Od Soreya CD Mikleo

czwartek, 29 stycznia 2026

|
 Jaki on był kochany... Robił wszystko, by mnie pocieszyć, chociaż ja już powoli zacząłem tracić nadzieję, że cokolwiek uda się nam ustalić. Znaczy, mnie. To wszystko jest bardziej skomplikowane, niż początkowo się wydawało. Miałem chęci, owszem, ale im dłużej się nad tym zastanawiałem, myślałem, tym więcej widziałem problemów. Z ojcem, znaczy się Ezekielem, nie mam co rozmawiać. Nie, póki myśli, że miłość do osoby tej samej płci to coś złego. Może być kim sobie tam chce, nie obchodzi mnie to, jak chce, może się mnie nawet wyrzec. Nie będzie mi tego szkoda. Od zawsze to Mikleo był moją rodziną, ale i tak... chcę wiedzieć, dlaczego. Co wtedy we mnie ujrzeli, że postanowili mnie oddać starszemu Serafinowi. I czemu tenże Serafin przekazywał mnie dalej. 
– Może być coś słodkiego. Chociaż, z chęcią bym się napił czegoś procentowego – powiedziałem, nie odsuwając się od niego chociaż na milimetr. Był wszystkim, co miałem. Jak go stracę, nie będę miał nic. 
– Słodkiego mamy, ale niestety, nic procentowego – pokręcił przecząco głową, nieco rozbawiony. – I nie wiem, czy ktokolwiek by ci sprzedał alkohol. 
– Teraz to wątpię, by ktokolwiek mi cokolwiek sprzedał. Pewnie o pracy też już mogę zapomnieć – cicho westchnąłem, trochę zestresowany. Pracowałem raptem kilka dni, wypłata będzie niewielka, o ile w ogóle ją dostanę, a już niedługo trzeba będzie zrobić zakupy. Może... powinienem zacząć mniej jeść? Ale to też nie ma sensu, te produkty prędzej czy później się zepsują. 
– Przecież nie skażą nas tutaj na śmierć głodową, tak? – uśmiechnął się delikatnie, zalewając gorącą wodą czekoladę. Ale nie taką, którą to ja robiłem, tylko trochę jej ułatwioną wersję. No ale, też była dobra. Wszystko, co było czekoladowe, było dobre. – Ułoży się. Pokażemy im, że nie jesteśmy tak źli, jak nas przedstawia Ezekiel. Wszystko będzie dobrze – odwrócił się w moją stronę, a następnie chwycił w dłonie moje policzki. – Nie myśl o tym teraz. Nie ma to sensu, wiesz? Jutro też jest dzień, a dzisiaj musisz się odstresować – dodał, składając na linii mojej żuchwy delikatny pocałunek. – Chodźmy. Połóżmy się. Wypijmy. I zobaczysz, będzie zupełnie inaczej – obiecał mi, wkładając mi w dłoń jeden z kubków. 
– Obyś miał rację – powiedziałem cicho, idąc za nim do łóżka, by zakopać się w pierzynie. Jak już zdążyłem przyzwyczajać się do kwestii, że moja rodzina zawsze będzie dla mnie zagadką, tak teraz nagle los wyskakuje mi z czymś takim. I nie wiem, co gorsze. Ta niewiedza, czy świadomość? I jeszcze jego słowa o ogniu we mnie... a jak nie zdołam nad nim zapanować? I znowu skrzywdzę Mikleo? Albo kogoś zupełnie niewinnego? Dopóki nie zacząłem czuć silnej złości, nawet nie miałem pojęcia, że mam w sobie coś z ognia. I nie do końca wiem, jak nad tym panować, albo co mogę z nim zrobić.

<Owieczko? c:>

Etykiety