Od Soreya CD Mikleo

piątek, 30 stycznia 2026

|
 Ja bym w życiu nie potrafił być taki, jak on. Są dla mnie rzeczy, które są niewybaczalne. Może od razu porzucenie dziecka nie jest aż tak straszne, zależy od powodu, ale jak na razie w ogóle nie widzę żadnej dobroci w nim. Widzę tylko wrogość. Obrzydzenie. Co prawda, jak byłem mały, to jeszcze nie mogli tego wiedzieć, ale i tak coś we mnie sprawiło, że nie wychowałem się tutaj. Może też dziadek Mikiego by coś wiedział... ale nie wiem, czy chciałbym z nim rozmawiać. Zawsze był nieprzyjemny wobec mnie. I Mikleo. I chyba w sumie każdego, ale wobec Mikleo i mnie to wyjątkowo chłodny był. Oby ta pani bibliotekarka coś wiedziała. Bo jeżeli nie ona... to co ja zrobię? Nie zostanie mu już nic. 
– Jesteś niesamowity – odpowiedziałem, tuląc go mocno do siebie. – A ja chyba muszę wstać do pracy – dodałem, czując się, jakbym połknął głaz. Taki lodowaty. Albo ogromną bryłę lodu. Coś czuję, że jedyne, po co tam pójdę, to po pieniądze, jakie zarobiłem przez te kilka dni. Będzie tego dużo, ale może tak starczy na te kilka dni? Oby tak. Muszę mniej jeść, i mniej kupować, to jakoś to może będzie. 
– Może ja bym coś znalazł? Wiem, że umowa była inna, ale sytuacja troszkę się zmieniła – zaproponował, gładząc mój policzek. 
– Coś czuję, że będziesz musiał. Bo wrócę zaraz, z kilkoma monetami zaledwie i bez zatrudnienia – powiedziałem, powoli podnosząc się do siadu. Oby tylko oszczędził mi zbędnych słów. Wystarczy, że mi powie, że już mogę nie przychodzić. 
– Damy sobie radę. Zawsze – obiecał, składając na moim policzku delikatny pocałunek. – Przygotować ci coś do jedzenia? – zaproponował, na co pokręciłem głową. 
– Nie, dziękuję. Mam tak ściśnięty żołądek, że nic nie przełknę. Nawet kawy – odparłem, wstając z łóżka. – Śpij. Nie przejmuj się mną. 
– Żeby to było takie proste – cicho westchnął, odprowadzając mnie spojrzeniem do łazienki. 
Szybko się ogarnąłem. Nie miałem w końcu za dużo do roboty. A jeszcze szybciej wróciłem z roboty. Tak jak podejrzewałem, kiedy błogosławieństwo ojca się skończyło, skończyła się i praca, chociaż kowal zgonił to na niezadowalające wyniki, i wręczył mi małą sakiewkę z kilkoma monetami. Mimo, że tego się właśnie spodziewałem poczułem, jakby mi ktoś tak w twarz przyłożył. Trochę zdołowany, zawstydzony, wróciłem do domku. Ci, którzy wstali taką wczesną porą, czy to na zakupy, od pracy, na pole, wpatrywali się we mnie intensywnie, szeptając między sobą i wskazując na mnie palcami. Z jednej strony czułem wstyd, i chciałem zapaść się pod ziemię. A z drugiej byłem na nich wściekły. Aż tak głupi to ja nie jestem, by nie dostrzegać tych wszystkich paluchów i nie słyszeć szeptów. Traktowali mnie jak trędowatego... za co? Za to, że kocham? Przepraszam, że jestem człowiekiem, i mam uczucia. 
Wszedłem do domku bez słowa. Rzuciłem lichą sakiewkę na stół, a następnie usiadłem na krześle, podciągając kolana pod brodę i ukryłem się pod skrzydłami. Zarobiłem mniej pieniędzy niż podejrzewałem... i co ja teraz zrobię? Za co będziemy żyć? Za co ja będę żyć. Niby widziałem, ale jednak... trochę się łudziłem, że może jakoś to będzie. Coraz więcej jednak kłód było pod moimi nogami, i sukcesywnie się o nie potykałem... 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Czułem, że nastrój Haru znacznie się zmienił. Nie trzeba było mieć moich umiejętności, by wiedzieć, że nie chciał tam wyjść. Nie mogłem go za to winić. Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego ci wszyscy ludzie tak go nienawidzili, odsunęli od swojej społeczności. Myśleli, że on tego chciał? Że specjalnie zabił swoich najbliższych? Jeżeli tak... to ja po prostu nie chcę widzieć, co mają w głowach. Społeczność tutaj jest jeszcze gorsza niż w moim otoczeniu... A już na pewno tak samo zła. Wyciągnąłem rękę i uścisnąłem jego dłoń, posyłając mu delikatny uśmiech, kiedy podniósł na mnie swój wzrok. Niezależnie od tego, co myślą o nim inni, ja będę przy nim. Dla mnie jest najwspanialszym chlopakiem, jaki to chodził po ziemi, i zdania nigdy nie zmienię. Czemu ludzie nie mogą dostrzec tego, co ja? Wystarczy tylko trochę wsparcia, wiary w niego, i jest zupełnie innym człowiekiem. 
– Kocham cię – wyszeptałem, uśmiechając się lekko. Te dwa słowa zdecydowanie poprawiły mu humorze a to mi wystarczyło. 
– Ja ciebie też – odparł, ściskając w odpowiedzi moją dłoń. – Te kanapki wyszły wam przewyborne – dodał, pochłaniając kolejną kanapkę z wędliną. Ich zrobiliśmy najwięcej, głównie ze względu na ich wilkołacze geny. A te bezmięsne były raczej dla mnie, i były one raczej pojedyncze. Swoją drogą, strasznie dużo jadł. Ale to dobrze. Niech je, nabiera sił. I tak sobie teraz myślę... może to ja powinienem zapłacić za te zakupy? I dobrać im coś jeszcze? Przecież mnóstwo pieniędzy musiała pani wydać na to, że ja przyjeżdżam. Tak, powinienem im się jakoś odwdzięczyć. A dla mnie przecież zapłata za zakupy to nic takiego. 
– Ja tam niewiele zrobiłem. To głównie twoja babcia dyrygowała, ja tylko krzywo kroiłem rzeczy do kanapek – dodałem, uśmiechając dopijając swoją kawę. Poza tym, że mnie trochę rozgrzała od środka, niewiele zrobiła. Naprawdę dzisiaj wcześnie odpłynę. 
– To i tak dużo, i jestem bardzo wdzięczny za to śniadanie – przyznał, wracając do pochłaniania kolejnych kanapek już w znacznie lepszym humorze. 
Czekaliśmy cierpliwie, aż jego babcia wróci do nas z listą oraz pieniędzmi, które były całkowicie niepotrzebne, ale jeszcze o tym nic nie mówiłem. Zerknąłem z zaciekawieniem na kartkę, dopisując sobie własne produkty. Na pewno trochę warzyw, trochę owoców, może słodkości? Haru wspominał, że jego babcia lubi słodkie, ale nie widzę tutaj za wiele słodyczy, więc na pewno miło będzie jej podarować kolejne słodkości. No i wędliny, jakieś lepsze wędliny też byłyby dobrym wyborem. Ciężko tu jednak będzie dobrać coś, co się nie zepsuje. Tak bez lodówki, i zamrażarki ciężko cokolwiek dobrać. Wszystko musi być świeże... Jak na rasę głównie mięsożerną to problematyczne, codziennie tak musieć chodzić i kupować świeże mięso. 
– Szybko się z tym uwiniemy – obiecał Haru, wstając od stołu i składając na jej policzku pocałunek. – Idziemy? – rzucił w moim kierunku. 
– Idziemy, idziemy. Tylko włosy byś troszkę poprawił, co? – mruknąłem, stając na palcach, by wygładzić jego najbardziej odstające kosmyki. 
– A co to za różnica? I tak nastawienie tych ludzi się do mnie nie zmieni – mruknął niezadowolony. 
– Ale ja będę na ciebie patrzeć, a jak masz ładnie ułożone włosy, to od razu jakoś tak przyjemniej mi jest – odparłem, uśmiechając się ładnie. Przeczesałby czasem włosy, i zupełnie inaczej wyglądał. – Moj przystojniak – dodałem, i ucałowałem go w linię żuchwy. 

<Wilczku? c:>

Od Mikleo CD Soreya

czwartek, 29 stycznia 2026

|
 Oczywiście, że miałem rację. Czułem, że dzięki mojemu wsparciu podniesie się, że poradzi sobie z tym drobnym problemem, który akurat teraz go dopadł. Wiedziałem, że właśnie tego najbardziej potrzebuje, obecności, poczucia, że ktoś jest przy nim bez względu na wszystko.
A ja byłem. I będę tak długo, jak tylko mi na to pozwoli.
Pomogę mu dowiedzieć się, kim są jego rodzice, a raczej, kim jest jego mama i dlaczego go zostawiła. O ojcu zdążyliśmy już dowiedzieć się wystarczająco dużo. I szczerze? Tak okropnego ojca, jakiego ma on, nie życzę nikomu. Nigdy nie chciałbym mieć rodzica, który potrafi zachowywać się w tak podły, bezduszny sposób.
Położyliśmy się razem do łóżka, szczelnie okrywając się kołdrą i ogrzewając nawzajem swoje ciała. Leżeliśmy w ciszy, wtuleni w siebie, i właśnie to było nam w tej chwili najbardziej potrzebne. Nasza bliskość, nasze towarzystwo, nawet milczenie.
To nie była zła cisza. Wręcz przeciwnie. Była spokojna, kojąca, dawała poczucie bezpieczeństwa. Tego wewnętrznego spokoju, którego obaj tak bardzo teraz potrzebowaliśmy.
Sorey wtulony w moje ciało wyglądał na śpiącego. Na bardzo zmęczonego. Czułem, jak powoli zasypia w moich ramionach, oddychając coraz ciszej i równiej. A ja… ja również czułem ten komfort psychiczny, który przychodzi tylko wtedy, gdy obok jest ktoś naprawdę bliski.
Zamknąłem oczy i zasnąłem, mając przy sobie osobę, którą kochałem.

Wtulony w jego ciało obudziłem się dopiero wtedy, gdy mój partner poruszył się na łóżku. Przeciągnął się leniwie, rozprostowując zmęczone mięśnie, a potem objął mnie mocniej ramionami, jakby chciał upewnić się, że wciąż tu jestem.
- Lepiej się czujesz? - Zapytałem cicho, gdy tylko zauważyłem, że już nie śpi. Patrzył na mnie uważnie swoimi wielkimi, zielonymi oczami, w których wciąż czaiło się zmęczenie.
- Trochę tak… - Odpowiedział po chwili. - Chociaż czy mogę czuć się lepiej, wiedząc, że mój ojciec mnie nienawidzi? - Wciąż zbyt mocno to przeżywał. Oczywiście, chciał mieć rodzinę. Chciał mieć tatę i mamę, jak każde dziecko, które nigdy ich tak naprawdę nie miało. Ale nic nie zmieni faktu, że jego ojciec jest homofobem i nie potrafi zaakceptować tego, że jesteśmy razem. Że jesteśmy szczęśliwi.
- On cię nie nienawidzi - Powiedziałem spokojnie, uśmiechając się do niego delikatnie. - On po prostu nie rozumie tego, że kochasz mężczyznę. Chciałby, żebyś był taki jak on. „Normalny” w jego oczach. Żebyś kochał kobietę, tak jak on. - Sorey słuchał uważnie, nie przerywając. - Ale to nie znaczy, że uważa cię za złego człowieka - Dodałem ciszej. - Dla niego jesteś raczej zagubiony. I on desperacko chce zrobić wszystko, żebyś znów był „normalny” w jego rozumieniu. - Zawsze potrafiłem tłumaczyć rzeczy, które dla innych były zbyt skomplikowane. Zwłaszcza wtedy, gdy chodziło o emocje.
- Jak ty to robisz? - Zapytał, kładąc dłoń na moim policzku.
- Co takiego robię? - Dopytałem, unosząc jedną brew, nie do końca rozumiejąc, o co mu chodzi. Przecież tylko powiedziałem to, co myślę. Niczego nadzwyczajnego. Nie użyłem żadnej mocy, nie uchroniłem go przed okrutnymi myślami, które męczą jego głowę. Po prostu rozmawiamy… To normalne. Może nawet trochę mu pomaga.
- Potrafisz wyciągnąć choć odrobinę dobra nawet z najgorszych sytuacji - Stwierdził cicho, jego spojrzenie pełne było szczerego zdziwienia i podziwu.
- Ja po prostu widzę dobro w każdym, nawet jeśli ktoś na nie nie zasługuje - Odpowiedziałem, uśmiechając się delikatnie do niego.
Sorey odwzajemnił mój uśmiech, a w jego oczach pojawiła się ta spokojna, ciepła pewność, która zawsze sprawiała, że moje serce biło szybciej.

