Od Soreya CD Mikleo

piątek, 30 stycznia 2026

|
 Ja bym w życiu nie potrafił być taki, jak on. Są dla mnie rzeczy, które są niewybaczalne. Może od razu porzucenie dziecka nie jest aż tak straszne, zależy od powodu, ale jak na razie w ogóle nie widzę żadnej dobroci w nim. Widzę tylko wrogość. Obrzydzenie. Co prawda, jak byłem mały, to jeszcze nie mogli tego wiedzieć, ale i tak coś we mnie sprawiło, że nie wychowałem się tutaj. Może też dziadek Mikiego by coś wiedział... ale nie wiem, czy chciałbym z nim rozmawiać. Zawsze był nieprzyjemny wobec mnie. I Mikleo. I chyba w sumie każdego, ale wobec Mikleo i mnie to wyjątkowo chłodny był. Oby ta pani bibliotekarka coś wiedziała. Bo jeżeli nie ona... to co ja zrobię? Nie zostanie mu już nic. 
– Jesteś niesamowity – odpowiedziałem, tuląc go mocno do siebie. – A ja chyba muszę wstać do pracy – dodałem, czując się, jakbym połknął głaz. Taki lodowaty. Albo ogromną bryłę lodu. Coś czuję, że jedyne, po co tam pójdę, to po pieniądze, jakie zarobiłem przez te kilka dni. Będzie tego dużo, ale może tak starczy na te kilka dni? Oby tak. Muszę mniej jeść, i mniej kupować, to jakoś to może będzie. 
– Może ja bym coś znalazł? Wiem, że umowa była inna, ale sytuacja troszkę się zmieniła – zaproponował, gładząc mój policzek. 
– Coś czuję, że będziesz musiał. Bo wrócę zaraz, z kilkoma monetami zaledwie i bez zatrudnienia – powiedziałem, powoli podnosząc się do siadu. Oby tylko oszczędził mi zbędnych słów. Wystarczy, że mi powie, że już mogę nie przychodzić. 
– Damy sobie radę. Zawsze – obiecał, składając na moim policzku delikatny pocałunek. – Przygotować ci coś do jedzenia? – zaproponował, na co pokręciłem głową. 
– Nie, dziękuję. Mam tak ściśnięty żołądek, że nic nie przełknę. Nawet kawy – odparłem, wstając z łóżka. – Śpij. Nie przejmuj się mną. 
– Żeby to było takie proste – cicho westchnął, odprowadzając mnie spojrzeniem do łazienki. 
Szybko się ogarnąłem. Nie miałem w końcu za dużo do roboty. A jeszcze szybciej wróciłem z roboty. Tak jak podejrzewałem, kiedy błogosławieństwo ojca się skończyło, skończyła się i praca, chociaż kowal zgonił to na niezadowalające wyniki, i wręczył mi małą sakiewkę z kilkoma monetami. Mimo, że tego się właśnie spodziewałem poczułem, jakby mi ktoś tak w twarz przyłożył. Trochę zdołowany, zawstydzony, wróciłem do domku. Ci, którzy wstali taką wczesną porą, czy to na zakupy, od pracy, na pole, wpatrywali się we mnie intensywnie, szeptając między sobą i wskazując na mnie palcami. Z jednej strony czułem wstyd, i chciałem zapaść się pod ziemię. A z drugiej byłem na nich wściekły. Aż tak głupi to ja nie jestem, by nie dostrzegać tych wszystkich paluchów i nie słyszeć szeptów. Traktowali mnie jak trędowatego... za co? Za to, że kocham? Przepraszam, że jestem człowiekiem, i mam uczucia. 
Wszedłem do domku bez słowa. Rzuciłem lichą sakiewkę na stół, a następnie usiadłem na krześle, podciągając kolana pod brodę i ukryłem się pod skrzydłami. Zarobiłem mniej pieniędzy niż podejrzewałem... i co ja teraz zrobię? Za co będziemy żyć? Za co ja będę żyć. Niby widziałem, ale jednak... trochę się łudziłem, że może jakoś to będzie. Coraz więcej jednak kłód było pod moimi nogami, i sukcesywnie się o nie potykałem... 

<Owieczko? c:>

Etykiety