Od Mikleo CD Soreya

czwartek, 29 stycznia 2026

|
 Oczywiście, że miałem rację. Czułem, że dzięki mojemu wsparciu podniesie się, że poradzi sobie z tym drobnym problemem, który akurat teraz go dopadł. Wiedziałem, że właśnie tego najbardziej potrzebuje, obecności, poczucia, że ktoś jest przy nim bez względu na wszystko.
A ja byłem. I będę tak długo, jak tylko mi na to pozwoli.
Pomogę mu dowiedzieć się, kim są jego rodzice, a raczej, kim jest jego mama i dlaczego go zostawiła. O ojcu zdążyliśmy już dowiedzieć się wystarczająco dużo. I szczerze? Tak okropnego ojca, jakiego ma on, nie życzę nikomu. Nigdy nie chciałbym mieć rodzica, który potrafi zachowywać się w tak podły, bezduszny sposób.
Położyliśmy się razem do łóżka, szczelnie okrywając się kołdrą i ogrzewając nawzajem swoje ciała. Leżeliśmy w ciszy, wtuleni w siebie, i właśnie to było nam w tej chwili najbardziej potrzebne. Nasza bliskość, nasze towarzystwo, nawet milczenie.
To nie była zła cisza. Wręcz przeciwnie. Była spokojna, kojąca, dawała poczucie bezpieczeństwa. Tego wewnętrznego spokoju, którego obaj tak bardzo teraz potrzebowaliśmy.
Sorey wtulony w moje ciało wyglądał na śpiącego. Na bardzo zmęczonego. Czułem, jak powoli zasypia w moich ramionach, oddychając coraz ciszej i równiej. A ja… ja również czułem ten komfort psychiczny, który przychodzi tylko wtedy, gdy obok jest ktoś naprawdę bliski.
Zamknąłem oczy i zasnąłem, mając przy sobie osobę, którą kochałem.

Wtulony w jego ciało obudziłem się dopiero wtedy, gdy mój partner poruszył się na łóżku. Przeciągnął się leniwie, rozprostowując zmęczone mięśnie, a potem objął mnie mocniej ramionami, jakby chciał upewnić się, że wciąż tu jestem.
- Lepiej się czujesz? - Zapytałem cicho, gdy tylko zauważyłem, że już nie śpi. Patrzył na mnie uważnie swoimi wielkimi, zielonymi oczami, w których wciąż czaiło się zmęczenie.
- Trochę tak… - Odpowiedział po chwili. - Chociaż czy mogę czuć się lepiej, wiedząc, że mój ojciec mnie nienawidzi? - Wciąż zbyt mocno to przeżywał. Oczywiście, chciał mieć rodzinę. Chciał mieć tatę i mamę, jak każde dziecko, które nigdy ich tak naprawdę nie miało. Ale nic nie zmieni faktu, że jego ojciec jest homofobem i nie potrafi zaakceptować tego, że jesteśmy razem. Że jesteśmy szczęśliwi.
- On cię nie nienawidzi - Powiedziałem spokojnie, uśmiechając się do niego delikatnie. - On po prostu nie rozumie tego, że kochasz mężczyznę. Chciałby, żebyś był taki jak on. „Normalny” w jego oczach. Żebyś kochał kobietę, tak jak on. - Sorey słuchał uważnie, nie przerywając. - Ale to nie znaczy, że uważa cię za złego człowieka - Dodałem ciszej. - Dla niego jesteś raczej zagubiony. I on desperacko chce zrobić wszystko, żebyś znów był „normalny” w jego rozumieniu. - Zawsze potrafiłem tłumaczyć rzeczy, które dla innych były zbyt skomplikowane. Zwłaszcza wtedy, gdy chodziło o emocje.
- Jak ty to robisz? - Zapytał, kładąc dłoń na moim policzku.
- Co takiego robię? - Dopytałem, unosząc jedną brew, nie do końca rozumiejąc, o co mu chodzi. Przecież tylko powiedziałem to, co myślę. Niczego nadzwyczajnego. Nie użyłem żadnej mocy, nie uchroniłem go przed okrutnymi myślami, które męczą jego głowę. Po prostu rozmawiamy… To normalne. Może nawet trochę mu pomaga.
- Potrafisz wyciągnąć choć odrobinę dobra nawet z najgorszych sytuacji - Stwierdził cicho, jego spojrzenie pełne było szczerego zdziwienia i podziwu.
- Ja po prostu widzę dobro w każdym, nawet jeśli ktoś na nie nie zasługuje - Odpowiedziałem, uśmiechając się delikatnie do niego.
Sorey odwzajemnił mój uśmiech, a w jego oczach pojawiła się ta spokojna, ciepła pewność, która zawsze sprawiała, że moje serce biło szybciej.

<Pasterzyku? C:>

Etykiety