<Pasterzyku? C:>

Od Haru CD Daisuke

|
 Niespecjalnie chciałem wychodzić na miasto. Szczerze mówiąc, nigdy tego nie lubiłem. W tych ulicach, między spojrzeniami obcych ludzi, zawsze czułem się jak ktoś napiętnowany. Tutaj mnie nienawidzą. Nie za to, kim jestem teraz, lecz za to, co zrobiłem kilkanaście lat temu.
Nikt mi tego nie wybaczył. W przypływie gniewu, w chwili całkowitej utraty kontroli nad własnym ciałem, nad umysłem, nad samym sobą, zabiłem moich rodziców, których tak bardzo kochałem. Zabiłem także mojego brata. Od tamtej pory każde spojrzenie, każdy szept, każda cisza przypominały mi o tym jednym momencie, który zniszczył wszystko. Ludzie nigdy nie próbowali zrozumieć. Nikt nie zapytał, co się wtedy wydarzyło. Dlaczego nie zapanowałem nad sobą. Co działo się w mojej głowie. Zamiast tego wszyscy wiedzieli lepiej. Oceniali. Wydawali wyroki szybciej, niż byli w stanie wysłuchać. I chyba właśnie dlatego tak bardzo boję się wychodzenia na zewnątrz, bo świat na zewnątrz już dawno mnie skazał.
Jedyną osobą, która nie nosi w sobie żalu, jest moja babcia. Paradoksalnie to ona straciła najwięcej, a mimo to daje mi ciepło, miłość i energię do przetrwania kolejnego dnia. Nawet wtedy, gdy ja sam katuję się myślami o przeszłości, ona potrafi spojrzeć na mnie z łagodnością, której nie potrafię znaleźć w sobie. Jej zrozumienie boli bardziej niż cudza nienawiść, bo wiem, jak wiele jej odebrałem.
 Nie wiem, czy towarzystwo mojego partnera coś zmieni. Daisuke potrafi spojrzeniem powiedzieć więcej niż inni słowami. Jego oczy umieją skrytykować, obnażyć, zmusić do konfrontacji, bez jednego dźwięku. A jednak to właśnie on stoi obok mnie.
To dziwne i niemal niewiarygodne, że ktoś taki jak on może mnie kochać. Może kocha mnie nie mimo mojej przeszłości, lecz razem z nią, wiedząc, że będzie ona zawsze częścią mojej codzienności. Moją najciemniejszą, a jednocześnie najbardziej nieodłączną przyszłością.
Kiwnąłem jedynie głową. Pomyślałem swoje, ale nic już nie powiedziałem. Spokojnie, bez zbędnego gadania, zabrałem się za jedzenie swojego posiłku. Muszę przyznać, że tego dnia byłem wyjątkowo głodny. Chyba po prostu potrzebowałem zjeść więcej, zapełnić ten uporczywy głód, który męczył mój biedny żołądek. Co jak co, ale czasem faktycznie jem zbyt mało. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, a mimo to zwykle ją omijam. Staram się o tym nie myśleć i jem tylko tyle, ile mogę.
Cóż… tak to już bywa, gdy nie jest się zbyt bogatym i trzeba liczyć każdą złotówkę, by móc zjeść cokolwiek. Nawet wtedy, gdy głód daje o sobie znać mocniej, niż chciałoby się przyznać.
 Najedzony i usatysfakcjonowany posiłkiem mimo, że były to jedynie zwyczajne kanapki, poczułem ulgę. Wypełniły mój żołądek dokładnie wtedy, gdy naprawdę tego potrzebowałem.
- Zrobię zaraz wam listę, poczekajcie chwilę - Odezwała się babcia, wstając od stołu. Na chwilę zniknęła w kuchni, zapewne po to, by spokojnie sporządzić swoją listę zakupów. Wypisze po kolei wszystko, co mamy kupić, a właściwie to, co ja kupię. Bo przecież mój panicz nie będzie nic kupował, on ma tylko być moim towarzyszem, nic poza tym.
A ja zrobię to jak najszybciej, jak tylko się da. Im szybciej, tym lepiej. Choćby po to, by uniknąć ludzi, którzy i tak powiedzą albo zrobią coś, co zaboli mnie gdzieś głęboko w środku.

<Paniczu? C:> 

Od Soreya CD Mikleo

|
 Jaki on był kochany... Robił wszystko, by mnie pocieszyć, chociaż ja już powoli zacząłem tracić nadzieję, że cokolwiek uda się nam ustalić. Znaczy, mnie. To wszystko jest bardziej skomplikowane, niż początkowo się wydawało. Miałem chęci, owszem, ale im dłużej się nad tym zastanawiałem, myślałem, tym więcej widziałem problemów. Z ojcem, znaczy się Ezekielem, nie mam co rozmawiać. Nie, póki myśli, że miłość do osoby tej samej płci to coś złego. Może być kim sobie tam chce, nie obchodzi mnie to, jak chce, może się mnie nawet wyrzec. Nie będzie mi tego szkoda. Od zawsze to Mikleo był moją rodziną, ale i tak... chcę wiedzieć, dlaczego. Co wtedy we mnie ujrzeli, że postanowili mnie oddać starszemu Serafinowi. I czemu tenże Serafin przekazywał mnie dalej. 
– Może być coś słodkiego. Chociaż, z chęcią bym się napił czegoś procentowego – powiedziałem, nie odsuwając się od niego chociaż na milimetr. Był wszystkim, co miałem. Jak go stracę, nie będę miał nic. 
– Słodkiego mamy, ale niestety, nic procentowego – pokręcił przecząco głową, nieco rozbawiony. – I nie wiem, czy ktokolwiek by ci sprzedał alkohol. 
– Teraz to wątpię, by ktokolwiek mi cokolwiek sprzedał. Pewnie o pracy też już mogę zapomnieć – cicho westchnąłem, trochę zestresowany. Pracowałem raptem kilka dni, wypłata będzie niewielka, o ile w ogóle ją dostanę, a już niedługo trzeba będzie zrobić zakupy. Może... powinienem zacząć mniej jeść? Ale to też nie ma sensu, te produkty prędzej czy później się zepsują. 
– Przecież nie skażą nas tutaj na śmierć głodową, tak? – uśmiechnął się delikatnie, zalewając gorącą wodą czekoladę. Ale nie taką, którą to ja robiłem, tylko trochę jej ułatwioną wersję. No ale, też była dobra. Wszystko, co było czekoladowe, było dobre. – Ułoży się. Pokażemy im, że nie jesteśmy tak źli, jak nas przedstawia Ezekiel. Wszystko będzie dobrze – odwrócił się w moją stronę, a następnie chwycił w dłonie moje policzki. – Nie myśl o tym teraz. Nie ma to sensu, wiesz? Jutro też jest dzień, a dzisiaj musisz się odstresować – dodał, składając na linii mojej żuchwy delikatny pocałunek. – Chodźmy. Połóżmy się. Wypijmy. I zobaczysz, będzie zupełnie inaczej – obiecał mi, wkładając mi w dłoń jeden z kubków. 
– Obyś miał rację – powiedziałem cicho, idąc za nim do łóżka, by zakopać się w pierzynie. Jak już zdążyłem przyzwyczajać się do kwestii, że moja rodzina zawsze będzie dla mnie zagadką, tak teraz nagle los wyskakuje mi z czymś takim. I nie wiem, co gorsze. Ta niewiedza, czy świadomość? I jeszcze jego słowa o ogniu we mnie... a jak nie zdołam nad nim zapanować? I znowu skrzywdzę Mikleo? Albo kogoś zupełnie niewinnego? Dopóki nie zacząłem czuć silnej złości, nawet nie miałem pojęcia, że mam w sobie coś z ognia. I nie do końca wiem, jak nad tym panować, albo co mogę z nim zrobić.

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Pokręciłem przecząco głową. Jak teraz zasnę, całkowicie rozwalę swój zegar biologiczny. Nie, żeby nie był on rozwalony, ale nie chcę go niszczyć jeszcze bardziej. Jakoś wytrwam do wieczora, i wtedy pójdę wcześniej spać, jakoś mi będą musieli przebaczyć. 
– Przyjechałem tutaj spędzić czas z tobą i twoją babcią, a nie spać – odpowiedziałem spokojnie, uśmiechając się delikatnie i uspokajająco. – Wyśpię się po śmierci – dodałem żartobliwie, chcąc trochę uspokoić atmosferę. 
– W twoim wieku nie masz co nawet myśleć o śmierci – machnęła ręka starsza kobieta. Chyba jej się nie spodobała moja uwaga, ale jej słowa nie były tak prawidzwe, jak być powinny. Z taką babcia jak moja już wiem, że muszę się mieć na baczności. Skoro zleciła moje porwanie i Bóg jeden wie, co mieli tam ze mną zrobi, to jest zdolna do różnych rzeczy. I jeszcze mnie obarczała winą, że dałem się podejść. Co to wszystko miało znaczyć? Nigdy się chyba nie dowiem. – Prosiłabym cię później, Haru, byś wyszedł do sklepu. Poszłabym sama, ale mam kilka ciężkich rzeczy do kupienia. 
– Nie ma sprawy, babciu – powiedział, ale i tak wyczułem, że mojemu chłopakowi nie do końca się to podoba. Mówił mi, że nie lubi wychodzić tutaj do ludzi, i się mu nie dziwię. Wystarczy, że mnie musiał doprowadzić tutaj, niechęć mieszkańców do niego była wręcz wyczuwalna, nieprzyjemna, jakbym przesuwał opuszkami palców po rozbitym szkle. Ludzie są naprawdę okropni. 
– Potowarzyszę ci – zaproponowałem, nie mając z tym żadnego problemu. Miałem z nadzieją, że moje towarzystwo mu trochę umili ten drobny wypad. 
– A nie mówiłeś przed chwilą, że nie chcesz nigdzie wychodzić, bo jest zimno? – zapytał, odwracając głowę w moją stronę. Niby był uszczypliwy, ale pod tym wyczułem zmartwienie. 
– Jakbyśmy mieli wychodzić bez celu, to faktycznie bym nie chciał. Ale że mamy zrobić zakupy, to pomogę. I popatrzę się krzywo na każdego, kto będzie miał do ciebie problem. Jestem w tym niezły – przyznałem, uśmiechając się znacząco. Niech ktoś tylko spróbuje mieć do niego jakieś wąty, powie coś wrednego, wspomni o tych przykrych wydarzeniach, a ja się odgryzę dwa razy bardziej. Nikt nie będzie mi go obrażał i wypominał tego dnia. 
– Taki miły chłopak, jak ty? Nie potrafię sobie tego wyobrazić – powiedziała niedowierzająco kobieta. Spojrzałem znacząco na Haru, a Haru spojrzał na mnie, ewidentnie rozbawiony. Nieskromnie mówiąc, więcej potrafiłem powiedzieć za pomocą wzroku niż słowem, i doskonale miałem tego świadomość. I lubiłem to wykorzystywać. Po co mówić i marnować głos, kiedy wystarczy jedno spojrzenie? 
– Daisuke jest bardzo ekspresyjny – powiedział wymijająco Haru. – To co ci mamy wziąć? 
– Och, zaraz wam przygotuję listę. Po śniadaniu możecie iść – powiedziała ciepło kobieta, biorąc do rąk jedną z kanapek. Więc wybieramy się do miasteczka... Może coś powinienem kupić temu małemu przystojniakowi na moich kolanach jakieś przysmaki? Racuch był naprawdę przekochanym kotkiem, na coś zasługuje od życia. 

<Wilczku? c:>

Od Haru CD Daisuke

środa, 28 stycznia 2026

|
 Doskonale widziałem, że mój partner jest zmęczony. Niewyspany, jakby noc wcale nie przyniosła mu odpoczynku. Coś we mnie podpowiadało, że kiedy ja w końcu zasnąłem po tej nieprzyjemnej pobudce, on już nie spał. Oczywiście nie mogłem mieć stuprocentowej pewności, w końcu spałem i nie widziałem, co się działo, jednak to wewnętrzne przeczucie było zbyt silne, by je zignorować.
Czułem, że się bał. I szczerze mówiąc, wcale by mnie to nie zdziwiło. Był dość specyficznym człowiekiem, bronił się rękami i nogami przed niektórymi rzeczami, czasem zupełnie nieracjonalnie. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby chronił się przed snem tylko dlatego, że bał się tego, jak mógłby się on zakończyć.
Raz zdarzyło mu się lunatykować. To wystarczyło, by w mojej głowie zaczęły kłębić się tysiące myśli takich, które zdecydowanie nie powinny się tam pojawiać. Myśli ciężkie, niepokojące, podsycające strach zamiast go uspokajać.
- Wiesz, że jeśli jesteś zmęczony, możesz zjeść śniadanie i pójść spać? - Odezwałem się w końcu, uważnie obserwując jego skromną sylwetkę. - Nikt nie będzie cię siłą trzymał przy stole. Sen to zdrowie, więc jeśli tylko chcesz, możesz po prostu iść się położyć. - Zauważyłem, biorąc pierwszy łyk gorącego napoju.
- Nie mogę iść spać - Odpowiedział niemal natychmiast. - Dopiero niedawno wstaliśmy. Poza tym nieładnie tak w gościach kłaść się spać, kiedy można spędzić dzień bardziej aktywnie. - To stwierdzenie rozbawiło zarówno mnie, jak i moją babcię. Bo niby jak on chciałby spędzić ten dzień aktywnie? Na dworze było zimno, więc wyjście na zewnątrz raczej nie wchodziło w grę. W domu nie było zbyt wiele do roboty, więc i tutaj trudno było mówić o jakiejś szczególnej aktywności.
Tak naprawdę można było robić tylko kilka rzeczy: rozmawiać całymi godzinami, siedzieć i wylegiwać się na kanapie… albo spać w łóżku co, swoją drogą, było zdecydowanie najprzyjemniejszym zadaniem ze wszystkich możliwych.
- Ty tak poważnie? - Zapytałem, unosząc brwi. - A jak aktywnie chcesz spędzać tu czas? Chciałbyś może wyjść na zewnątrz? - Zaproponowałem to niby mimochodem, ale od razu dostrzegłem zmianę w jego wyrazie twarzy. Coraz większe niezadowolenie malowało się na jego obliczu, jakby sama myśl o wyjściu była dla niego czymś skrajnie nieprzyjemnym.
- Nawet nie ma mowy, jest zimno - Mruknął pod nosem. - Nie wiem, czy w ogóle chciałbym tam wychodzić. - Sięgnął po kubek i wziął łyk gorącego napoju, jakby liczył na to, że ciepło i kofeina postawią go na nogi. Miałem jednak wrażenie, graniczące niemal z pewnością, że nawet najmocniejsza kawa świata nie pomoże mu się naprawdę rozbudzić po nocy bez snu. O ile faktycznie tej nocy nie spał… bo, jak już wcześniej przyznałem, nie mogłem mieć stuprocentowej pewności.
A jednak wszystko w nim, zmęczone spojrzenie, spowolnione ruchy, ta cicha niechęć do wszystkiego, zdawało się potwierdzać moje obawy.
- Tak też myślałem. No nic, jeśli nie chcesz spać, nikt nie będzie cię do tego zmuszał - Powiedziałem spokojnie. - Ale jeśli poczujesz potrzebę odpoczynku, jeśli będziesz chciał po prostu zamknąć oczy, możesz w każdej chwili wstać i pójść się położyć. Naprawdę nie ma w tym nic złego. - Zawiesiłem na nim spojrzenie, chcąc mieć pewność, że dobrze mnie zrozumiał. - Na pewno się na ciebie nie obrazimy, możesz być tego całkowicie pewien - Dodałem jeszcze, bardziej dla zasady. Na wypadek gdyby w jego głowie zdążyła już powstać zupełnie inna, błędna myśl.

