Sorey zdecydowanie powinien bardziej skupić się na swoim ciele, na tym, co czuje, jak reaguje, jak sam je traktuje. Ciało nie jest wrogiem, nie robi na złość. To tylko drobne zaniedbania, które da się naprawić, jeśli włoży się w to cierpliwość i wysiłek. Jego tłumaczenie, że włosy, tak samo jak skrzydła, są nieposłuszne, wcale mnie nie przekonywało. Gdyby od zawsze dbał o nie, czesał je i układał w jedną stronę, byłyby teraz bardziej posłuszne, bardziej skłonne do współpracy. Zaniedbania zawsze wracają, a ich naprawa wymaga znacznie więcej czasu i determinacji, niż się początkowo wydaje.
W milczeniu przesunąłem dłonie wzdłuż jego kręgosłupa, by pomóc mu przywołać skrzydła, po raz ostatni. Wiedziałem, że nie mogę robić tego za niego wiecznie. Musiał w końcu nauczyć się samodzielności, bo tylko wtedy osiągnie prawdziwą kontrolę.
- Musisz bardziej skupić się na tym, co robisz - Powiedziałem stanowczo, odsuwając się nieco, by nie ryzykować uderzenia, kiedy rozłoży skrzydła. - Jesteś zbyt roztrzepany, skupiasz się na wszystkim, tylko nie na tym, co naprawdę ważne. Popracuj nad sobą, bo ja więcej nie pomogę ci z twoimi skrzydłami. - Ostrzegłem go, mówiąc tym razem bardzo poważnie. Nie mogę pomagać mu zawsze, a to dlatego, że nie zawsze przy nim będę.
- Ale, Miki… ja próbuję - Odpowiedział, niemal błagalnie. - Naprawdę się staram, tylko nie potrafię. Nie wiem, jak to robisz, że tobie przychodzi to z taką łatwością… - Oczywiście, tłumaczył się. To zawsze najprostsza droga, usprawiedliwić własne porażki zamiast skonfrontować się z wysiłkiem, który trzeba podjąć.
- Wiesz, co robię? - Zapytałem, patrząc mu prosto w oczy. - Rozumiem swoje ciało. Rozmawiam z nim i słucham, czego ode mnie oczekuje. To naprawdę pomaga, by nie mieć problemów z przywołaniem skrzydeł, z kontrolowaniem mocy i wszystkiego, co potrafi być zdradliwe. - Zamilkłem, obserwując go z uwagą. Widząc, jak powoli, krok po kroku, zaczynał wsłuchiwać się w siebie. Jak próbował podążać drogą, którą mu wskazałem. Widziałem w nim pierwsze, niepewne próby, jednak były to próby prawdziwe, szczere. Pierwsze kroki w kierunku nauki latania.
- Miki, nie możesz być dla mnie taki okrutny. Przecież wiesz, że potrzebuję cię - Powiedział z uśmiechem. - Ja bez ciebie sobie po prostu nie poradzę. - Kochałem w nim wszystko, nawet jego głupotę, nawet te momenty, kiedy nie rozumiałem niektórych jego zachowań. Czasem miałem wrażenie, że celowo ubiera się w litość, jakby liczył, że tego nie dostrzegam. Może czasem naprawdę tego nie widzę, może on to wykorzystuje. Czy mi z tym źle? Nie. Mimo to wiedziałem, że teraz nie mogę mu pomóc. Musiał nauczyć się samodzielności, by w przyszłości potrafić przywołać skrzydła bez mojej pomocy.
- Oczywiście - Odpowiedziałem powoli, dobierając słowa. - Tylko że ja nie będę przy tobie zawsze. Może nadejść moment, gdy będziemy musieli się rozdzielić. Wtedy twoje skrzydła mogą okazać się niezbędne, a ja nie będę mógł ci pomóc ich przywołać. - Patrzyłem na niego, mając nadzieję, że te słowa go poruszą. Chciałem, żeby poczuł wagę swojej odpowiedzialności, nie dlatego, że chciałem go przestraszyć, lecz dlatego, że zależało mi na jego sile. Mam nadzieję, że to ostrzeżenie chwyciło w nim coś, co zmusi go do działania.
<Pasterzyku? C:>