Powoli uniosłem powieki, a moim oczom ukazała się ta spokojna, przepiękna twarz Mikleo. Nie spał. I nie wyglądało tak, jakby obudził się przed chwilą, on nie spał od dłuższego czasu. Dlaczego mnie nie obudził? Przecież jakby to zrobić wcześniej, do tego momentu byłbym rozbudzony. I zaraz moglibyśmy wstawać, i się szykować, i zbierać... Mnóstwo czasu byśmy zaoszczędzili. A teraz, zanim ja wstanę, to znów minie mnóstwo czasu, no bo ja tak nie potrafię wstać od razu. Ja muszę poleżeć z pięć, dziesięć minut, by móc w ogóle wstać, by robić cokolwiek.
- Czemu mnie nie obudziłeś? - zapytałem, przecierając zmęczone, zaspane oczy.
- Po co miałbym to robić? Potrzebowałeś snu. Nam się za bardzo nie śpieszy. A lepiej, byś był wyspany niż zmęczony – odpowiedział, uśmiechając się do mnie tak ładnie, słodko, jak to tylko on potrafi.
- Nie śpieszy się nam? Chyba właśnie nam się śpieszy – powtórzyłem, trochę go nie rozumiejąc.
- Masz już skrzydła, tak? Jak tylko je zaakceptujesz i się ich nauczysz, zaraz będziemy na miejscu – odpowiedział, jak zwykle mając we mnie wielką wiarę. - Ale skoro już się obudziłeś, możemy się zbierać. Przygotować ci coś do jedzenia? - zapytał, dziarsko podnosząc się do siadu. Też bym tak chciał, otworzyć oczy i wstać. Teraz jedyne, na co mam ochotę, to na przeciągnięcie się i ponowne zamknięcie oczu. Ale nie mogłem. Skoro on wstał, ja też to powinienem zrobić... ale zaraz. Za momencik. Za chwileczkę.
- Nie, raczej nie. Napiłbym się tylko herbaty – wyjaśniłem, przyglądając się jego sylwetce. Ale on wyglądał przepięknie, i idealnie, i cudownie... tylko włoski mu się troszkę poplątały. Muszę mu je powoli rozczesać. Zdecydowanie bardziej wolałem się zajmować jego włosami, niż moimi. To mi się znacznie bardziej podobało, niż zajmowanie się swoimi. Moje są takie nijakie, matowe, a jego? No ja się na nie napatrzeć nie mogłem. I to właśnie one sprawiły, że finalnie się podniosłem się do siadu. Nie mogę pozwolić na to, by to on się nimi zajął. Ja byłem na to chętny.
- Na pewno? Posiłek dobrze ci zrobi – dopytał się, ewidentnie za bardzo martwiąc się o moją osobę.
- Wolę zjeść obiad. A teraz chodź tu do mnie – poprosiłem, kiedy dostrzegłem, że już nastawił wodę na ogniu. - Chcę się zająć twoimi włosami.
- Moimi włosami? - spytał, chyba trochę nie rozumiejąc mojego małego zafascynowania na jego punkcie. I nie musiał. Najważniejsze, bym mógł je poczesać. Tyle mi wystarczy.
- Dokładnie tak. Są wspaniałe – odpowiedziałem, chwytając za grzebień. - Już jakiś czas ich nie obcinasz... chcesz je zapuścić? - zapytałem, zaczynając je powoli rozczesywać, napawając się ich miękkością. Jak on to robi, że nic nie robi, że nic nie robi i jest cudowny? To zasługuje na miano jakiegoś ukrytego talentu.
- Na razie nie wiem. Zawsze dziadek pilnował, by nie były one za długie i pilnował, bym je obcinał systematycznie, a teraz... jeszcze nie zdecydowałem – wyjaśnił, na co powoli pokiwałem głową.
- Ja bym nie narzekał, gdyby były trochę dłuższe. Bardzo by ci pasowały – przedstawiłem mu swoje zdanie, zawiązując jego włosy w małego kucyka. - I gotowe. Dobrze, że chociaż jedno z nas się potrafi prezentować – dodałem rozbawiony, całując go czubek głowy.
<Owieczko? C:>