Nie chciałem się zatrzymywać. Widziałem, że Mikleo nie był zmęczony, dlatego więc też i ja nie mogę być. Jak się przemogę, na pewno dam radę. W końcu z jesteśmy tak blisko... Czemu musimy teraz odpoczywać? Jeszcze godzinka, albo dwie i byśmy byli jeszcze bliżej. Ale Miki wydawał się nieugięty, nie odpuści mi, a ja nie mam nawet co próbować się targować.
– Nie jestem aż taki głodny – mruknąłem cicho, tak właściwie zgodnie z prawdą.
Byłem pochłonięty wszystkim innym, wszystko inne było znacznie bardziej ważne niż jakieś tam jedzenie. Zresztą, Miki nie je, i ja też jakoś dużo nie potrzebuję, a przynajmniej tak starałem sobie wmówić. Samemu tak dziwnie było mi jeść, zwłaszcza, że jeszcze on gotował. Gotuje i nie może jeść... przecież to strasznie smutne, że tak się stara, i potem się co najwyżej może na to popatrzeć. Teraz jednak mu nie odpuszczę. Jedzenia mamy sporo, a skoro jutro już będziemy na miejscu, to raczej nie musimy oszczędzać. W teorii. Gorzej, jak tak jutro dotrzemy, przeze mnie nas nie przyjmą, i zostaniemy bez jedzenia. Znaczy się, nie że nas, tylko mnie, mnie nie przyjmą, zostanę bez jedzenia i, co najgorsze, sam. Ale przynajmniej Miki będzie miał szansę poznać i odnaleźć siebie.
– Mhm, a później mi zasłabniesz. Zaraz ci zrobię coś porządnego... przyniesiesz suchego drewna? – poprosił, na co kiwnąłem głową.
– Pewnie, tylko... Jak je schować? – zapytałem z głupim uśmiechem, kiwając głową w stronę moich obolałych skrzydeł. Nie sądziłem, że kiedykolwiek poczuję ból mięśni skrzydeł... ale tak, teraz je właśnie czułem. I plecy, plecy też mnie bolały, ale to zrozumiałe, trochę i przez trochę w końcu ponieść musiały.
– Jeszcze się do nich nie przyzwyczaiłeś? – spytał z niedowierzaniem. No tak, wczoraj całkiem szybko je schowałem, ale wczoraj to było co innego. Prawie ich nie czułem, byłem tylko świadom ich obecności. A teraz? Czułem je aż za dobrze. Nie wiem, co gorsze, praktycznie w ogóle ich nie czuć, czy może czuć każdy mięsień w nich.
– To nie takie proste... – burknąłem cicho, pusząc policzki.
– Cały czas jest ta sama zasada. Traktuj je... jak trzecią rękę. Chcesz je podnieść, podnoś, chcesz je schować, ukryj. Inaczej ci tego nie wytłumaczę – powtórzył niby cierpliwie, ale i tak wyczułem, że może trochę ma dosyć wałkowania cały czas tylko i jednego tematu. A ja czułem się przy nim jak głupek. Mówi mi coś tak naturalnego, prostego, a ja? Mam problem z czymś tak trywialnym. Może się po prostu nie nadaję. Dolecimy tam, i po prostu o nich zapomnę. Więcej mi się one nie przydadzą, swoją rolę spełniły, i... i to najważniejsze.
– No dobra... znikajcje – powiedziałem do mojej lewej skrzydeł, już nie chcąc być tym idiotą i utrapieniem dla niego. Dlatego miałem nadzieję, że to zadziała, im szybciej, tym lepiej.
– Nie jestem aż taki głodny – mruknąłem cicho, tak właściwie zgodnie z prawdą.
Byłem pochłonięty wszystkim innym, wszystko inne było znacznie bardziej ważne niż jakieś tam jedzenie. Zresztą, Miki nie je, i ja też jakoś dużo nie potrzebuję, a przynajmniej tak starałem sobie wmówić. Samemu tak dziwnie było mi jeść, zwłaszcza, że jeszcze on gotował. Gotuje i nie może jeść... przecież to strasznie smutne, że tak się stara, i potem się co najwyżej może na to popatrzeć. Teraz jednak mu nie odpuszczę. Jedzenia mamy sporo, a skoro jutro już będziemy na miejscu, to raczej nie musimy oszczędzać. W teorii. Gorzej, jak tak jutro dotrzemy, przeze mnie nas nie przyjmą, i zostaniemy bez jedzenia. Znaczy się, nie że nas, tylko mnie, mnie nie przyjmą, zostanę bez jedzenia i, co najgorsze, sam. Ale przynajmniej Miki będzie miał szansę poznać i odnaleźć siebie.
– Mhm, a później mi zasłabniesz. Zaraz ci zrobię coś porządnego... przyniesiesz suchego drewna? – poprosił, na co kiwnąłem głową.
– Pewnie, tylko... Jak je schować? – zapytałem z głupim uśmiechem, kiwając głową w stronę moich obolałych skrzydeł. Nie sądziłem, że kiedykolwiek poczuję ból mięśni skrzydeł... ale tak, teraz je właśnie czułem. I plecy, plecy też mnie bolały, ale to zrozumiałe, trochę i przez trochę w końcu ponieść musiały.
– Jeszcze się do nich nie przyzwyczaiłeś? – spytał z niedowierzaniem. No tak, wczoraj całkiem szybko je schowałem, ale wczoraj to było co innego. Prawie ich nie czułem, byłem tylko świadom ich obecności. A teraz? Czułem je aż za dobrze. Nie wiem, co gorsze, praktycznie w ogóle ich nie czuć, czy może czuć każdy mięsień w nich.
– To nie takie proste... – burknąłem cicho, pusząc policzki.
– Cały czas jest ta sama zasada. Traktuj je... jak trzecią rękę. Chcesz je podnieść, podnoś, chcesz je schować, ukryj. Inaczej ci tego nie wytłumaczę – powtórzył niby cierpliwie, ale i tak wyczułem, że może trochę ma dosyć wałkowania cały czas tylko i jednego tematu. A ja czułem się przy nim jak głupek. Mówi mi coś tak naturalnego, prostego, a ja? Mam problem z czymś tak trywialnym. Może się po prostu nie nadaję. Dolecimy tam, i po prostu o nich zapomnę. Więcej mi się one nie przydadzą, swoją rolę spełniły, i... i to najważniejsze.
– No dobra... znikajcje – powiedziałem do mojej lewej skrzydeł, już nie chcąc być tym idiotą i utrapieniem dla niego. Dlatego miałem nadzieję, że to zadziała, im szybciej, tym lepiej.
<Owieczko? c:>