<Panicznu? C:>

Od Mikleo CD Soreya

|
Oczywiście nie mieliśmy stuprocentowej pewności, że kobieta pracująca w bibliotece wie wszystko i będzie w stanie nam pomóc. Nie mogliśmy przecież zakładać, że akurat ona zna odpowiedzi na nasze pytania. Jednak zawsze warto spróbować, w końcu nic nie tracimy, pytając. A może właśnie na tym coś zyskamy? Nic nie szkodzi zapytać. Najwyżej usłyszymy Nie, niestety nic nie wiem. 
- Sorey, czemu tak negatywnie do tego podchodzisz? - Odezwałem się w końcu. - Przecież nic nie stracimy, jeśli zapytamy, prawda? Poza tym… kto pyta, nie błądzi. A jeśli nie zapytasz, odpowiedzi na pewno nie dostaniesz - Dodałem, przypominając mu ten jeden drobny fakt, który chyba gdzieś mu umknął.
Sorey westchnął cicho i spuścił wzrok jeszcze niżej, jakby bał się spojrzeń innych ludzi. Dlaczego? Nie wiedziałem. A przynajmniej nie do końca. Podejrzewałem jednak, że to wszystko przez jego ojca. Po ich kłótni wiele się zmieniło i to na pewno nie na lepsze. Ezekiel z pewnością będzie rzucał nam kłody pod nogi, ale… jakoś sobie z tym poradzimy. Musimy. W końcu jesteśmy razem. Jesteśmy zgranym zespołem, a skoro tak, to razem możemy wszystko. I co najważniejsze, razem mamy wszystko. Prawda?
- Wszystko w porządku? - Zapytałem ostrożnie, nie mając pojęcia, czy jestem w stanie zrobić cokolwiek, by poczuł się lepiej. Może powinienem coś powiedzieć? Coś zrobić? Cokolwiek? Sam już nie wiedziałem. To wszystko było znacznie bardziej skomplikowane, niż chciałbym to przyznać, nawet przed samym sobą.
- Tak… oczywiście, że tak - Odpowiedział po chwili. - Po prostu się martwię. Nie wiem, ile osób widziało, ile mój… oj.. Ezekiel… - Zawahał się. - Nie wiem, co przekazał reszcie, żeby nastawić ich przeciwko nam. Jest zimnym draniem. Skoro był w stanie mnie zostawić, porzucić, to jest zdolny do wszystkiego. To przykre, ale boję się, że zrobi wszystko, żeby ludzie nas znienawidzili. A wtedy… wtedy nigdy nie dowiem się, kim była moja mama. - Jak dla mnie zdecydowanie przesadzał. Jeszcze niczego nie wiedział, a już budował w głowie czarne scenariusze. Cały Sorey. czasem naprawdę mógłby sobie odpuścić.
- Spokojnie - Odezwałem się łagodnie, otwierając drzwi do naszego małego domku i wpuszczając go do środka. - Nie nakręcaj się. Wszystko będzie dobrze. - Zamknąłem drzwi i ruszyłem dalej.
- Połowa sukcesu to nastawienie - Dodałem z przekonaniem. - Reszta przyjdzie sama. Poza tym przypominam ci, że to ty jesteś optymistą. Nie zabieraj mi mojego pesymizmu, bo jeśli ty staniesz się pesymistą, to kto wtedy będzie optymistą? - Zapytałem, zdejmując buty.
- Ty? - Zaproponował, idąc za mną do salonu.
- Nie - Parsknąłem cicho. - Ja zdecydowanie się do tego nie nadaję. Wolę być pesymistą i realistą w jednym. Optymizm zostawiam tobie. - Zatrzymałem się w kuchni, by przygotować nam coś ciepłego, może nawet słodkiego do picia. W tej chwili obaj potrzebowaliśmy czegoś, co choć na moment pozwoli nam złapać oddech.
- Może i masz rację - Szepnął, wtulając się w moje plecy, jakby były lekarstwem na całe zło tego świata. Jakby w tej jednej chwili wszystko inne przestało mieć znaczenie.
- Wiem, że mam. Przynajmniej w tej sprawie na pewno - Zapewniłem spokojnie, całując go delikatnie w policzek. Sięgnąłem po czajnik i nalałem do niego wody, starając się nie przerywać tej cichej, domowej chwili. - To co powiesz na coś ciepłego… i jednocześnie słodkiego do picia? - Zaproponowałem, zerkając na niego posyłając mu najpiękniejszy, najbardziej szczery uśmiech, na jaki było mnie stać.

<Pasterzyku? C:>

Od Soreya CD Mikleo

wtorek, 27 stycznia 2026

|
 Wpatrywałem się przez chwilę zaskoczony na Mikleo, aż w końcu mocno go do siebie przytuliłem. Tak bardzo byłem mu wdzięczny... Potrzebowałem go tak strasznie w tej chwili. Bez niego wiem, że nie dałbym sobie rady z tym wszystkim. I chociaż teraz czuję, że chcę się dowiedzieć o mojej historii, tak wiem, że bez niego po maksymalnie dwóch pierwszych próbach po prostu bym się poddał. I gdybyśmy jeszcze zerwali... Byłbym całkowicie załamany. 
– Kocham cię – wyszeptałem cichutko, dalej mocno go do siebie tuląc. 
– Ja ciebie też – odpowiedział, chowając twarz w moich ramionach. Pozwolił mi trzymać się trzymać tak długo, jak miałem na to ochotę. W końcu jednak odsunąłem się od niego. Wiedziałem, że on nie przepada za tak długim kontaktem fizycznym. Nie chciałem go wprowadzać w dyskomfort. – Wracamy? Położysz się, czegoś się napijesz, i pomyślimy, co robimy dalej. 
– Mhm. Jak mnie jeszcze stamtąd nie wywalił – mruknąłem zmartwiony, wpatrując się przez chwilę w spokojnie płynącą wodę. Jeżeli mnie tak nienawidzi, mógłby to zrobić. Skoro tak długo nie chciał się do mnie przyznać, nie spełniam żadnych jego oczekiwań... i nic dziwnego. Przede wszystkim, byłem zainteresowany tylko i wyłącznie mężczyznami, i to się nigdy nie zmieni. A dla niego to już za dużo. Bo przecież to sprawia, że jestem złym półaniołem. 
– Nie wyrzuci – obiecał, chwytając moją dłoń i pomagając mi wstać. – Dostaliśmy ten domek od burmistrza, a on chyba nas nawet polubił.
– Zobaczymy – mruknąłem cicho, idąc za nim posłusznie. 
Podczas drogi powrotnej nigdzie nie widziałem Ezekiela. Nie wiem, gdzie poszedł, ale miałem nadzieję, że teraz da mi spokój na jakiś czas. I nie będzie nam grozić, bo to nic nie da. Kochałem Mikleo całym sobą, i nie ma mowy, bym go opuścił. Widziałem na sobie kilka spojrzeń, czułem te szepty na karku. Nasza kłótnia na pewno miała widownię, na co nie zwracałem w ogóle uwagi wtedy. I że my tu mamy się dobrze zapisać w pamięci ludzi? Ja całkowicie odpadam. Już widzieli, jak krzywdzę kogoś, kogo kocham. Na pewno mają o mnie już zdanie wyrobione. I to bardzo złe zdanie. Jak można mieć w ogóle o mnie dobre zdanie, po czymś takim? Spuściłem zawstydzony głowę. To chyba nie ma sensu. Nikt mi nic nie powie, nawet jeśli ktoś coś wie. A na pewno wiedzą. Już w pierwszym dniu czułem, że niektórzy jakoś tak dziwnie się wpatrywali we mnie. I teraz już wiem, dlaczego. 
– To bez sensu. Nic mi nikt nie powie. Nie po tej kłótni – mruknąłem, kiedy znaleźliśmy się bezpiecznie za drzwiami naszego domku. Jeszcze domku. 
– Myślałem trochę o tej pani w bibliotece. Była dla nas bardzo miła. Może coś będzie wiedzieć? Albo ma spisane jakieś kroniki? – zaproponował, kładąc dłoń na mojej dłoni i lekko ją ściskając w geście wsparcia. 
– Myślisz, że coś wie? Wydaje się być trochę wycofana – odpowiedziałem nieco nieco niepewnie, powoli dostrzegając wszelkie mankamenty tego mojego postanowienia. Chyba to wszystko naprawdę pozostanie przede mną tajemnicą. 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Większą część śniadania przygotowywała jego babcia. Ja miałem do takich rzeczy dwie lewe ręce, i praktycznie zerową wiedzę, czyli robiłem tylko to, o co mnie poproszono i oczywiście dokładnie wytłumaczono, czyli w sumie to trochę tak, jak czasem gotuję z Haru. Czasem, bo jednak robię to rzadko. Nie czuję się w tym do końca dobrze, ale co miałem zrobić, jak jego babcia to zaproponowała? Miałem jej powiedzieć nie? Przecież tak nie wypada. I w ten sposób skończyłem w kuchni, przygotowując kanapki. Mnóstwo kanapek, jak na mój gust, ale były różne. I z warzywami, i z wędliną, i z jajkami... Miałem tylko nadzieję, że Haru się tym naje. Wczoraj zjadł bardzo mało, j to mnie trochę martwiło. Czy on, oni, nie powinien jeść więcej mięsa? Niby czują, kiedy tego potrzebują, ale tak sobie myślę... może problem tkwi w czym winnym? W ich finansach? Może nie stać ich ba taką ilość mięsa, jaką potrzebują na co dzień? I ja z chęcią bym im pomógł, ale chyba tego nie przyjmą, albo co gorsza poczują się urażeni. 
– Jesteś. Przygotować ci kawy? – zapytałem z delikatnym uśmiechem na ustach, kiedy zauważyłem mojego partnera w kuchni. 
– Z wielką chęcią się napiję – przyznał, przeciągając się leniwie i ziewając. Zerknąłem na godzinę, było dosyć późno, a on dalej był zmęczony? On to jest naprawdę niemożliwy. Chyba, że go tak ta moja pobudka w środku nocy zmęczyła... taki przerwany sen może później powodować zmęczenie. Mi trochę też brakowało snu, ale na razie całkiem nieźle się trzymałem. Zobaczymy, jak długo z tym wytrzymam. – W porządku? Trochę niewyraźny jesteś – dodał, podchodząc do mnie i całując mnie na przywitanie w policzek. Nie powinienem się dziwić, że zauważył. I on, i jego babcia. 
– Skoro jestem niewyraźny, musisz odwiedzić okulistę. A skoro jesteś wilkołakiem, jest to niepokojące – odgryzłem się mu lekko, uśmiechając się niewinnie. 
– Ależ ty milutki jesteś – odpowiedział, a kąciki jego ust lekko drgnęły. 
– Wiem, w przeciwnym wypadku byś mnie nie wziął na partnera – puściłem mu oczko, wyciągając dodatkowy kubek. – No już, siadaj. Zaraz ci podam kawę. 
Haru grzecznie usiadł, a ja dokończyłem przygotowywanie napojów. Dobrze, że chociaż tyle potrafiłem, no ale też to nie było jakoś ciężkie. Albo sypałem zmieloną już kawę, albo wrzucałem torebkę z herbatą, zalewałem i już. Najlepsza kawa jest jednak kawa ze świeżo zmielonych ziaren... muszę kiedyś Haru taką zrobić.
– Proszę. Smacznego – powiedziałem, stawiając kubki przy odpowiednich osobach, jego babcia prosiła o herbatę. Ledwo zająłem miejsce przy stole, a na moje kolana wskoczył Racuch, cicho mrucząc. Nie widziałem go cały ranek, by teraz tak się do mnie przymilać. – Dzień dobry. Tylko na to czekałeś, co? – spytałem rozbawiony, drapiąc go pod bródką. Odwróciłem głowę, nie mogąc się powstrzymać od ziewnięcia. Pozostaje mi nadzieja, że druga kawa trochę bardziej mi pomoże, niż ta pierwsza. 

