Zastanawiałem się przez chwilę, rozważając jego prośbę i próbując zrozumieć, czego tak naprawdę szuka. Wiedziałem, że chce dowiedzieć się czegoś o swojej matce, czy wciąż żyje, czy być może gdzieś tu jest, blisko. Ale jeśli rzeczywiście by tu była… czy naprawdę ukrywałaby się przed własnym synem?
Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej wydawało mi się to możliwe. Jego ojciec przecież robił dokładnie to samo, ukrywał się przed nim przez cały ten czas, a prawdę wyznał dopiero w przypływie gniewu. Skoro on był do tego zdolny, czy ona nie mogłaby? Tylko… czy miałaby ku temu powód?
Może wstyd. Wstyd tego, że porzuciła własne dziecko. Ale wtedy pojawiało się kolejne pytanie, dlaczego? Dlaczego go porzuciła? Dlaczego oboje z niego zrezygnowali? Co tak naprawdę kryje się za tą historią, której nikt nigdy nie chciał opowiedzieć do końca?
Chciałem pomóc mojemu partnerowi odkryć prawdę, ale nie wiedziałem jak. Kogo zapytać? Kto mógłby wiedzieć coś o dziecku, które Ezekiel porzucił i kto jednocześnie chciałby nam pomóc? Nie miałem pojęcia. Może ta starsza pani z biblioteki, obserwująca wszystko z dystansu i pamiętająca więcej, niż się wydaje? A może ktoś ze starszyzny?
Tylko czy starszyzna rzeczywiście zechciałaby nam pomóc? Obawiałem się, że są przyjaciółmi jego ojca, że mogą chcieć chronić jego tajemnice, nawet kosztem prawdy należnej jego synowi. Ale czy to oznaczało, że powinniśmy zrezygnować? Wręcz przeciwnie. Jeśli nie spróbujemy, nigdy się nie dowiemy. Nigdy nie poznamy ich perspektywy ani powodów, które nimi kierowały. A prawda, nawet bolesna, zawsze jest warta tego, by jej szukać.
W końcu otrząsnąłem się, myśleć bardziej trzeźwo niż on sam. Może dlatego, że ta historia nie raniła mnie bezpośrednio tak jak jego. Bolało mnie patrzeć na jego cierpienie, ale to nie był mój ból i właśnie dlatego mogłem myśleć jaśniej.
- Sorey - Zacząłem ostrożnie. - Obawiam się, że jeśli naprawdę chcesz poznać prawdę, będziemy musieli tu jeszcze zostać. Musimy wzbudzić w ludziach dobre emocje, sprawić, by nas polubili… albo przynajmniej nie odrzucili. Żeby nam zaufali, a nie się bali czy traktowali gorzej. - Zamilkłem na moment, dobierając słowa. - A zaufanie rodzi się tylko z rozmowy. Musimy być wśród nich, rozmawiać, zaprzyjaźnić się. Dopiero wtedy pojawi się szansa, że ktoś zechce powiedzieć nam prawdę. A wtedy będziemy mogli odejść, gdy dowiesz się, co stało się z twoją mamą. - Chciałem być przy nim. Chciałem zabrać ten ból, który w nim widziałem, ale wiedziałem, że nie mogę zrobić wszystkiego. Jako partner mogłem jednak jedno, pomóc mu najlepiej, jak potrafię. I zamierzałem to zrobić, bez względu na to, dokąd zaprowadzi nas ta prawda.
- Chcesz… mimo tego wszystkiego, co się stało, zostać tu ze mną i odkryć tę tajemnicę? - Zapytał cicho. - Przecież możesz odejść. Możesz znaleźć bezpieczny dom, zacząć od nowa… i porzucić mnie. I tak na ciebie nie zasługuję. - Znów mówił rzeczy, które raniły go bardziej niż kogokolwiek innego. Słowa podszyte strachem, nie prawdą.
Westchnąłem cicho i spojrzałem na niego uważnie, chcąc, by zobaczył w moich oczach to, czego sam nie potrafił w sobie dostrzec.
- Mówiłem ci już. Mój dom jest tam, gdzie ty. A skoro chcesz tu zostać, żeby dowiedzieć się, kim naprawdę jesteś i co stało się z twoją mamą… zostanę z tobą. Razem spróbujemy rozwikłać tę zagadkę. Nie dlatego, że muszę. Tylko dlatego, że chcę. - Pochyliłem się i pocałowałem go delikatnie w policzek nieśpiesznie, z czułością. Chciałem, żeby wiedział.
Że nie jest sam. Że nie musi na nic zasługiwać, by ktoś przy nim został.
I że będę obok tak długo, jak tylko pozwoli mi przy nim być.
<Pasterzyku? C;>