To niesamowite… Dopiero co tłumaczyłem mu, jak ma schować skrzydła, jak je ponownie przywołać i w jaki sposób z nich korzystać, a on już pyta, jakby cała wiedza, którą mu przekazałem, wpadła jednym uchem, a wypadła drugim. Ech, cały Sorey… On nigdy nie potrafi skupić się na jednej rzeczy. Jest trochę jak dziecko, potrzebuje ciągłej uwagi, prowadzenia za rękę i przypominania o najprostszych krokach, żeby zrobić postęp.
A jednak, mimo że potrafi wyprowadzić mnie z równowagi, nie mogę się na niego naprawdę gniewać. Przecież sam kiedyś zapragnąłem być jego przyjacielem, a teraz stałem się jego partnerem. Może właśnie w tym tkwi jego urok, w tej nieustannej energii, w braku cierpliwości, w braku wiary w samego siebie i w szczerości, która czasem bywa uciążliwa, a czasem po prostu rozbrajająca.
- Możesz mi powiedzieć co to tak właściwie robisz? - Zapytałem z powątpiewaniem, obserwując jego wszelkie starania, by ukryć skrzydła. Serio zastanawiałem się, czy on mówi do nich poważnie, jakby miały go usłuchać niczym dzieci? Przecież to tak nie działa. Powinien to czuć, wyobrazić sobie i skupić się na tym, a nie prowadzić z nimi rozmowę. Wydawało mi się, że jasno dałem mu do zrozumienia, jak powinien to zrobić… czyż nie?
- Próbuję schować skrzydła tak, jak mi mówiłeś. Skoro mają mnie słuchać, to robię wszystko, żeby… mnie słuchały - Odparł z rozbrajającym uśmiechem, który sprawił, że przez chwilę zabrakło mi słów.
Odruchowo pokręciłem głową, po raz kolejny nie mogąc uwierzyć w to, co widzę. Przecież wystarczyło, by po prostu usiadł i pomyślał o tym, żeby skrzydła zniknęły. Tylko tyle – nic więcej.
- Usiądź i wyobraź sobie, że chcesz, by twoje skrzydła zniknęły - Poprosiłem spokojnie, wskazując dłonią miejsce obok mnie.
Sorey bez słowa spełnił prośbę. Skupił się na chwilę i ku mojej uldze skrzydła wreszcie ustąpiły, chowając się tak, jak powinny.
Jego twarz natychmiast rozjaśnił szczery uśmiech. W podnieceniu przytulił się do mnie mocno, jakby właśnie osiągnął największy sukces swojego życia.
- Dziękuję! Jesteś wspaniały. Gdyby nie ty, nigdy bym sobie z tym nie poradził - Wyszeptał, składając delikatny pocałunek na moim policzku.
- Dobrze, dobrze, już się tak nie podlizuj - Mruknąłem, udając surowość. - Idź po drewno, chcę zacząć robić ci kolację. - Trochę już rozkazałem, widząc że całkiem o tym zapomniał.
- Nie mi, a nam - Poprawił mnie natychmiast, z błyskiem w oku. - Skoro już przyspieszyliśmy podróż, chcę, żebyś zjadł ze mną. - Stwierdził, uśmiechając się do mnie szeroko.
- A jeśli zjem dziś z tobą, naprawdę cię to uszczęśliwi? - Uniosłem brew, przyglądając mu się z lekkim rozbawieniem.
- Tak. Samemu mi się nie chce - Odparł szczerze, kiwając głową.
Westchnąłem cicho. No dobrze… skoro miało to dla niego takie znaczenie, mogłem zrobić mu tę przyjemność. Lepiej, niż gdyby miał potem chodzić głodny albo marudzić, że nie ma apetytu.
- W porządku, zjem z tobą. Ale najpierw przynieś drewno na opał - Powtórzyłem stanowczo, czekając, aż w końcu wykona polecone mu zadanie.
<Pasterzyku? C:>