<Wilczku? c:>

Od Mikleo CD Soreya

poniedziałek, 26 stycznia 2026

|
 Zastanawiałem się przez chwilę, rozważając jego prośbę i próbując zrozumieć, czego tak naprawdę szuka. Wiedziałem, że chce dowiedzieć się czegoś o swojej matce, czy wciąż żyje, czy być może gdzieś tu jest, blisko. Ale jeśli rzeczywiście by tu była… czy naprawdę ukrywałaby się przed własnym synem?
Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej wydawało mi się to możliwe. Jego ojciec przecież robił dokładnie to samo, ukrywał się przed nim przez cały ten czas, a prawdę wyznał dopiero w przypływie gniewu. Skoro on był do tego zdolny, czy ona nie mogłaby? Tylko… czy miałaby ku temu powód?
Może wstyd. Wstyd tego, że porzuciła własne dziecko. Ale wtedy pojawiało się kolejne pytanie, dlaczego? Dlaczego go porzuciła? Dlaczego oboje z niego zrezygnowali? Co tak naprawdę kryje się za tą historią, której nikt nigdy nie chciał opowiedzieć do końca?
Chciałem pomóc mojemu partnerowi odkryć prawdę, ale nie wiedziałem jak. Kogo zapytać? Kto mógłby wiedzieć coś o dziecku, które Ezekiel porzucił i kto jednocześnie chciałby nam pomóc? Nie miałem pojęcia. Może ta starsza pani z biblioteki, obserwująca wszystko z dystansu i pamiętająca więcej, niż się wydaje? A może ktoś ze starszyzny?
Tylko czy starszyzna rzeczywiście zechciałaby nam pomóc? Obawiałem się, że są przyjaciółmi jego ojca, że mogą chcieć chronić jego tajemnice, nawet kosztem prawdy należnej jego synowi. Ale czy to oznaczało, że powinniśmy zrezygnować? Wręcz przeciwnie. Jeśli nie spróbujemy, nigdy się nie dowiemy. Nigdy nie poznamy ich perspektywy ani powodów, które nimi kierowały. A prawda, nawet bolesna, zawsze jest warta tego, by jej szukać.
W końcu otrząsnąłem się, myśleć bardziej trzeźwo niż on sam. Może dlatego, że ta historia nie raniła mnie bezpośrednio tak jak jego. Bolało mnie patrzeć na jego cierpienie, ale to nie był mój ból i właśnie dlatego mogłem myśleć jaśniej.
- Sorey - Zacząłem ostrożnie. - Obawiam się, że jeśli naprawdę chcesz poznać prawdę, będziemy musieli tu jeszcze zostać. Musimy wzbudzić w ludziach dobre emocje, sprawić, by nas polubili… albo przynajmniej nie odrzucili. Żeby nam zaufali, a nie się bali czy traktowali gorzej. - Zamilkłem na moment, dobierając słowa. - A zaufanie rodzi się tylko z rozmowy. Musimy być wśród nich, rozmawiać, zaprzyjaźnić się. Dopiero wtedy pojawi się szansa, że ktoś zechce powiedzieć nam prawdę. A wtedy będziemy mogli odejść, gdy dowiesz się, co stało się z twoją mamą. - Chciałem być przy nim. Chciałem zabrać ten ból, który w nim widziałem, ale wiedziałem, że nie mogę zrobić wszystkiego. Jako partner mogłem jednak jedno, pomóc mu najlepiej, jak potrafię. I zamierzałem to zrobić, bez względu na to, dokąd zaprowadzi nas ta prawda.
- Chcesz… mimo tego wszystkiego, co się stało, zostać tu ze mną i odkryć tę tajemnicę? - Zapytał cicho. - Przecież możesz odejść. Możesz znaleźć bezpieczny dom, zacząć od nowa… i porzucić mnie. I tak na ciebie nie zasługuję. - Znów mówił rzeczy, które raniły go bardziej niż kogokolwiek innego. Słowa podszyte strachem, nie prawdą.
Westchnąłem cicho i spojrzałem na niego uważnie, chcąc, by zobaczył w moich oczach to, czego sam nie potrafił w sobie dostrzec.
- Mówiłem ci już. Mój dom jest tam, gdzie ty. A skoro chcesz tu zostać, żeby dowiedzieć się, kim naprawdę jesteś i co stało się z twoją mamą… zostanę z tobą. Razem spróbujemy rozwikłać tę zagadkę. Nie dlatego, że muszę. Tylko dlatego, że chcę. - Pochyliłem się i pocałowałem go delikatnie w policzek nieśpiesznie, z czułością. Chciałem, żeby wiedział.
Że nie jest sam. Że nie musi na nic zasługiwać, by ktoś przy nim został.
I że będę obok tak długo, jak tylko pozwoli mi przy nim być.

<Pasterzyku? C;>

Od Haru CD Daisuke

|
Spało mi się tak dobrze. Było ciepło, bezpiecznie i cicho, a co najważniejsze, nikt nie kazał mi wstawać. Właśnie w takie leniwe dni lubię spać najdłużej, nie podnosząc się z łóżka, dopóki mój organizm sam nie da mi wyraźnego sygnału, że najwyższa pora zacząć dzień.
I pewnie spałbym jeszcze długo, gdyby nie głosy dobiegające z kuchni. Ktoś rozmawiał i sądząc po tonie, bez trudu zgadłem, że była to moja babcia… oraz mój chłopak, którego najwyraźniej nie było już obok mnie.
Spałem tak twardo, że nawet nie zauważyłem momentu, w którym wstał z łóżka. Nie usłyszałem, nie poczułem, po prostu zniknął, zostawiając mnie samego w ciepłej pościeli.
Zaspany uniosłem się do siadu i przeciągnąłem leniwie, pozwalając mięśniom powoli się obudzić. Tak naprawdę wciąż strasznie chciało mi się spać. Mógłbym bez problemu zamknąć oczy jeszcze na chwilę i zostawić mojego panicza sam na sam z babcią, w końcu świetnie się dogadywali. Prawdę mówiąc, w tej chwili wcale mnie nie potrzebowali.
Może więc pozwolę sobie na jeszcze jedną, krótką drzemkę?
Postanowiłem położyć się tylko na moment. Minutę, dwie… może pięć. Do chwili, gdy naprawdę zechce mi się wstać. Albo do momentu, w którym moja babcia wejdzie do pokoju i zdecyduje się wygonić mnie z łóżka, bo i taka opcja była całkiem realna.
Naciągnąłem kołdrę wyżej, okrywając ciało, i zamknąłem oczy. Jeszcze tylko maleńka drzemka. Przecież minuta, dwie, trzy to nic wielkiego… W końcu muszę się porządnie wyspać, prawda?
Udawałem, a właściwie próbowałem, jeszcze na chwilę zasnąć, gdy usłyszałem kroki kierujące się w moją stronę. To mogło oznaczać tylko jedno: długo już sobie nie poleżę. A szkoda, bo w tym łóżku było naprawdę przyjemnie.
- Haru, śpisz jeszcze? - Odezwał się dobrze mi znany, ukochany głos mojego panicza.
- Nie… już nie - Przyznałem cicho, odwracając głowę w jego stronę.
- To dobrze - Uśmiechnął się ciepło. - Razem z twoją babcią zrobiliśmy śniadanie. Może chciałbyś już wstać i zjeść je wspólnie - Podszedł bliżej łóżka i usiadł na jego rogu.
- Śniadanie? No proszę - Mruknąłem z rozbawieniem. - Lubię wstawać na śniadanie, a nie tylko je przygotowywać - Dodałem, posyłając mu znaczący uśmiech.
- Cóż, wybacz, że nie zrobię ci jakiegoś wybitnego śniadania - Odpowiedział z lekkim rozbrajającym uśmiechem. - Dobrze o tym wiedziałeś, kiedy brałeś mnie sobie za partnera. - Nachylił się i delikatnie musnął moje usta. - No już, wstawaj. Będziemy na ciebie czekać w jadalni - Dodał, po czym zniknął za drzwiami.
Westchnąłem cicho, wiedząc, że nie mam już wyjścia, i w końcu zmusiłem się do podniesienia swoich czterech liter z łóżka.
Nie mając innego wyjścia, podniosłem się w końcu z łóżka. Zabrałem w dłonie czyste ubrania i ruszyłem do łazienki, żeby zmyć z siebie resztki nocy i wczorajszego dnia.
Wczoraj zwyczajnie nie chciało mi się zadbać o pełną higienę, więc teraz musiałem to nadrobić. Zwłaszcza że niemyte wilkołaki potrafią naprawdę brzydko pachnieć, nawet w ludzkiej postaci, a ja absolutnie nie chciałem, by mój pan uznał, że śmierdzę.
Dlatego dopiero po dokładnym umyciu się, ułożeniu włosów i wciągnięciu na siebie czystych ubrań pojawiłem się w kuchni. Przywitałem się z babcią, a potem jeszcze raz spojrzałem na ukochanego panicza, stały element mojej codzienności, który sprawiał, że nawet zwykły poranek wydawał się czymś wyjątkowym.

<Paniczu? C:> 

Od Soreya CD Mikleo

sobota, 24 stycznia 2026

|
 Na jego słowa spuściłem wzrok, czując przytłaczające mnie poczucie winy. Nie, to nie tak to powinno wyglądać. W końcu, nie może się leczyć w nieskończoność. A ja nie wiem, kiedy znów nie wybuchnę. Szczerze, to nawet wątpię, czy mogę tam wracać. Ezekiel... ojciec nie wydawał się zachwycony. A ja nie chcę z nim rozmawiać. Nie chcę znów słyszeć, że to, co robię, to coś obrzydliwego. Już zawsze taki będę, to się nigdy nie zmieni, i nie wydaje się tego akceptować. A skoro tego nie akceptuje, to nie ma tu dla mnie miejsca. 
– Nie będzie mnie tam chciał – powiedziałem cicho, wpatrując się tępo w swoje dłonie i starając się zapanować nad temperaturą w swoim ciele. Wściekłość trochę ze mnie zeszła, ale i tak bałem się, że mogę go poparzyć. Jego skóra była taka... delikatna. Nie mogłem go skrzywdzić. – Musisz wrócić beze mnie. 
– Czemu miałbym wracać bez ciebie? – spytał, nie odsuwając się ode mnie chociażby na milimetr. – Kocham ciebie. I skoro ciebie tam nie zaakceptuje, znajdziemy inne miejsce. Każdy ma swoje miejsce na ziemi. Najwidoczniej my jeszcze swojego nie znaleźliśmy – mówił ciepło, łagodnie się do mnie uśmiechając. Nie miał mi nic za złe... a opiwinjen. 
– Tylko ci kłopoty będę sprawiał – zauważyłem cicho, w końcu niepewnie unosząc na niego swój wzrok bojąc się, że zobaczę tam wyrzuty. I nie miałbym mu tego za złe. Tak powinno w końcu być. Skrzywdziłem go, zostawiłem i jeszcze na pewno zrobię mu krzywdę nie raz, jeżeli będzie tak blisko mnie. A on lubi być blisko mnie. Tak jak ja lubię być blisko niego. Nie, naprawdę to nie powinni się nigdy wydarzyć. 
– I z tego powodu cię nie opuszczę – wyszeptał, składając w kąciku moich ust delikatny pocałunek, a zaraz po tym usiadł obok mnie, opierając głowę o moje ramię. – Kocham cię. I zamierzam przy tobie być, zwłaszcza, że mnie potrzebujesz.
– Nim stąd odejdę... odejdziemy, chciałbym dowiedzieć się czegoś od mojej mamie. Ale nie od niego – odpowiedziałem cicho po dłuższej chwili milczenia. Jeżeli mój ojciec uważa, że dwóch facetów to coś obrzydliwego, to pewnie nigdy mnie nie zaakceptuje, co nie byłoby w sumie niczym zaskakującym. Tyle rodzin mnie odrzucało, więc czemu kolejna miałaby mnie nie odrzucić? Mam jednak niepowtarzalną okazję, by dowiedzieć się czegoś o mojej mamie. Bo chyba tutaj musieliśmy przez chwilę być, skoro wiem o takich miejscach, i mam też wrażenie, że tutaj byłem, to może faktycznie warto to sprawdzić? Chciałbym wiedzieć, co się z nią stało. Może... może chociaż ona by mnie nie odtrąciła? Jeżeli nie żyje, nigdy się tego nie dowiem, mogę się tylko domyślać. Chciałbym jednak coś o niej wiedzieć. Cokolwiek. I dowiedzieć się, jak stąd trafiłem setki kilometrów dalej. 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
Jego słowa trochę wybudziły mnie z zamyślenia. Miał rację, powinniśmy spać. On powinien, przynajmniej, no i jego babcia. Mam nadzieję, że jak już raz dzisiaj podchodziłem, to następnym razem będzie już spokój. Musi. A może nie musi...? Może powinienem już do świtu przetrzymać? Leżeć grzecznie przy jego boku i czekać, jak się obudzi? Bo jak się trochę bardziej skupię, czuję jego zmartwienie i zmęczenie. Głupi nawyk. Gdybym mógł się tego jakoś pozbyć... ale nie wiem, jak. Nie ma na to lekarstwa, nie jeden lekarz mnie oglądał. Twierdzili, że to przez traumatyczne przeżycia i że wyrosnę, ale to trwa, i trwa, i się skończyć nie chce. 
– Mhm, pewnie. Przepraszam, musisz być zmęczony – odpowiedziałem, stawiając pusty kubek na szafkę nocną, obok zdjęcia, którego tak nie chciał widzieć. A mi się ono bardzo podobało. Wszyscy byli tacy szczęśliwi na nim. Mam nadzieję, że uda mi się dać to samo szczęście, jakie czuł, kiedy to zdjęcie było robione. Albo chociaż zbliżę się do tego poziomu. 
– Na pewno wszystko w porządku? – spytał, na co pokiwałem głową. 
– Tak, tak. Po prostu nie spodziewałem się, że to schorzenie dzisiaj będzie was dzisiaj kłopotać – powiedziałem cicho, biorąc także kubek od niego. Byłem bliżej szafki, więc co mi szkodziło?
– Daj spokój, nic się nie stało. Ten dom przetrwał znacznie gorsze incydenty – zapewnił mnie, przyciągając mnie do siebie i ukrywając pod kołdrą. – Teraz będę cię trzymał mocno. Nigdzie nie pójdziesz. 
– Dziękuję – powiedziałem cicho, wtulając się w jego ciało. Mam nadzieję, że jego ciepło i zapach mi wystarczą. 
Haru przysunął mnie bliżej siebie, głębiej oddychając. Naprawdę był zmęczony, cholera. Nie tego dla niego chciałem. Postanowiłem więc poczekać cierpliwie do świtu. W końcu, dużo czasu mi nie pozostało. Raptem kilka godzin. Dam radę. Nie pierwszy i nie ostatni raz, a wolę się przemęczyć, niż im przeszkadzać. Może jak następnego dnia będę bardziej zmęczony, nie będę tak chodził? Mam nadzieję, że tak to działa. 
Haru zasnął dosyć szybko, dlatego leżałem przy nim bez ruchu, wsłuchując się w jego oddech. Minuty mijały mi powoli, ale ja cierpliwie trwałem. W końcu pierwsze promienie słońca przebiły się przez szybę w oknie, ale czy Haru się tym przejął? Nie, oczywiście, że nie, spał dalej jak zabity. Tego mogłem się po nim spodziewać. 
Mimo to delikatnie wysunąłem się z jego ramion. Miałem dosyć leżenia. Ileż w końcu można? Trochę już mnie to nudziło. Założyłem tym razem skarpetki, ciepłe kapcie, które to były przy łóżku. Były dla mnie, dla Haru, nie wiem. Ale zaraz zwrócę z pewnością. Chwyciłem za puste kubki i cichutko, najciszej jak tylko mogłem, zszedłem na dół. Tam od razu ruszyłem do kuchni, by spokojnie umyć te kubki. I może sobie kawę też bym zrobił? Oczywiście, zrobiłbym ją każdemu, ale nie wiem, kiedy się obudzą, a serwować zimnej też im bym nie chciał. Zobaczmy, czy ktoś do tej pory wstanie, czy nie. 

