiele więcej niebezpieczeństw niż tam, w górze. W powietrzu potrafimy uniknąć niejednego ataku. A nawet gdyby twoje najgorsze przypuszczenia miały się spełnić,możesz być spokojny. Jestem w stanie nas ochronić i wzbić się tak wysoko, by żadnemu z nas nic się nie stało. - Mówiąc to, powoli obniżałem lot, aż w końcu dotknęliśmy ziemi. Chciałem, żeby znów poczuł grunt pod nogami, poczuł się bezpieczniej. Widziałem, jak napięcie w jego ramionach stopniowo ustępuje, a oddech staje się głębszy i spokojniejszy.
Od razu dostrzegłem ulgę, jaka rozlała się na jego twarzy, gdy tylko dotknął ziemi. Czułem jego niepewność i wiedziałem, że potrzebuje jeszcze trochę czasu, by oswoić się z tym wszystkim, co go spotyka.
- Czuję się tu znacznie lepiej - Przyznał z wyraźnym oddechem ulgi, przechadzając się powoli, jakby sam fakt, że grunt trzyma go pewnie, przywracał mu spokój.
Nie odpowiedziałem od razu. Uśmiechnąłem się tylko łagodnie, bo rozumiałem go lepiej, niż mógłby przypuszczać. Sam przecież także lubiłem przebywać na ziemi. W końcu byłem serafinem wody, a to właśnie ziemia i woda stanowiły moje naturalne żywioły, te, które koiły mnie i dawały poczucie harmonii.
- Chcesz więc zostać na ziemi? - Zapytałem, zerkając na niego uważnie. – Jeśli tak będzie ci wygodniej, możemy iść pieszo. To twoja wola i nie zamierzam cię zmuszać do niczego, na co nie jesteś jeszcze gotowy. - Wyjaśniłem, mówiąc prawdę i tylko prawdę, szczerze chcąc dla niego jak najlepiej tylko się da.
<Pasterzyku? C;>