Nie byłem do końca przekonany, czy powinniśmy to tak po prostu zignorować. W mojej głowie kłębiły się wątpliwości, a poczucie niepewności coraz mocniej ściskało mnie od środka. Mój partner wydawał się pewny siebie, ale miałem świadomość, że sam może nie być w stanie poradzić sobie z ludźmi o takiej determinacji i bezwzględności. A jednak… przypomniałem sobie tamten moment, jego spojrzenie, zimne i precyzyjne jak ostrze, sposób, w jaki jednym ruchem, jednym słowem potrafił doprowadzić człowieka do granicy, aż ten sam odebrał sobie życie. Nie, on nie był słaby. Może wręcz przeciwnie, znacznie silniejszy, niż byłem ja.
- Jeśli to sprawi ci przyjemność, na razie zostawimy ten temat na boku - Stwierdziłem, choć mój głos brzmiał obco nawet dla mnie. Brzmiał jak głos człowieka, który stara się uwierzyć w coś, w co tak naprawdę nie wierzy.
Cisza, która zapadła po moich słowach, była cięższa niż jakiekolwiek oskarżenie. W powietrzu wisiało coś dusznego, jakby ściany pokoju same wiedziały, że to, co odkładamy na bok, powróci z jeszcze większą siłą. Nie mogłem się pozbyć uczucia, że ta sprawa, niezależnie od naszych prób ucieczki, w końcu nas dogoni. A wtedy… nie będziemy już mieli wyboru.
To nie było zwykłe przeczucie. To było jak szept w mojej głowie, jak cień, który poruszał się na granicy pola widzenia, nieuchwytny, ale nieodparcie obecny. Wiedziałem, że wróci. Wiedziałem, że przyjdzie dzień, w którym przyjdzie nam zmierzyć się nie tylko z nimi, lecz także z samymi sobą.
Mój partner westchnął cicho, a w tym westchnieniu było coś więcej niż tylko zmęczenie. Chyba wyczuł, że mimo wszystko wciąż o tym myślę, że moje troski i lęki nie pozwalają mi skupić się na niczym innym.
- Mówisz o tym, żebyśmy zapomnieli, ale sam dalej o tym myślisz… - Rzucił półgłosem. Miał rację. Nie potrafił czytać w myślach, a jednak wyczuwał wszystko z niezwykłą precyzją. Czuł moje napięcie, moje poczucie bezradności. Nie potrafiłem przestać o tym myśleć, bo bałem się o niego. Bałem się, czy przeżyje, czy ktoś przypadkiem go nie skrzywdzi.
- Wybacz… - Zacząłem, a słowa grzęzły mi w gardle. - Ja po prostu nie chcę, aby coś ci się stało. Tak bardzo cię kocham. Chcę cię chronić przed całym złem tego świata. - Wypowiedziałem te słowa wreszcie, jakby zrzucając ciężar z ramion.
Przez chwilę trwała między nami cisza, gęsta, pełna emocji, jakby świat na zewnątrz przestał istnieć. On patrzył na mnie tym swoim spokojnym, przenikliwym wzrokiem, a ja miałem wrażenie, że dostrzega wszystko, czego nawet nie wypowiadam. Moje lęki, przywiązanie, rozpaczliwe pragnienie, by go ocalić.
- Może zamiast martwić się o to, skup się na tym, co robimy teraz - Powiedział, a w jego głosie zabrzmiała delikatna irytacja i coś w rodzaju rozbawienia. - Musisz się umyć. I musisz umyć mnie. Ile jeszcze mam czekać? Woda zaraz stanie się zimna, a ty… nawet nie zacząłeś. - Jego spojrzenie błądziło między moją twarzą a kranem, jakby proste, codzienne czynności miały moc przegonić wszystkie strachy.
Poczułem, że na chwilę udaje mu się oderwać mój wzrok od tamtej sprawy.
- Och, wybacz - Odpowiedziałem, i w moim głosie zabrzmiało autentyczne zażenowanie. - Bardzo przepraszam. Już to nadrabiam. - Zaśmiałem się zabierając za mycie jego ciała.
<Paniczu? C:>