<Wilczku? c:>  

Od Mikleo CD Soreya

piątek, 23 stycznia 2026

|
W żadnym wypadku nie zaskoczyło mnie zachowanie Soreya. Był wściekły i miał do tego pełne prawo. Tylko… dlaczego zostawił mnie samego z tym mężczyzną? To akurat mógł sobie darować.
Westchnąłem cicho, zerkając na Ezekiela. Mężczyzna był wściekły i nawet nie próbował tego ukrywać. Biła od niego potrzeba kontroli, nad swoim s… synem.
Wciąż nie potrafiłem uwierzyć, że Sorey jest synem tego człowieka. To było niedorzeczne. Wręcz absurdalne.
Ezekiel rzucił mi jeszcze jedno pogardliwe spojrzenie, po czym zniknął mi z oczu, pozostawiając mnie samego, lekko skołowanego i z ciężarem, którego wcale nie chciałem dźwigać.
Zmartwiony stanem mojego partnera ruszyłem na jego poszukiwania.
Nie wiedziałem dokładnie, gdzie może się znajdować, ale miałem pewne przypuszczenia. W końcu magiczne miejsce, do którego mnie zabrał zaraz po naszym przybyciu, nie było zbyt popularne. Nie widziałem, aby ktokolwiek poza nami kiedykolwiek tam przebywał.
Postanowiłem więc od razu ruszyć właśnie tam. Czułem, że będzie chciał się ukryć przed całym światem i z jakiegoś powodu również przede mną, choć tak naprawdę wcale nie musiał.
Nie miałem do niego żalu o to, że poparzył moją dłoń. Jako serafin wody zdążyłem już uleczyć oparzenia. Jedyną rzeczą, której teraz pragnąłem, było przytulić mojego partnera, pocieszyć go i dać mu to, czego najbardziej w tej chwili potrzebuje.
Tak jak podejrzewałem, znalazłem go nad jeziorem.
Siedział tam samotnie, niemal wtapiając się w otoczenie, jakby próbował zniknąć. Ukrywał się przed całym światem. Mój biedaczek… naprawdę przejął się tym wszystkim, choć wcale nie musiał. Nic mi się nie stało. A on sam powinien mieć czas, by oswoić myśl o prawdzie dotyczącej jego ojca.
Niestety, czy mu się to podobało, czy nie, musiał to zaakceptować. Albo zostaniemy tutaj, pod czujnym okiem mężczyzny, który jedynie go spłodził, albo odejdziemy i znajdziemy własne, bezpieczne miejsce.
- Sorey - Odezwałem się cicho, podchodząc bliżej ukochanego.
- Miki… nie podchodź. Zrobię ci krzywdę - Wydusił a w jego oczach, obok gniewu i smutku, dostrzegłem łzy. Widok ten łamał mi serce.
- Jakoś niespecjalnie się ciebie boję - Przyznałem spokojnie, siadając obok niego. Na moich ustach pojawił się ciepły, łagodny uśmiech.
- Powinieneś odejść. Już cię oparzyłem. Już jestem w stanie cię skrzywdzić. A co będzie później? Jeśli znów się rozgniewam? Jeśli stracę kontrolę? Jeśli naprawdę coś ci zrobię? Nie przeżyję tego… nie ze świadomością, że skrzywdziłem ukochaną osobę. - Jego głos drżał. - Powinieneś znaleźć kogoś innego. Kogoś lepszego. Ezekiel miał rację. My nigdy nie powinniśmy być razem. Serafin wody i anioł ognia? To do siebie nie pasuje. - To nie był mój Sorey. Nie ten, którego znałem i kochałem. Zniknęły jego ciepło, pewność siebie i iskra, którą tak bardzo w nim uwielbiałem. A to martwiło mnie najbardziej.
- Sorey, jeśli dziś chcę być z kimkolwiek, to tylko z tobą. Nie obchodzi mnie to, że twoje moce są związane z ogniem. Nie obchodzi mnie, że czasem mnie poparzysz. Potrafię się leczyć. Potrafię wiele znieść. I nie przeszkadza mi to, kim jesteś. - Delikatnie uniosłem dłoń i położyłem ją na jego policzku, nie przejmując się gorącem jego skóry. To było najmniejszym problemem. - Kocham cię. I jestem wdzięczny za wszystko, co mi dałeś. Nie opuszczę cię tylko dlatego, że teraz jest ci ciężko. Tak jak ty nie opuściłeś mnie wtedy, gdy naprawdę powinieneś. - Zaczerpnąłem oddechu.- I nie słuchaj tego głupka. To, że dał ci życie, nie czyni go twoim ojcem. Ojcowie wychowują. Chronią. Kochają. Nie pojawiają się po latach tylko po to, by pociągać za sznurki - Patrzyłem na niego z nadzieją, że moje słowa choć trochę do niego dotrą. Że ogień w jego sercu przestanie niszczyć, a znów zacznie ogrzewać.

<Pasterzyku? C:>

Od Haru CD Daisuke

|
Oczywiście tekst mógł należeć do niego, ale w tamtej chwili znacznie lepiej pasował do mojej wypowiedzi. Przecież to, co mówiłem, było czystą prawdą, niczym więcej, niczym mniej. Moja babcia naprawdę go polubiła, a to nie zdarzało się często. Byłem przecież kimś, kto od zawsze miał niewielu przyjaciół.
Nie dlatego, że nie potrafiłem ich zdobyć. Gdybym tylko chciał, mógłbym mieć ich wielu mój charakter, sposób bycia i pozytywne nastawienie do ludzi bardzo mi to ułatwiały. A jednak zawsze trzymałem wszystkich na dystans. Nie przepadałem za ludźmi. Bałem się siebie samego.
Nigdy nie mogłem być pewien własnego zachowania. Byłem wilkołakiem, a to oznaczało nieustanną niepewność. Wystarczyłby jeden impuls, jedno nieostrożne słowo, by coś we mnie pękło. Nie wiedziałem, jak agresywnie mógłbym zareagować. Nie wiedziałem, czy znów bym się nie przemienił. Szczerze mówiąc, nigdy nie mogłem mieć stuprocentowej pewności, że nie zrobię czegoś złego.
- Jestem głupi i to jest fakt. Wręcz niezaprzeczalny - Powiedziałem w końcu, zgadzając się z moim partnerem, przytulając go mocniej do siebie. - I jestem zakochany w mężczyźnie… mimo że on sam nigdy nie powinien ze mną być - Dodałem ciszej, gładząc go delikatnie po plecach, jakby sam ten gest miał mnie uspokoić.
- Dopóki moja babcia nic nie wie, możemy być razem. I lepiej, żeby tak zostało. Ona tego nie zrozumie - Wyjaśnił spokojnie.
Doskonale go rozumiałem. A jednak gdzieś głęboko czułem ukłucie żalu, że musimy się ukrywać, że nie możemy być sobą w pełni. Mimo to wiedziałem, że z dwojga złego to wciąż lepsze rozwiązanie. Lepiej chować się w cieniu, niż pozwolić, by jego babcia nas rozdzieliła.
- Wiem, wiem. I nie oczekuję od ciebie, żebyśmy jej cokolwiek mówili - Powiedziałem spokojnie. - W końcu oboje doskonale wiemy, jaka ona jest. Już po pierwszym spotkaniu, gdy przyszła do ciebie po tamtym porwaniu, wyczułem jej nieprzyjemne nastawienie. Nie tylko do ciebie… ale nawet do mnie, mimo że jeszcze mnie wtedy w ogóle nie znała. - Zgodziłem się z jego niepewnością. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że gdyby jego babcia dowiedziała się o nas, nie tylko natychmiast by nas rozdzieliła, ale zrobiłaby wszystko, byśmy już nigdy nie mieli ze sobą kontaktu. Ta myśl przerażała mnie najbardziej. - Na szczęście teraz nie musimy o tym myśleć - Dodałem po chwili, próbując zmienić ton na lżejszy. - Moja babcia nie jest taka jak twoja. Owszem, czasem zmusza do jedzenia albo do robienia innych dziwnych rzeczy… ale tak naprawdę to naprawdę kochana kobieta. - Zapewniłem go o tym, popijając herbatę, którą przyniosłem ze sobą. Zostałem obok niego, nie dlatego, że musiałem coś mówić. Chciałem po prostu z nim posiedzieć. Nawet w ciszy. Byle tylko poczuł się odrobinę lepiej. Wiedziałem, że właśnie wtedy, w takich chwilach, czuł, że niezależnie od wszystkiego zawsze może się na mnie oprzeć.
Daisuke siedział oparty o moje ramię, popijając gorące kakao. Wyglądał na zamyślonego, na pewno o czymś myślał. Niemożliwe było, żeby w tej chwili nic nie zaprzątało mu głowy.
- Chcesz się jeszcze na chwilę położyć? - Zapytałem cicho. - Jest jeszcze bardzo wcześnie. - Sam też poczułem nagłą ochotę, by na chwilę się położyć i zamknąć wciąż zmęczone oczy, pozwalając myślom choć na moment odpłynąć.

<Paniczu? C:> 

Od Soreya CD Mikleo

środa, 21 stycznia 2026

|
 Wpatrywałem się w niego całkowicie zszokowany. Jak to kurwa ojcem? To jest w ogóle możliwe, by ten buc, dla którego jest ważna tylko i wyłącznie opinia i patrzy tylko na czubek własnego nosa, jest moim ojcem? Jeśli to miał być mój ojciec, to wolałbym go nie mieć. Zdecydowanie baedzi podoba mi się ta mała ta mała rodzina, którą stworzyłem z Mikleo. Na nim mogłem polegać, w przeciwieństwie do niego. On przy mnie był zawsze... prawie zawsze. Gdyby nie jego dziadek, bylibyśmy zawsze razem.
– Nie byłeś obecny przez całe moje życie, więc nie masz prawa mówić mi, co mam mówić i z kim mam być – syknąłem, czując jeszcze większą wściekłość, a nie sądziłem, że jest to możliwe. Ta jego niby troska była fałszywa. Chciał mnie po prostu uzależnić od siebie, sprawić, bym był mu wdzięczny i tańczył, jak mi zagra... a ja się dałem. Potrzebowałem pieniędzy, by móc jakkolwiek przeżyć, i to mnie zaślepiło. 
– Żyjesz tylko dzięki mnie, masz być mi wdzięczny – odparł, a jego głos był przesiąknięty jadem. Nie wiem, jak powinien zachować się ojciec, nigdy takiego nie miałem, i całe szczęście. Teraz wiem, że nic nie straciłem. 
– Za co? Za to że mnie oddałeś na drugi kraniec świata? Że byłem przerzucany z rodziny do rodziny jak niechciane dziecko? Faktycznie, to może zrobić tylko kochający ojciec – warknąłem, mrużąc gniewnie oczy. 
– Auć – cichy syk bólu mojego Mikleo trochę mnie sprowadził na ziemię. Zerknąłem w jego stronę i zobaczyłem, że oparzyłem jego rękę. I to naprawdę mocno. Od razu puściłem jego rękę, czując wyrzuty sumienia. To nie on powinien cierpieć na tym wszystkim. 
– Już nad sobą nie panujesz. Jeszcze trochę i zaczniesz być zagrożeniem dla wszystkich wokół. Musisz się trzymać mnie, mogę ci pomóc nauczyć się panować nad ogniem w sobie – od razu zaczął Ezekiel, co znów mnie zdenerwowało. 
– Musisz to ty zostawić mnie w spokoju. Wszystko było w porządku, dopóki się nie pojawiłeś w moim życiu – odpowiedziałem, wysuwając skrzydła i unosząc się w powietrze. Nie mogłem być przy Mikim. Nie w takim stanie. I chociaż bardzo chciałem mu pomóc zdawałem sobie sprawę, że znów bym go jeszcze skrzywdził, a tego bym nie zniósł. Już i tak się teraz popisałem. Muszę się uspokoić... ochłonąć. Czułem, jak krew w moich żyłach wrze, i to raczej nie jest przesada. Mój ojciec... Ezekiel mówił coś o ogniu we mnie. Czasem jak się denerwowałem, czułem, jakby się coś we mnie gotowało, ale byłem pewien, że każdy tak miał. Tak się przecież mówi, ciśnienie się podnosi, ludzie się robią czerwoni... A we mnie dosłownie tli się jakiś ogień. Jeżeli tak, to zdecydowanie nie powinienem być przy Mikim. Woda i ogień... to się za bardzo nie łączy. Jeden większy wybuch i znów go skrzywdzę. 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Wpatrywałem się przez dłuższą chwilę w swoje dłonie, zastanawiając się nad tym, co się dzisiaj stało. To lunatykowanie mnie strasznie męczyło, a nie było że mną od zawsze. Pojawiło się mniej więcej po śmierci rodziców, i nie było regularne. Pojawiało się, kiedy się mocno stresowałem, albo kiedy spałem w nowym miejscu, no ale to drugie to nie aż tak często. A odkąd spałem z Haru, raczej nie chodzę... chyba. Nic mi o tym nie wiadomo, więc uznałem, że wszystko jest w porządku. 
– Zastanawiam się, skąd mi się ten dzisiejszy spacer wziął – powiedziałem cicho, zaciskając palce na gorącym kubku. – Może... może to kwestia nowego miejsca? Czasem mi się zdarza w nowych miejscach trochę chodzić. Myślałem jednak, że jak mnie trzymasz przez sen, to już będę spokojny. Ale wychodzi na to, że nawet przez sen znajdę sposób – cicho westchnąłem, biorąc kolejny łyk. Już byłem trochę mniej roztrzęsiony, powoli uspokajał się mój umysł, a ciało nieco się rozgrzało. A jak jeszcze teraz jest obok, jest ze mną nieco lepiej. Miałem go przy sobie i to wszystko, czego potrzebowałem. Jak rano wstanę, będę musiał przeprosić jego babcię za tę pobudkę. Mam nadzieję, że to się nie powtórzy następnym razem. Że to jedyna taka noc, i następna już będzie spokojna, i spędzę ją spokojnie w łóżku. 
– Teraz będę cię trzymał mocniej – powiedział, tuląc mnie mocno do siebie. – Na pewno nie stresujesz się niczym? Nie... nie myślisz o niczym głupim? Znaczy głupim, chodzi mi o takie... głupotki. Jak chociażby... przejmowanie się moją babcią. Nie przejmujesz się już nią, prawda? – dopytywał dalej, chcąc dotrzeć do sedna problemu. A ja sam nie wiedziałem, co mam mu odpowiedzieć. Chyba jeszcze trochę się przejmowałem... tak mi się wydawało. W końcu chcę, by miała o mnie dobre zdanie. Chodzę z jej wnukiem, jedynym wnukiem, więc pewnie jest dla niej jak takie oczko w głowie. Tak to powinno wyglądać, prawda? Chociaż, gdyby tak wyglądało, moja babcia nie próbowałaby mnie zabić. W ogóle jego babcia była taka... inna. Szkoda, że ja z moją nie mam tak dobrych relacji. – Naprawdę bardzo cię polubiła. Jest tobą oczarowana. 
– Doprawdy? Przecież nic nie zrobiłem – zauważyłem, zerkając na niego kątem oka. To akurat było głupie stwierdzenie. Nic nie zrobiłem, nic nie powiedziałem, nie można tutaj mówić o oczarowaniu mną. Potrafię być czarujący, owszem, ale wczoraj zdecydowanie nie byłem czarujący. 
– Widzisz? Jesteś tak cudowny, że sama twoja obecność wystarcza do oczarowania – odpowiedział, co mnie zaskoczyło i rozbawiło jednocześnie. Zwykle to ja rzucam takie teksty, nie on. 
– Głupiś – mruknąłem, opatulając się kocem. – Poza tym, to mój tekst – mruknąłem, opierając głowę o jego ramię. 

