Od Mikleo CD Soreya

wtorek, 30 września 2025

|
Mimo jego szczerych chęci musiałem cały czas mieć na niego oko. Wiedziałem, że odpowiadam za jego bezpieczeństwo i czułem ciężar tej odpowiedzialności na swoich barkach. Nie potrafił jeszcze dobrze latać, brakowało mu wprawy, pewności siebie i wiary we własne siły. A jednak miałem nadzieję, że moja obecność, mój dotyk dłoni, moja cicha zachęta pozwolą mu wznieść się ponad własne ograniczenia. Wyżej i wyżej, aż do chwili, w której sam nie powie, że potrzebuje odpoczynku.
Lecieliśmy spokojnie nad wierzchołkami drzew. Wokół panował spokój, nikt nas nie ścigał, nikt nie próbował nas skrzywdzić. Nie było żadnych strzałów, żadnych zasadzek ani ukrytych wrogów. Byliśmy bezpieczni, zupełnie, absolutnie bezpieczni, a ten spokój dawał nam siłę, by lecieć dalej.
Zatrzymywaliśmy się jedynie na krótkie przerwy, które, choć trwały nieco dłużej, niż planowałem, wcale nie opóźniały naszej podróży. Wręcz przeciwnie, mimo postojów poruszaliśmy się szybciej, niż byłoby to możliwe pieszo. A każdy kolejny odcinek trasy dodawał nam odwagi.
Kiedy pokonaliśmy już ponad połowę drogi, poczułem dumę, jakiej dawno nie czułem. Mój chłopak radził sobie coraz lepiej, naprawdę ponad moje oczekiwania. Widziałem, że zaczyna wierzyć w siebie, choć jeszcze niedawno tak bardzo wątpił we własne możliwości. Byłem z niego dumny. Dumny, że zaufał mi choć raz, że pozwolił się poprowadzić, że nie odtrącił wyciągniętej dłoni. Dzięki temu mógł wzbić się wyżej, niż sam kiedykolwiek przypuszczał. Latał piękniej i pewniej niż kiedykolwiek przedtem, jakby w końcu odkrył swoje prawdziwe skrzydła.
- Zasłużyłeś na przerwę - Powiedziałem spokojnie, kiedy nasze stopy dotknęły ziemi. - Na dziś wystarczy nam ekscytacji. Jutro, jeśli znowu wzbijemy się w powietrze, najpewniej wieczorem dotrzemy na miejsce. - Wyjaśniłem. 
Najważniejsze byśmy w końcu znaleźli się tam, gdzie czeka na nas jedzenie, ciepło i bezpieczeństwo, dokładnie tak, jak to sobie zaplanowaliśmy.
- Nie… możemy lecieć dalej. Dam sobie radę! - Odparł Sorey z uporem, choć w jego głosie brzmiała nutka zmęczenia. Widziałem, że naprawdę chciał kontynuować lot. Czuł, że im szybciej dotrzemy na miejsce, tym lepiej dla nas obojga. Jednak ja wiedziałem, że jeśli teraz nie zrobi sobie dłuższego odpoczynku, jutro może w ogóle nie być w stanie wznieść się w powietrze. Jego skrzydła drżały przy każdym ruchu, a to znak, że wkrótce mogły odmówić mu posłuszeństwa. A wtedy pozostalibyśmy tu, uwięzieni na ziemi.
- Na dziś wystarczy - Powtórzyłem łagodnie, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Odpocznij. Naprawdę zasłużyłeś na wytchnienie. Latałeś dziś pięknie, pokonaliśmy kawał dobrej drogi. Jeśli jutro znów wyruszymy o świcie, wieczorem będziemy już na miejscu. Dlatego pozwól, że przygotuję ci posiłek, a potem położymy się spać. Jutro będziesz miał w sobie dość siły, by dokończyć podróż. - Uśmiechnąłem się delikatnie do mojego partnera, starając się, by w moim spojrzeniu odnalazł nie tylko troskę, ale i dumę. Chciałem, żeby zrozumiał, że nie zatrzymuję go z powodu słabości, lecz po to, by mógł jutro naprawdę wznieść się wysoko.
- Nie uważasz, że w ten sposób tracimy czas? - Zapytał, obserwując mnie, gdy przejąłem od niego plecak i zacząłem w nim grzebać w poszukiwaniu tego, co było mi potrzebne.
- Nie, nie uważam tak.- Odpowiedziałem stanowczo, ale spokojnym tonem. - Odpoczynek jest bardzo ważny. Poza tym dzisiaj nic nie jadłeś, a najwyższa pora, żeby to nadrobić. Samym powietrzem, niestety, żyć nie będziesz w stanie. - Patrzyłem na niego z lekkim wyrzutem, przypominając sobie, że wczoraj również niczego nie zjadł, bo całą uwagę pochłonęła nam bliskość, której wtedy tak bardzo pragnęliśmy. 

<Pasterzyku? C:> 

Etykiety