Od Soreya CD Mikleo

środa, 21 stycznia 2026

|
 Wpatrywałem się w niego całkowicie zszokowany. Jak to kurwa ojcem? To jest w ogóle możliwe, by ten buc, dla którego jest ważna tylko i wyłącznie opinia i patrzy tylko na czubek własnego nosa, jest moim ojcem? Jeśli to miał być mój ojciec, to wolałbym go nie mieć. Zdecydowanie baedzi podoba mi się ta mała ta mała rodzina, którą stworzyłem z Mikleo. Na nim mogłem polegać, w przeciwieństwie do niego. On przy mnie był zawsze... prawie zawsze. Gdyby nie jego dziadek, bylibyśmy zawsze razem.
– Nie byłeś obecny przez całe moje życie, więc nie masz prawa mówić mi, co mam mówić i z kim mam być – syknąłem, czując jeszcze większą wściekłość, a nie sądziłem, że jest to możliwe. Ta jego niby troska była fałszywa. Chciał mnie po prostu uzależnić od siebie, sprawić, bym był mu wdzięczny i tańczył, jak mi zagra... a ja się dałem. Potrzebowałem pieniędzy, by móc jakkolwiek przeżyć, i to mnie zaślepiło. 
– Żyjesz tylko dzięki mnie, masz być mi wdzięczny – odparł, a jego głos był przesiąknięty jadem. Nie wiem, jak powinien zachować się ojciec, nigdy takiego nie miałem, i całe szczęście. Teraz wiem, że nic nie straciłem. 
– Za co? Za to że mnie oddałeś na drugi kraniec świata? Że byłem przerzucany z rodziny do rodziny jak niechciane dziecko? Faktycznie, to może zrobić tylko kochający ojciec – warknąłem, mrużąc gniewnie oczy. 
– Auć – cichy syk bólu mojego Mikleo trochę mnie sprowadził na ziemię. Zerknąłem w jego stronę i zobaczyłem, że oparzyłem jego rękę. I to naprawdę mocno. Od razu puściłem jego rękę, czując wyrzuty sumienia. To nie on powinien cierpieć na tym wszystkim. 
– Już nad sobą nie panujesz. Jeszcze trochę i zaczniesz być zagrożeniem dla wszystkich wokół. Musisz się trzymać mnie, mogę ci pomóc nauczyć się panować nad ogniem w sobie – od razu zaczął Ezekiel, co znów mnie zdenerwowało. 
– Musisz to ty zostawić mnie w spokoju. Wszystko było w porządku, dopóki się nie pojawiłeś w moim życiu – odpowiedziałem, wysuwając skrzydła i unosząc się w powietrze. Nie mogłem być przy Mikim. Nie w takim stanie. I chociaż bardzo chciałem mu pomóc zdawałem sobie sprawę, że znów bym go jeszcze skrzywdził, a tego bym nie zniósł. Już i tak się teraz popisałem. Muszę się uspokoić... ochłonąć. Czułem, jak krew w moich żyłach wrze, i to raczej nie jest przesada. Mój ojciec... Ezekiel mówił coś o ogniu we mnie. Czasem jak się denerwowałem, czułem, jakby się coś we mnie gotowało, ale byłem pewien, że każdy tak miał. Tak się przecież mówi, ciśnienie się podnosi, ludzie się robią czerwoni... A we mnie dosłownie tli się jakiś ogień. Jeżeli tak, to zdecydowanie nie powinienem być przy Mikim. Woda i ogień... to się za bardzo nie łączy. Jeden większy wybuch i znów go skrzywdzę. 

<Owieczko? c:>

Etykiety