<Wilczku? c:>

Od Mikleo CD Soreya

|
Sorey szczerze mnie zaskoczył. Dokąd on właściwie idzie? Co chce osiągnąć? Czy naprawdę zamierza kłócić się z Ezekielem? Przecież jeśli zacznie się awanturować, ten mężczyzna naprawdę nas stąd wyrzuci. Czy w takim razie ma to jakikolwiek sens? Moim zdaniem, nie. Powinien odpuścić. Nic się nie stało. To była tylko pusta, nic nieznacząca groźba, nie było powodu, by aż tak się nią przejmować. Przecież jeszcze nic złego nam nie zrobił.
- Sorey, zaczekaj - Ruszyłem za nim, nie chcąc, by szedł tam sam. Miałem nadzieję, że zdążę przemówić mu do rozsądku, zanim będzie za późno. Przecież obaj nie chcieliśmy problemów, po co więc sami mielibyśmy brać je sobie na barki? - To nie ma sensu. Co ty w ogóle chcesz zrobić? Uspokój się, weź kilka wdechów i wróćmy do domu. - Chwyciłem jego dłoń, próbując za wszelką cenę go zatrzymać, choćby na chwilę. Kilka oddechów. Tylko tyle. To musiało wystarczyć.
- Miki, nie mogę mu na to pozwolić - Warknął.-  Nie mogę pozwolić, żeby tak cię traktował. Powiem mu, co o nim myślę. - Nie zwracając uwagi na mój uścisk, wyszarpnął dłoń i ruszył dalej, zdecydowany, by odnaleźć mężczyznę.
Natychmiast pobiegłem za nim, próbując jeszcze coś wytłumaczyć, uspokoić go, zrobić cokolwiek, byle tylko nie doszło do tego spotkania. Byle tylko Sorey nie stanął twarzą w twarz z Ezekielem.
I co ja miałem teraz zrobić? Mówiłem, prosiłem, próbowałem go zatrzymać, ale on… on już mnie nie słuchał. Całą swoją uwagę skupiał wyłącznie na nadchodzącym spotkaniu z mężczyzną, który w jakiś sposób próbował nam zaszkodzić.
- Sorey, on nas stąd wyrzuci. Proszę cię… - To były ostatnie słowa, jakie zdołałem z siebie wydusić, zanim stanął twarzą w twarz z Aniołem.
- Sorey? - Odezwał się Ezekiel spokojnym tonem. - Co cię do mnie sprowadza? - Zachowywał się tak, jakby w ogóle nie pamiętał tego, co zrobił. Jakby to nie miało żadnego znaczenia. Jakby nic złego nigdy się nie wydarzyło.
- Mnie? - Warknął Sorey. - Jak śmiałeś przyjść do Mikiego, kiedy byłem w pracy, i jeszcze go straszyć? Jakim prawem? - Nie poznawałem go. Był wściekły, napięty, jakby ledwo panował nad sobą.
- Przyszedłem do was - Odparł Ezekiel chłodno - Ponieważ nie możecie być razem. - Te słowa tylko dolały oliwy do ognia i sprawiły, że gniew mojego partnera zapłonął ze zdwojoną siłą.
- Nie możemy być razem? - Prychnął Sorey. - A co cię to w ogóle obchodzi? Kim ty, do cholery, jesteś, żeby mówić nam, z kim mamy być? Nie masz prawa nam nic narzucać. Nie masz prawa do niczego nas zmuszać. - Był wściekły. Jego głos drżał od gniewu, a spojrzenie nie pozostawiało wątpliwości, że jest gotów bronić tego, co dla niego najważniejsze.
- Jesteście w miejscu, gdzie nie toleruje się takiego obrzydliwego zachowania - Stwierdził Ezekiel chłodno.
Te słowa zabolały bardziej, niż chciałem przyznać. Co takiego złego robimy? Przecież nie afiszujemy się z tym, że jesteśmy razem. Nawet jeśli, co w tym złego? Nie robimy nic niestosownego, nie okazujemy sobie miłości na oczach innych. Czasem tylko trzymamy się za ręce. Nic więcej.
- Obrzydliwego? - Warknął Sorey. - Co cię to w ogóle obchodzi? Odwal się od nas. - Chwycił mnie za dłoń, ściskając ją mocno, jakby chciał upewnić się, że naprawdę tu jestem.
- Jestem z nim szczęśliwy - Syknął, patrząc Ezekielowi prosto w oczy, dając mu jasno do zrozumienia, że jego słowa nie zmienią między nami absolutnie niczego.
- Jestem twoim ojcem i nie zgadzam się abyś był z innym mężczyzną!! - Uniósł głos obojgu nas zaskakując, takiego obrotu sytuacji raczej się nie spodziewaliśmy..

<Pasterzyku? C:>

Od Haru CD Daisuke

|
To było naprawdę dziwne zachowanie mojego panicza. Nie rozumiałem, dlaczego wstał z łóżka, tym bardziej dlaczego zaczął lunatykować. Przecież nic złego się nie wydarzyło. Nikt go nie skrzywdził, nikt nie powiedział nic niewłaściwego, a jednak w środku nocy podniósł się i próbował wyjść z domu.
Na szczęście mam bardzo dobry słuch. Gdyby nie to, pewnie by wyszedł, a wtedy mogłoby stać się coś naprawdę złego. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby mu się coś stało.
Schodząc na dół po obiecaną herbatę dla mojego panicza, wciąż myślałem o tym, co się wydarzyło. Dlaczego tak się zachował? Czy zrobiłem coś źle… a może właśnie czegoś nie zrobiłem? Coś, przez co wstał z łóżka, jakby szukał jakichś nieistniejących, nocnych atrakcji.
Na dole spotkałem moją babcię, która właśnie parzyła herbatę dla siebie i przy okazji zalewała kubek dla mojego panicza.
- Co się stało twojemu chłopakowi? - Zapytała, wyraźnie zmartwiona jego zachowaniem.
- Sam nie wiem - Odpowiedziałem szczerze. - Może coś mu się przyśniło, może coś go zaniepokoiło. Czasem mu się to zdarzało… ale już dawno tego u niego nie widziałem. Myślałem, że to minęło. Niestety bardzo się myliłem. - Nie potrafiłem ukryć zmartwienia. To, co się stało, nie było dla mnie codziennością i właśnie dlatego budziło we mnie niepokój.
Moja babcia kiwając delikatnie głową, zaczęła rozważać moje słowa. Wyglądała, jakby naprawdę się o niego martwiła i chciała mu pomóc, tylko nie wiedziała za bardzo, jak.
- Powinieneś zrobić mu gorące kakao - Zaproponowała. - Poprawi mu to pewnie nastrój. - Miała rację. Kakao zadziała lepiej niż herbata, bo w końcu kto się oprze gorącej słodyczy? 
- To doskonały pomysł - Zgodziłem się, odkładając kubek z herbatą. Najwyżej ja ją wypiję, a jemu dam kakao. Bo co jest lepsze od słodkiego napoju? Zdecydowanie nic.
Rozmawiając z babcią o moim paniczu, przygotowałem mu kubek kakao, mając nadzieję, że choć trochę poprawi mu się nastrój.
- Dziękuję, babciu - Ucałowałem ją w policzek, po czym zabrałem dwa kubeczki i ruszyłem z powrotem do mojego ukochanego.
- Proszę, to dla ciebie - Podałem mu kubek, zajmując miejsce obok niego na łóżku.
- Kakao? - Zauważył, lekko zdziwiony. - Miała być herbata. - Słusznie zauważył, miała być ale nie ma.
- Miała być, to prawda - Uśmiechnąłem się do niego, sięgając po jego dłoń. - Ale wspólnie z babcią uznaliśmy, że lepiej będzie, jeśli napijesz się czegoś słodkiego. Poprawi ci to nastrój, a to chyba najważniejsze, prawda? - Delikatnie pocałowałem go w czubek głowy, przytulając do siebie.
- Wiesz, że cię kocham? - Zapytałem cicho, uśmiechając się łagodnie. Chciałem choć trochę poprawić mu nastrój, miałem nadzieję, że moje słowa coś w nim zmienią, choćby odrobinę. Przecież nic złego się nie stało. Nigdzie nie poszedł, nic sobie nie zrobił. Był cały, zdrowy i bezpieczny. A to było jedyne, co naprawdę się liczyło.
- Wiem o tym, Haru. Dziękuję za kakao - Uśmiechnął się do mnie niemrawo.
Odwzajemniłem uśmiech, choć od razu zauważyłem, że nie był tak szczery, jakbym chciał. Wciąż się martwił, choć tak naprawdę nie wiedziałem czym. Przecież nic złego się nie stało. Był bezpieczny, zdrowy i, co najważniejsze, nie opuścił domu. Udało mi się go zatrzymać. Nie chciałem nawet myśleć, co mogłoby się wydarzyć, gdyby jednak wyszedł. Gdyby coś mu się stało, gdyby się zranił, zgubił… Oczywiście, pewnie bym go znalazł, ale nie wiadomo, jakie byłyby konsekwencje. Sama myśl o tym ściskała mnie w środku.
- Hej… wszystko w porządku? - Zapytałem cicho. - Chcesz o tym porozmawiać? Dobrze się czujesz? - Nie wiedziałem, co jeszcze mogę zrobić, żeby poczuł się lepiej. Czy powinienem coś powiedzieć? Przytulić go? A może po prostu być obok bez słów, bez pytań? Może właśnie cisza byłaby tym, czego najbardziej potrzebował.

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

niedziela, 18 stycznia 2026

|
 Tym razem w pracy musiałem siedzieć godzinę dłużej, niż zwykle. Jorn tłumaczył mi to tak, że muszę odrobić te dni, co nie chodziłem do pracy z powodu złej pogody. Jak na moje, to było nieuczciwe. To moja wina, że padało? No nie. Dlatego niczego nie powinienem odrabiać... ale on i tak już wiedział swoje. A ja, jak zacznę się upominać o swoje, to stracę tę pracę... a nie mogę jej stracić. Nie w takim momencie, kiedy potrzebowaliśmy pieniędzy. Znaczy się, ja potrzebowałem, potrzebowałem kupić drewno do kominka na ogrzewanie domku, i jedzenie, i cieplejsze ubrania, bo tych nie miałem za dużo. Rany, ja to dopiero jestem kosztowny... Jestem pewien, że nawet jakss owca czy królik, czyli zwierzaki, które to rozważaliśmy na zaadoptowanie, wymagają mniej niż ja. 
W końcu jednak wróciłem. Padnięty, nie mający siły na nic, marzący tylko o położeniu się... ale wróciłem. Myśl o tym, że zaraz zobaczę mojego chłopaka, będę mógł się do niego przytulić, poczuć jego zapach dawała mi siłę i chęć do stawiania kolejnych kroków. Już nie potrzebowałem jeść. Wystarczył mi po prostu on. 
– Jestem – zawołałem, zdejmując buty i płaszcz. Muszę się zaraz przebrać, i umyć, Mikleo nie przepadał za zapachem dymu, ale musiałem go przytulić. Tak po prostu. – Przepraszam, że tak długo, muszę te dwa dni odrobić... hej, w porządku? – zapytałem, kiedy tylko go zobaczyłem. Coś się nie zgadzało. Był jakiś taki... spięty. Zdecydowanie coś się stało. Ale co? 
– Hmm? Nie, wszystko w porządku. Witaj w domu – powiedział niby to spokojnie, ale wyczuwałem w jego głosie coś na kształt zmartwienia, strachu, a to już mnie mocno zmartwiło. 
– Ja wiem, że jestem głupi, jak nie najgłupszy z całej wioski. Ale nie jestem aż tak głupi, by nie wiedzieć, że coś się dzieje – powiedziałem, chwytając jego dłonie i przysuwając je do swoich, by ucakować ich wierzch, najpierw jednej, później drugiej. 
– Miałeś tak o sobie nie mówić – odpowiedział, olewając nieco istotę mojego pytania. 
– Miałeś mnie nie kłamać – odbiłem piłeczkę, nie mogąc odpuścić. Nie, kiedy to tak ważna sprawa... Oczywiście, jeszcze tak nie do końca wiedziałem, o co chodzi, ale czułem, że to coś bardzo ważnego. Inaczej nie byłby tak roztrzęsiony. – Hej, chcę tylko pomóc. Ale jak ja mam pomóc, jak nie wiem, co się dzieje? – spróbowałem trochę z innej strony. 
– Chodzi... chodzi o Ezekiela. Był tu, i kazał mi się z tobą rozstać. I powiedział, że jak się nie rozstaniemy, będziemy tego żałować – powiedział, a kiedy dotarł do mnie sens jego słów poczułem, jak krew we mnie wrze. Zamierzał grozić mojemu chłopakowi? 
– Zobaczymy, kto tu będzie żałować – syknąłem i natychmiast opuściłem dom, by znaleźć Ezekiela, i sobie z nim porozmawiać. Już ja mu wszystko wygarnę, nikt nie będzie straszyć mojej Owieczki. 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Na jego słowa już nie odpowiedziałem. Wtuliłem się mocno w jego ciało, szukając choćby odrobinki ciepła. Jakże mi było zimno... ale też byłem czysty, pachnący, i nie mógł na mnie narzekać. Mam nadzieję, że już jutro wieczorem woda będzie chociaż odrobinkę cieplejsza. Nie potrzebowałem wiele. Ale jak wrócimy, pierwsze co zrobię to gorąca kąpiel, ale taka porządna, ws skórę będę mieć czerwoną. Czuję, że mi się to przyda po tych kilku dniach tutaj. Naprawdę współczułem jego babci, że musi żyć w takich warunkach, nawet jeśli za bardzo tego nie czuje. 
– Dobranoc – wyszeptałem, delikatnie drżąc. Paskudnie zimno, nigdy więcej nie wezmę z dobrej woli. Chyba, że będę musiał. Już wolę zmarznąć, niż śmierdzieć. Może byłoby inaczej, gdyby Haru nie miał wyostrzonego zmysłu węchu, byłbym odrobinkę bardziej pobłażliwy, i sobie może nawet odpuścił na dzisiaj. Ale świadomość, że może czuć ode mnie jakiś przykry zapach... czuję wstyd na samą myśl. A przecież to się chyba jeszcze nigdy nie wydarzyło. Chyba, bo ten okrutnik nie chce mi mówić o takich rzeczach. A mógłby. 
– Dobranoc – odpowiedział równie cicho, gładząc moje plecy w tak cudownie uspokajającym geście. Poddałem się temu przyjemnemu uczuciu, i po prostu zasnąłem. 

