Od Mikleo CD Soreya

piątek, 23 stycznia 2026

|
W żadnym wypadku nie zaskoczyło mnie zachowanie Soreya. Był wściekły i miał do tego pełne prawo. Tylko… dlaczego zostawił mnie samego z tym mężczyzną? To akurat mógł sobie darować.
Westchnąłem cicho, zerkając na Ezekiela. Mężczyzna był wściekły i nawet nie próbował tego ukrywać. Biła od niego potrzeba kontroli, nad swoim s… synem.
Wciąż nie potrafiłem uwierzyć, że Sorey jest synem tego człowieka. To było niedorzeczne. Wręcz absurdalne.
Ezekiel rzucił mi jeszcze jedno pogardliwe spojrzenie, po czym zniknął mi z oczu, pozostawiając mnie samego, lekko skołowanego i z ciężarem, którego wcale nie chciałem dźwigać.
Zmartwiony stanem mojego partnera ruszyłem na jego poszukiwania.
Nie wiedziałem dokładnie, gdzie może się znajdować, ale miałem pewne przypuszczenia. W końcu magiczne miejsce, do którego mnie zabrał zaraz po naszym przybyciu, nie było zbyt popularne. Nie widziałem, aby ktokolwiek poza nami kiedykolwiek tam przebywał.
Postanowiłem więc od razu ruszyć właśnie tam. Czułem, że będzie chciał się ukryć przed całym światem i z jakiegoś powodu również przede mną, choć tak naprawdę wcale nie musiał.
Nie miałem do niego żalu o to, że poparzył moją dłoń. Jako serafin wody zdążyłem już uleczyć oparzenia. Jedyną rzeczą, której teraz pragnąłem, było przytulić mojego partnera, pocieszyć go i dać mu to, czego najbardziej w tej chwili potrzebuje.
Tak jak podejrzewałem, znalazłem go nad jeziorem.
Siedział tam samotnie, niemal wtapiając się w otoczenie, jakby próbował zniknąć. Ukrywał się przed całym światem. Mój biedaczek… naprawdę przejął się tym wszystkim, choć wcale nie musiał. Nic mi się nie stało. A on sam powinien mieć czas, by oswoić myśl o prawdzie dotyczącej jego ojca.
Niestety, czy mu się to podobało, czy nie, musiał to zaakceptować. Albo zostaniemy tutaj, pod czujnym okiem mężczyzny, który jedynie go spłodził, albo odejdziemy i znajdziemy własne, bezpieczne miejsce.
- Sorey - Odezwałem się cicho, podchodząc bliżej ukochanego.
- Miki… nie podchodź. Zrobię ci krzywdę - Wydusił a w jego oczach, obok gniewu i smutku, dostrzegłem łzy. Widok ten łamał mi serce.
- Jakoś niespecjalnie się ciebie boję - Przyznałem spokojnie, siadając obok niego. Na moich ustach pojawił się ciepły, łagodny uśmiech.
- Powinieneś odejść. Już cię oparzyłem. Już jestem w stanie cię skrzywdzić. A co będzie później? Jeśli znów się rozgniewam? Jeśli stracę kontrolę? Jeśli naprawdę coś ci zrobię? Nie przeżyję tego… nie ze świadomością, że skrzywdziłem ukochaną osobę. - Jego głos drżał. - Powinieneś znaleźć kogoś innego. Kogoś lepszego. Ezekiel miał rację. My nigdy nie powinniśmy być razem. Serafin wody i anioł ognia? To do siebie nie pasuje. - To nie był mój Sorey. Nie ten, którego znałem i kochałem. Zniknęły jego ciepło, pewność siebie i iskra, którą tak bardzo w nim uwielbiałem. A to martwiło mnie najbardziej.
- Sorey, jeśli dziś chcę być z kimkolwiek, to tylko z tobą. Nie obchodzi mnie to, że twoje moce są związane z ogniem. Nie obchodzi mnie, że czasem mnie poparzysz. Potrafię się leczyć. Potrafię wiele znieść. I nie przeszkadza mi to, kim jesteś. - Delikatnie uniosłem dłoń i położyłem ją na jego policzku, nie przejmując się gorącem jego skóry. To było najmniejszym problemem. - Kocham cię. I jestem wdzięczny za wszystko, co mi dałeś. Nie opuszczę cię tylko dlatego, że teraz jest ci ciężko. Tak jak ty nie opuściłeś mnie wtedy, gdy naprawdę powinieneś. - Zaczerpnąłem oddechu.- I nie słuchaj tego głupka. To, że dał ci życie, nie czyni go twoim ojcem. Ojcowie wychowują. Chronią. Kochają. Nie pojawiają się po latach tylko po to, by pociągać za sznurki - Patrzyłem na niego z nadzieją, że moje słowa choć trochę do niego dotrą. Że ogień w jego sercu przestanie niszczyć, a znów zacznie ogrzewać.

<Pasterzyku? C:>

Etykiety