Od Mikleo CD Soreya

niedziela, 18 stycznia 2026

|
Nie byłem pewien, dlaczego Sorey był aż tak pozytywnie nastawiony do całej tej sytuacji. Przyzwyczają się,  powtarzał. Ale jak mieliby się przyzwyczaić? Gdyby było to możliwe, stałoby się już dawno. Nie byliśmy tu od wczoraj. Nie robiliśmy nic złego. Dlaczego więc Ezekiel tak bardzo nalegał, abyśmy się rozstali? Co takiego mu robiliśmy?
Owszem, byliśmy aniołami. Ja. przynajmniej w teorii, wysoko postawionym serafinem. W praktyce jednak byłem w tym świecie tak samo nieznaczący jak każdy inny anioł. Tytuł nie chronił przed odrzuceniem. Skrzydła nie dawały bezpieczeństwa.
Westchnąłem cicho i wtuliłem się w mojego partnera, szukając w nim poczucia bezpieczeństwa. W świecie, w którym nie było dla mnie miejsca, przy nim czułem się choć trochę u siebie. To miejsce, ta ziemia, to życie, nie miało dla mnie większego znaczenia. Liczyło się tylko to, że byłem u boku osoby, którą kochałem.
Gdyby nie on, pewnie nadal mieszkałbym w tej starej, zniszczonej chatce, bez perspektyw i bez nadziei. U boku dziadka, który nigdy mnie nie lubił. Czułem też, że Sorey nie budził w nim sympatii i chyba właśnie to było największym problemem. Teraz do tej listy dołączył Ezekiel.
Może nie nienawidził nas bezpośrednio. Może nienawidził tego, co robiliśmy. Tego, kim byliśmy razem. Bo przecież miłość dwóch mężczyzn to, według niektórych grzech. A jednak Bóg nigdy nie powiedział, że nie wolno nam kochać. Stworzył mężczyznę i kobietę, by tworzyli rodzinę, tak. Ale jeśli mężczyzna kocha mężczyznę, co w tym złego? Czasami naprawdę nie rozumiałem sposobu myślenia innych.
Nie chcąc dłużej drążyć tego tematu, postanowiłem po prostu spędzić miły dzień z moim partnerem, tym, którego kochałem ponad własne istnienie.
Dzień był spokojny. Cichy. A jednocześnie bardzo przyjemny. Jeden z tych, których absolutnie się nie żałuje.

Kolejnego dnia, gdy Sorey wyszedł do pracy, pogoda w końcu się poprawiła, przygotowałem mu posiłek. Zrobiłem kawę, życzyłem miłego dnia i znów zostałem sam.
Nie mając zbyt wiele do roboty, zabrałem się za sprzątanie. Starannie wytarłem szafki, umyłem łazienkę, a potem zacząłem przygotowywać obiad, żeby po powrocie do domu miał coś ciepłego do zjedzenia.
Kiedy kroiłem warzywa, usłyszałem ciche pukanie do drzwi. Przyznam, że trochę mnie to zaskoczyło.
Niepewnie je otworzyłem i zobaczyłem Ezekiela. Znów tu był. Tylko po co tym razem?
- Dzień dobry. Soreya nie ma w domu - Powiedziałem chłodno, dając mu jasno do zrozumienia, że jeśli czegoś chce, powinien przyjść później.
- Wiem - Odparł. - Przyszedłem do ciebie. Chciałem porozmawiać o waszym związku.
Nie czekając na zaproszenie, wszedł do środka, jakby był u siebie.
- Przepraszam bardzo - Powiedziałem stanowczo - Ale ja się z nim nie rozstanę. A on nie rozstanie się ze mną.
Ezekiel uśmiechnął się delikatnie, aż zbyt spokojnie. Podszedł bliżej, zanim zdążyłem zareagować, i bez ostrzeżenia chwycił moje policzki, zmuszając mnie, bym spojrzał mu w oczy.
- Posłuchaj mnie, gówniarzu - Syknął. - Macie się rozstać. W innym wypadku zrobię wszystko, żeby was rozdzielono. - Złość ścisnęła mi żołądek.
- Proszę stąd wyjść i dać mi spokój - Rozkazałem, wyrywając twarz z jego uścisku.
Jego spojrzenie stwardniało.
- Macie kilka dni. Jeśli się nie rozstaniecie… będziecie tego żałować - Warknął.
Po tych słowach opuścił chatkę, zostawiając mnie samego, zmartwionego, roztrzęsionego i boleśnie świadomego, że to dopiero początek problemów.

<Pasterzyku? C:>

Etykiety