Obudziłem się... cóż, raczej to mnie obudzono. Było mi zimno w stopy, w ręce, i ogólnie na całym ciele. Nie byłem w ciepłym łóżku, trzymałem dłoń na czymś zimnym, metalowym. Haru delikatnie mną potrząsał, mówiąc cicho moje imię. Zaskoczony rozejrzałem się dookoła, w nikłym świetle księżyca dostrzegając, że stoję w korytarzu. Co ja do licha robiłem w korytarzu. 
– Haru? – spytałem cicho, rozglądając się nieco zagubiony. 
– Już, jestem. Znów lunatykowałeś – odpowiedział, prowadząc mnie spokojnie do pokoju. – Nie dopilnowałem cię. Przepraszam. 
– Nic... nic się nie stało – mruknąłem, dalej trochę skołowany. To chyba dawno się nie stało. Sam nie wiem. Parę razy zdarzyło mi się obudzić w jego łóżku, ale to było zupełnie coś innego. Dlaczego chciałem wyjść na dwór? Dobrze, że mi się to nie udało. Nie dość, że bym się zgubił, to pewnie poranił. Chodzenie po lesie na bosaka zdecydowanie do najbezpieczniejszych nie należy.
– Zmarznięty jesteś – zauważył, kiedy dotarliśmy do jego pokoju. – Chcesz gorącej herbaty? 
– Nie. Gotująca się woda obudzi twoją babcię – powiedziałem zmartwiony, siadając na łóżku i podkulanąc nogi pod brodę. Trochę po domu musiałem chodzić, skoro aż tak przemarzłem. 
– Obawiam się, że już nie śpi. Więc jak będzie? – zapytał, gładząc moje włosy. 
– Jak nie śpi... to poproszę. Zmarznięty jestem – mruknąłem cichutko, szukając kołdry, którą mógłbym się opatulić. 
– W takim razie zaraz wrócę – złożył na czubku mojej głowy pocałunek i zaraz zniknął z pokoju, pozostawiając mnie samego. Wziąłem głęboki wdech, wydech. Zawsze takie nagle pobudki podczas spacerów mnie trochę rozbijały. Zdarzało się to rzadko, zazwyczaj tylko spacerowałem po jednym pokoju... mój panie, mam nadzieję, że nie zrobiłem niczego głupiego. 

<Wilczku? c:>

Od Mikleo CD Soreya

|
Nie byłem pewien, dlaczego Sorey był aż tak pozytywnie nastawiony do całej tej sytuacji. Przyzwyczają się,  powtarzał. Ale jak mieliby się przyzwyczaić? Gdyby było to możliwe, stałoby się już dawno. Nie byliśmy tu od wczoraj. Nie robiliśmy nic złego. Dlaczego więc Ezekiel tak bardzo nalegał, abyśmy się rozstali? Co takiego mu robiliśmy?
Owszem, byliśmy aniołami. Ja. przynajmniej w teorii, wysoko postawionym serafinem. W praktyce jednak byłem w tym świecie tak samo nieznaczący jak każdy inny anioł. Tytuł nie chronił przed odrzuceniem. Skrzydła nie dawały bezpieczeństwa.
Westchnąłem cicho i wtuliłem się w mojego partnera, szukając w nim poczucia bezpieczeństwa. W świecie, w którym nie było dla mnie miejsca, przy nim czułem się choć trochę u siebie. To miejsce, ta ziemia, to życie, nie miało dla mnie większego znaczenia. Liczyło się tylko to, że byłem u boku osoby, którą kochałem.
Gdyby nie on, pewnie nadal mieszkałbym w tej starej, zniszczonej chatce, bez perspektyw i bez nadziei. U boku dziadka, który nigdy mnie nie lubił. Czułem też, że Sorey nie budził w nim sympatii i chyba właśnie to było największym problemem. Teraz do tej listy dołączył Ezekiel.
Może nie nienawidził nas bezpośrednio. Może nienawidził tego, co robiliśmy. Tego, kim byliśmy razem. Bo przecież miłość dwóch mężczyzn to, według niektórych grzech. A jednak Bóg nigdy nie powiedział, że nie wolno nam kochać. Stworzył mężczyznę i kobietę, by tworzyli rodzinę, tak. Ale jeśli mężczyzna kocha mężczyznę, co w tym złego? Czasami naprawdę nie rozumiałem sposobu myślenia innych.
Nie chcąc dłużej drążyć tego tematu, postanowiłem po prostu spędzić miły dzień z moim partnerem, tym, którego kochałem ponad własne istnienie.
Dzień był spokojny. Cichy. A jednocześnie bardzo przyjemny. Jeden z tych, których absolutnie się nie żałuje.

Kolejnego dnia, gdy Sorey wyszedł do pracy, pogoda w końcu się poprawiła, przygotowałem mu posiłek. Zrobiłem kawę, życzyłem miłego dnia i znów zostałem sam.
Nie mając zbyt wiele do roboty, zabrałem się za sprzątanie. Starannie wytarłem szafki, umyłem łazienkę, a potem zacząłem przygotowywać obiad, żeby po powrocie do domu miał coś ciepłego do zjedzenia.
Kiedy kroiłem warzywa, usłyszałem ciche pukanie do drzwi. Przyznam, że trochę mnie to zaskoczyło.
Niepewnie je otworzyłem i zobaczyłem Ezekiela. Znów tu był. Tylko po co tym razem?
- Dzień dobry. Soreya nie ma w domu - Powiedziałem chłodno, dając mu jasno do zrozumienia, że jeśli czegoś chce, powinien przyjść później.
- Wiem - Odparł. - Przyszedłem do ciebie. Chciałem porozmawiać o waszym związku.
Nie czekając na zaproszenie, wszedł do środka, jakby był u siebie.
- Przepraszam bardzo - Powiedziałem stanowczo - Ale ja się z nim nie rozstanę. A on nie rozstanie się ze mną.
Ezekiel uśmiechnął się delikatnie, aż zbyt spokojnie. Podszedł bliżej, zanim zdążyłem zareagować, i bez ostrzeżenia chwycił moje policzki, zmuszając mnie, bym spojrzał mu w oczy.
- Posłuchaj mnie, gówniarzu - Syknął. - Macie się rozstać. W innym wypadku zrobię wszystko, żeby was rozdzielono. - Złość ścisnęła mi żołądek.
- Proszę stąd wyjść i dać mi spokój - Rozkazałem, wyrywając twarz z jego uścisku.
Jego spojrzenie stwardniało.
- Macie kilka dni. Jeśli się nie rozstaniecie… będziecie tego żałować - Warknął.
Po tych słowach opuścił chatkę, zostawiając mnie samego, zmartwionego, roztrzęsionego i boleśnie świadomego, że to dopiero początek problemów.

<Pasterzyku? C:>

Od Haru CD Daisuke

|
Jeśli tylko będzie chciał, jak najbardziej go wygrzeję. Moje ciało zawsze było ciepłe, dlatego niska temperatura nie dokuczała mi aż tak bardzo jak jemu. Wilkołaki odczuwają wszystko inaczej — chłód, dotyk, zmęczenie. Oczywiście zimno działało także na mnie, ale nie w takim stopniu jak na mojego biednego panicza, który zimna nie znosił, a mimo to uparcie brał kąpiel w lodowatej wodzie. Wszystko dlatego, że nie potrafił położyć się spać, czując na sobie choćby cień brudu.
Podczas gdy on zajmował się swoim ciałem, ja przebrałem się w czystą piżamę, postanawiając odłożyć własną kąpiel na poranek, gdy woda zdąży się nagrzać. Było już zdecydowanie za późno, a sen coraz wyraźniej dawał o sobie znać.
Położyłem się do łóżka i cierpliwie czekałem na mojego pięknego panicza. Nie wracał od razu, co wcale mnie nie dziwiło. Zimna woda nie była przyjemna, a taka kąpiel zawsze trwała dłużej, niż by chciał.
Myśląc o nim, wtuliłem twarz w poduszkę i przymknąłem zmęczone oczy. Cisza i spokój sprawiły, że sen powoli mnie pochłaniał i pewnie zasnąłbym na dobre, gdyby nie ciche kroki zbliżające się do pokoju.
- Wróciłem, Haru… śpisz? - Usłyszałem jego głos.
Od razu odwróciłem głowę w jego stronę.
- Nie śpię. Czekam na ciebie - Odpowiedziałem cicho, rozkładając ramiona w niemym zaproszeniu. Chciałem, żeby podszedł. Żeby się przytulił. Żeby schował swoje wychłodzone ciało w moich objęciach.
Daisuke nie wahał się ani chwili. Szybko wsunął się w moje ramiona, a ja natychmiast poczułem, jak bardzo jest zimny.
- Ależ ty jesteś chłodny… moje biedactwo - Szepnąłem z troską.
Objąłem go mocniej, przyciągając jak najbliżej, by jak najszybciej i najlepiej oddać mu swoje ciepło.
Mój panicz porządnie naciągnął na siebie kołdrę, chowając twarz w moich ramionach, jakby chciał zniknąć przed całym światem.
- To było straszne… - Mruknął cicho, zaczynając narzekać.
Nie mogłem powstrzymać lekkiego uśmiechu. Przecież mówiłem mu. Ostrzegałem, że jest zimno, że powinien sobie odpuścić, że to naprawdę nie jest dobry pomysł. Ale on jak zwykle wiedział lepiej. Uparty jak osioł. cały Daisuke. W niektórych sytuacjach po prostu nie dało się przemówić mu do rozsądku.
- A mówiłem ci, żebyś sobie odpuścił - Stwierdziłem spokojnie, całując go ciepło w czoło.
- Nie mogłem położyć się do łóżka brudny - Odpowiedział, a jego ciało znów lekko zadrżało z zimna.
Objąłem go mocniej, starając się oddać mu jak najwięcej ciepła.
- Żebyś tylko później nie zachorował, bo ja nie będę się tobą zajmował - Ostrzegłem go półżartem.
Oczywiście kłamałem. Doskonale wiedziałem i on też, że w rzeczywistości zrobiłbym wszystko, by się nim zaopiekować. Kochałem go. Był dla mnie ważny bardziej, niż potrafiłbym ubrać w słowa. Gdyby zachorował, bolałoby mnie to bardziej niż jego samego.
Tym bardziej że dobrze wiedziałem, jak wygląda ten dom, dom mojej babci. Zimny, bez ogrzewania, z brakami wszystkiego, co czyni życie choć odrobinę łatwiejszym i bardziej ludzkim. Myśl, że mógłby przez to cierpieć, ściskała mnie gdzieś głęboko w środku.
- Oczywiście. Obaj dobrze wiemy, że gdyby do tego doszło, zająłbyś się mną najlepiej, jak tylko potrafisz - Uśmiechnął się do mnie zadziornie.
I miał rację. W rzeczywistości nie potrafiłbym mu odmówić.
- Jak ty mnie dobrze znasz… - Szepnąłem, pochylając się i całując go delikatnie w czubek głowy. 

