Mimo szczerej niechęci nałożyłem na twarz przysłowiową maskę szeroki, sztuczny uśmiech i ruszyłem na miasto wraz z moim partnerem, by zrobić zakupy, o które prosiła moja babcia. Nie miałem na to najmniejszej ochoty, ale nie potrafiłem jej zawieść. Nie mogłem powiedzieć nie. Przecież ona sama na zakupy… Oczywiście mogła pójść sama, ale po co?
Byłem jej wdzięczny. Za to, że mnie wychowała. Za to, że pomogła mi w najtrudniejszych momentach mojego życia. Za to, że zaprosiła mnie i mojego partnera do siebie, chcąc spędzić z nami czas, stworzyć choć namiastkę rodzinnego ciepła. W tej chwili nie mogłem zachowywać się tak, jakbym czegoś od niej oczekiwał. Skoro sam potrzebowałem pomocy, byłem zobowiązany, jako jej wnuk, pomóc jej bez narzekania. Nawet jeśli wyjście do miasta, miejsca pełnego ludzi, którzy mnie nienawidzą, miało kosztować mnie więcej, niż chciałem przyznać.
Chwyciłem dłoń mojego partnera i wziąłem kilka głębokich wdechów oraz wydechów, zanim opuściliśmy dom. Starałem się nie myśleć negatywnie, te myśli zawsze kończyły się nieprzyjemnym uciskiem w żołądku i jeszcze większą niechęcią do miejsca, które tak bardzo mnie stresowało. Każdy krok w stronę drzwi był jak mała walka z samym sobą.
- Nie musisz się stresować - Odezwał się Daisuke, najwyraźniej wyczuwając moje emocje, które zapewne uderzały w niego ze zdwojoną siłą. - W razie czego powiem im, co o nich myślę.
- Przepraszam - Przyznałem cicho, nerwowo drapiąc się po głowie i uśmiechając się do niego przepraszająco. - Nie chcę obarczać cię swoimi emocjami, ale… nie potrafię nad tym zapanować. - Przyznałem, czując się źle z powodu swojego nieświadomego zachowania.
- Haru, nie mam do ciebie o nic pretensji - Odpowiedział spokojnie. - Będzie dobrze. Nie przejmuj się ludźmi. Oni zawsze będą gadać, bez względu na to, co by się działo. Komentować potrafią wszyscy, ale zrozumieć… już nie. - Jego słowa działały jak kotwica. Nawet nie wiedział, jak bardzo mi w tej chwili pomagał, samą obecnością, spokojem w głosie i ciepłem dłoni, której nie puszczał ani na moment.
Uśmiechnąłem się do niego łagodnie, wchodząc do miasta, gdzie niemal natychmiast zetknąłem się ze spojrzeniami, ciężkimi, nachalnymi, przytłaczającymi. Czułem je na sobie jak dotyk, którego nie chciałem, jak coś, co wdzierało się pod skórę i powoli odbierało mi siły. To one męczyły mnie najbardziej. To ich bałem się od zawsze. A jednak, z dwojga złego, wolałem znosić spojrzenia niż słowa, słowa potrafiły ranić głębiej, boleśniej niż jakikolwiek cios zadany dłonią.
Chciałem tylko kupić to, co najważniejsze, i wrócić do domu. Nic więcej. Trzymałem się tej myśli kurczowo, jakby była jedyną rzeczą, która mogła utrzymać mnie w równowadze. Zrobię tylko to, co muszę, a muszę zrobić zakupy, powtarzałem sobie w myślach, a potem wrócę. Nic innego nie ma znaczenia.
Podążałem przed siebie, idąc wyznaczoną w głowie trasą, skupiony wyłącznie na kolejnych punktach, które musieliśmy odwiedzić. Nie patrzyłem na ludzi. Unikałem ich wzroku, jakby kontakt z nim mógł mnie złamać. Spoglądałem jedynie na mojego partnera, na jego spokojny uśmiech, który nie znikał z twarzy. Cały czas był obok, próbując podnieść mnie na duchu, osłonić choć w niewielkim stopniu przed oceną ludzi, którzy i tak już dawno wiedzieli swoje, nawet mnie nie znając.
<Paniczu? C:>