Od Mikleo CD Soreya

niedziela, 28 września 2025

|
Widziałem, jak bardzo się stara. Jak bardzo pragnie, by jego skrzydła go posłuchały, by wreszcie poczuł, że naprawdę może je kontrolować. Czułem też, jak wielki ciężar wziął na swoje barki, nie chciał mnie zawieść, nie teraz. I nie zawodził. Widziałem to wyraźnie. Musiał tylko bardziej uwierzyć w siebie. Gdyby to zrobił, wiedziałem, że z pewnością mu się uda.
Sorey, cały czas skupiony na skrzydłach, nagle chwycił moją dłoń. Nie odrywał jednak spojrzenia od drżących, nerwowo poruszających się piór, jakby bał się, że chwila nieuwagi wszystko zniszczy. W jego dłoni czułem napięcie, niepokój, ale też desperację.
Nie mogłem na to patrzeć. Uniosłem wolną rękę i delikatnie chwyciłem jego twarz, zmuszając go, by choć na moment oderwał się od tej nieustannej kontroli. Nachyliłem się i musnąłem jego usta własnymi. Początkowo niepewnie, a potem coraz pewniej, aż namiętny pocałunek porwał nas oboje, odrywając go od ciężaru, który sam sobie narzucił.
Gdy odsunął się lekko, spojrzał mi w oczy. W jego spojrzeniu wciąż była niepewność, ale też coś więcej, odwaga, która dopiero się w nim rodziła. Skrzydła poruszały się teraz inaczej, spokojniej, choć wciąż z wysiłkiem.
- Nie musisz cały czas skupiać się na skrzydłach - Wyszeptałem, wciąż trzymając dłoń na jego policzku. - Musisz im zaufać. One cię nie zdradzą. - Jego głos zadrżał, gdy odpowiedział:
- Mogę? Boję się, że jeśli odpuszczę, zawiodę cię… Że znów pociągnę cię za sobą w dół. - Powiedział to szczerze, bez maski, a mimo lęku jego skrzydła nie przestały pracować. To była walka, którą toczył sam ze sobą, ale teraz byłem przy nim i wiedziałem, że razem znajdziemy sposób, by wzleciał.
Na moich ustach pojawił się ciepły, delikatny uśmiech, gdy dotarło do mnie, jak ogromnie mu zależy. Chciał udowodnić, że potrafi, że mnie nie zawiedzie, że wszystko zrobi najlepiej jak potrafi. Widziałem w jego oczach tę determinację i doceniałem ją z całego serca. Wiedziałem przecież, że jeśli tylko skupi się na sobie i uwierzy we własne siły, stanie się najlepszą wersją siebie. Wtedy naprawdę nic nie będzie dla niego niemożliwe.
- Skarbie… - Wyszeptałem, muskając jego policzek dłonią. - To nie mnie możesz zawieść. Pamiętaj, że robisz to przede wszystkim dla siebie. To dla siebie musisz stać się silny. To dla siebie musisz wzlecieć. Nigdy nie rób niczego wyłącznie dla kogoś innego, bo tylko wtedy, gdy robisz to z własnej woli, będziesz mógł naprawdę wznieść się ponad szczyty. - Moje słowa otuliły go jak skrzydła. Chciałem, by poczuł, że nie ciąży na nim żaden obowiązek wobec mnie, że jedyne, co powinien w sobie pielęgnować, to jego własne pragnienie wolności.
Rozwinąłem swoje skrzydła i poruszyłem nimi mocniej, unosząc się coraz wyżej. Zrobiłem to świadomie, pociągnąłem go za sobą, nie pozwalając mu się bać. Chciałem, by wiedział, że nie jest sam, że nawet jeśli jego ruchy jeszcze drżą niepewnie, ja będę tuż obok, gotów wznieść go ze sobą w niebo.
- Spójrz jak dobrze ci idzie. Tylko się nie poddawaj i skup się na tym co robisz - Dodałem, uważnie obserwując ruchy jego pięknych skrzydeł. 

<Pasterzyku? C:> 

Etykiety