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

piątek, 16 stycznia 2026

|
 Byłem w szoku do jego gotowości. Tak po prostu stwierdził, że już jego gotowy. Ja mu tylko zaproponowałem, co możemy porobić, co by tu pozmieniać, a on już gotów. W takim razie nie mogę tego opóźniać. Muszę wstać, i po przesuwać to wszystko, by biedny Miki się nie męczył. Skoro to mój pomysł, no to go powoli realizować. 
– Już, już. Chociaż, obiad jeszcze mamy, co nie? Ta zupa z wczoraj chyba – odpowiedziałem, podchodząc do szafy. 
– Poszło wszystko, mój drogi. Bardzo głodny byłeś – odpowiedział, stając po drugiej stronie szafy. Zjadłem? Kompletnie k tym zapomniałem. 
– Cóż, była tak dobra, że nie mogłem się oprzeć – uśmiechnąłem się do niego szeroko. – Wiesz, mogę sam tę szafę przesunąć. Raczej dam radę, jestem silny – obiecałem, uśmiechając się do niego wesoło. 
– A ja jestem zdrowy, więc też mogę pomóc. Nie musisz robić wszystkiego sam. No już, na trzy cztery. 
Mikleo mi nie odpuścił. Pomagał mi w każdej czynności, i z tą szafą, i ze stołem, a nawet z naszą prowizoryczną lodówką. Zupełnie niepotrzebnie, przecież ja bym to powoli wszystko poprzenosił... jakoś. Jestem silny i silny muszę być. Jak inaczej mam zapewnić byt naszej malutkiej rodzinie? 
– I wiesz, że będziemy to musieli odsuwać, jak będziemy to chcieli malować? – zapytałem, siadając zmęczony na jednym z krzeseł. 
– Najpierw trzeba mieć na to pieniądze, pamiętasz? – przypomniał mi, nastawiając wodę na herbatę. Tak mi się wydaje. – Poza tym... nie wiemy, czy nas z dnia na dzień nie wyrzucą. Po co więc robić zmiany w miejscu, gdzie nas zaraz może nie być?  
– Nie wyrzucą. A jak wyrzucą, znajdę nam inne miejsce. Nie zostaniesz bez domu – powiedziałem, uśmiechając się do niego uspokajająco. Nie wiem, co bym zrobił, ale na pewno wszystko, by tylko mu pomóc, zapewnić ciepło, bezpieczeństwo... jest wszystkim, co mam. To oczywiste więc, że muszę o niego dbać. 
– Wiem, że przy tobie się nie muszę martwić – powiedział, uśmiechając się lekko. – Sugerujemy tylko, żebyśmy z tak poważnymi i kosztownymi planami się wstrzymali. Na razie sytuacja jest dość napięta – dodał, wrzucając do kubków woreczki z herbatą. 
– Na tym festynie nie było tak źle, pamiętasz? A przecież delikatnie pokazywaliśmy, że jesteśmy kimś więcej niż przyjaciółmi – odparłem, nieco się nad tym zastanawiając. Co się później zmieniło? Może ktoś coś nagadał? Ktoś, kto ma autorytet. 
Ktoś taki, jak Ezekiel. Anioła większość ludzi słucha. No ale Miki też jest przecież aniołem. Czemu ludzie nie myślą, że skoro anioł kocha mężczyznę, to musi być to coś... dobrego? A może musimy pokazać, że się myli...? Nie, takie prowokacje mogłoby zaszkodzić nam, i jeszcze Mikleo wprawić w dyskomfort. 
– Może z czasem się do nas przekonają – mruknąłem cicho, bawiąc się własnymi palcami. 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Haru mnie zaskoczył tym chwyceniem mojej osoby w swoje ramiona. Nie spodziewałem się tego z jego strony, i nawet nie chciałem. Moje nogi przecież były zdrowe, powoli na górę bym się dostał. Ten kieliszek wina sprawił, że trochę jakoś tak nagle zmęczony się stałem. Może to też przez to, że się nie wyspałem? Trochę alkoholu mogło to zmęczenie we mnie wzbudzić. 
– Haru! – zarzuciłem ręce na jego kark, trochę jednak obawiając się, że zaraz mnie może puścić. Nie wiem, skąd mi się wzięła taka myśl. 
– Cii, babcię obudzisz – zaśmiał się cicho, kładąc mnie na tym malutkim materacu. – Ależ przyjemnie pachniesz – dodał, nachylając się do mnie i ucałował mnie w szyję. 
– Pff. Ciekawe, jak, kiedy muszę się umyć – prychnąłem cicho, uśmiechając się do niego delikatnie. Tak mi się nie chciało wstać... tu mi było tak dobrze. Tak miękko, ciepło, i że ja miałbym wstać, i przejść do łazienki, z powrotem na dół? Że też to musi być tak daleko... jak dobrze, że w akademiku i u siebie mam łazienkę bardzo blisko. 
– Cóż, zawsze możesz umyć się rano. Będziemy mieć jutro mnóstwo czasu – dodał, kładąc się obok mnie. Bardzo blisko mnie, by jakkolwiek się pomieścić tutaj. Coś czuję, że wyładuję tej nocy na podłodze. 
– Czyli co, mam pójść spać brudny? – zapytałem, delikatnie marszcząc brwi. Brzmiało kusząco, ale... nie powinienem. To przecież złe. Niepoprawne. 
– Nic się nie działo, byś był jakoś bardzo brudny. A czasem taki dzień brudasa jest bardzo dobry – odpowiedział, co mnie rozbawiło. 
– Dzień brudasa? Pierwsze słyszę – zaśmiałem się cicho, wpatrując się intensywnie w jego oczy. 
– To dzisiaj będziesz miał okazję poznać – stwierdził, szczerząc się głupio. 
– Wiesz, że i tak muszę wstać? Muszę umyć zęby, buzię, i się przebrać – odpowiedziałem, niechętnie podnosząc się z łóżka. – Równie dobrze mogę się umyć, i pachnieć dla ciebie jeszcze lepiej. 
– Skoro tego chcesz – odpowiedział, nie powstrzymując mnie. 
– Zaraz wrócę – obiecałem, podchodząc do swojej torby, by wyjąć najpotrzebniejsze rzeczy. 
– Wiesz, łazienkę mamy też jedną na górze. Ostatnie drzwi po lewej. I czekaj, dam ci jakieś światło. My takich problemów nie mamy – powiedział, chwytając za świeczkę i zaraz mi ją podając, oczywiście już odpaloną. 
– Naprawdę nie macie tutaj elektryczności? – zapytałem, dalej nie mogąc w to uwierzyć. Jak tak można żyć. 
– Tak. I woda też będzie zimna – ostrzegł mnie, na co cicho westchnąłem. Ależ oczywiście, że będzie zimna, bo żeby była ciepła, trzeba ją sobie samemu podgrzać. Ale teraz to chyba bhkbh niepotrzebny szum. Rany, jak tak można żyć. – Może ci podgrzeję wodę? 
– Nie, nie. Szybko się umyję, ale później musisz mnie mocno przytulić, bym mógł się porządnie wygrzać – poprosiłem, uśmiechając się do niego delikatnie. 

<Wilczku? c:>

Od Mikleo CD Soreya

czwartek, 15 stycznia 2026

|
Słuchałem go z uwagą, analizując każde wypowiedziane przez niego słowo. Szafa bliżej okna? W sumie to nie był taki zły pomysł, byleby tylko została umieszczona w miejscu na tyle odpowiednim, aby nie zakrywała światła. W końcu musieliśmy mieć jakiś kontakt ze światem zewnętrznym, choćby symboliczny. Poza tym faktycznie lepiej byłoby, gdyby zasłaniała bardziej łóżko, wtedy mielibyśmy odrobinę więcej intymności, czego obaj tak bardzo potrzebowaliśmy.
Jeśli chodzi o stół, mnie osobiście nie przeszkadzało, żeby stał na środku kuchni. Jednak skoro on uważał, że lepiej byłoby przysunąć go do ściany, nie miałem najmniejszego problemu z tym aby się z tym zgodzić. Czasem ustępstwa są prostsze, niż się wydaje, zwłaszcza gdy nie kosztują nas nic poza chwilową zmianą przyzwyczajeń.
No i jeszcze temat lodówki. W gruncie rzeczy dobrze byłoby, gdyby wylądowała w kuchni, byłaby bardziej dostępna i faktycznie zaoszczędziłoby to niepotrzebnych wędrówek mojemu drogiemu partnerowi. Sama myśl o tym, że nie będzie musiał co chwilę chodzić do piwnicy tylko po to aby coś mi z niej przynieść, sporo mu ułatwi.
- Myślę, że twój pomysł na przeniesienie szafy, stołu i lodówki to całkiem dobra decyzja - Odezwałem się w końcu. - Trochę się tu pozmienia, a jednocześnie będziemy odczuwać większą prywatność. Przed ludźmi którzy i tak podejrzewam, że będą tu wracać i za każdym razem oczekiwać, że jednak się rozstaniemy - Dodałem ciszej, przytulając się do ciała mojego chłopaka.
- Mówisz poważnie? Naprawdę twoim zdaniem mam rację? - Zapytał, jakby z jakiegoś powodu nie do końca wierzył w moje słowa.
Zaskoczyło mnie to. Dlaczego miałby wątpić? Przecież nigdy go nie okłamałem. Zawsze mówiłem prawdę, tylko prawdę i doskonale o tym wiedział. A przynajmniej tak mi się wydawało.
- Oczywiście, że tak - Odpowiedziałem spokojnie. - Przecież ty też potrafisz wpaść na dobry pomysł. Dlaczego uważasz inaczej? - Zapytałem, unosząc jedną brew ku górze patrząc na niego z lekkim uśmiechem, w którym kryło się więcej czułości niż ironii.
- Potrafię… a właściwie oczywiście, że potrafię - Stwierdził w końcu, spuszczając na chwilę wzrok. - Ale ty zawsze wpadasz na znacznie lepsze pomysły niż ja. - Znałem ten ton aż za dobrze. Znowu porównywał się do mnie, analizował to, kim jestem i co potrafię, dochodząc do wniosku, że sam jest gorszy. Jakby zupełnie nie dostrzegał, że każde z nas ma swoje mocne strony, inne, ale równie ważne. I on mimo, że uważa inaczej czuję, że gdyby trochę bardziej w siebie uwierzył, byłoby mu znacznie łatwiej.
- Sorey, daj spokój - Mruknąłem cicho, pochylając się bardziej w jego stronę, całując w policzek. Chciałem w ten prosty gest włożyć więcej otuchy, niż dałoby się wyrazić słowami. Odsunąłem się odrobinę, czując w sobie gotowość na drobną rewolucję w naszej chatce.
- Chodź - Dodałem łagodniej. - Im szybciej się za to zabierzemy, tym lepiej. I tak nie mamy nic lepszego do roboty, a później przygotujemy razem jakiś posiłek… może być, odpowiada ci ten pomysł? - Zaproponowałem, uśmiechając się do mojego ukochanego partnera w sposób, który miał jasno mówić, że jesteśmy w tym razem.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
Już po pierwszym łyku słodko-gorzkiego wina poczułem przyjemne ciepło rozlewające się po ciele. Smak był zaskakująco dobry, aż dziwnie było pić coś tak jakościowego, gdy na co dzień, o ile w ogóle udaje się coś kupić, sięga się raczej po najtańszy alkohol. Musiałem jednak przyznać, że dla mnie nic nie przebije whisky. To zdecydowanie najlepszy trunek, jaki kiedykolwiek miałem przyjemność pić, czy to w towarzystwie mojego pana, czy też innych znajomych.
- Muszę przyznać, że to wino jest całkiem dobre, przyznaje, że czegoś takiego dawno nie piłam - Stwierdziła babcia, delektując się winem podarowanym jej w prezencie.
- Bardzo się cieszę z pani opinii. Jeśli tylko będę mógł, na pewno jeszcze jakieś przyniosę do spróbowania - Obiecał.
Pił powoli, ostrożnie, jakby obawiał się, że nawet jedno wino może go upić. Co prawda, nigdy nie miał zbyt mocnej głowy do alkoholu, ale takie wino? Przecież nie mogło mu zaszkodzić, zwłaszcza że piliśmy je we trójkę. Co złego mogłoby się wydarzyć?
Popijając wino, rozmawialiśmy i śmialiśmy się, zupełnie jak zwyczajna rodzina, a jednocześnie tak wyjątkowa w swojej normalności. Czułem się spokojnie, bezpiecznie, jakby na chwilę świat przestał być skomplikowany.
- No nic, moi mili - Powiedziała w końcu babcia - Jestem już zmęczona. Jako starszy człowiek nie mam tyle siły co kiedyś. Pójdę się położyć, a wy, jeśli chcecie, możecie jeszcze chwilę posiedzieć. Tylko nie za długo, sen to zdrowie, a wy jesteście młodzi, potrzebujecie go znacznie więcej niż ja. - Trochę nam matkowała, ale to było zupełnie naturalne. W końcu była babcią, a babcie są jak mamy tylko starsze, bardziej doświadczone i zwykle jeszcze cieplejsze.
- Dobrze, babciu - Uśmiechnąłem się do niej ciepło, odprowadzając ją wzrokiem aż zniknęła w swoim pokoju.
Zostałem sam z moim paniczem. Wyglądał na sennego zmęczonego, a może lekko wstawionego? Czy to w ogóle było możliwe? Sam nie byłem tego pewien. Jeszcze nie potrafiłem tego rozgryźć.
- Jak się czujesz? Wszystko w porządku? - Zapytałem, kładąc dłoń na jego policzku.
Uśmiechnąłem się do niego ciepło i pochyliłem, by złożyć pocałunek na tym ślicznym czole, które tak bardzo kochałem. Kochałem go całym sobą jego oczy, uśmiech, ten uroczy nosek i miękkie, delikatne usta. Dla mnie był po prostu idealny, pod każdym względem.
- Czuję się całkiem dobrze, chociaż… - Ziewnął cicho, zakrywając dłonią usta. - Jestem już trochę zmęczony i chyba chciałbym się położyć - Stwierdził, wtulając się mocniej w moją ciepłą dłoń, jakby szukał w niej spokoju i bezpieczeństwa.
- Rozumiem. W takim razie… idziemy się położyć? - Zaproponowałem, przytulając go mocno do siebie.
Chciałem ukryć go w swoich ramionach, osłonić przed całym światem. Kochałem to jego drobne, piękne ciało delikatne, a jednocześnie tak bardzo moje, że aż serce ściskało mi się z tej czułości.
- W sumie to całkiem dobry pomysł. Do łóżka chętnie bym się już położył - Przyznał spokojnie.
Nie czekając dłużej, wsunąłem ręce pod jego ciało i chwyciłem go w ramiona, podnosząc ostrożnie, jak najcenniejszy skarb. Niosłem go do łóżka z uśmiechem, jakby był moją piękną panną młodą lekką, ukochaną i całkowicie bezpieczną w moich objęciach.

<Paniczu? C:>

Etykiety