Od Mikleo CD Soreya

środa, 21 stycznia 2026

|
Sorey szczerze mnie zaskoczył. Dokąd on właściwie idzie? Co chce osiągnąć? Czy naprawdę zamierza kłócić się z Ezekielem? Przecież jeśli zacznie się awanturować, ten mężczyzna naprawdę nas stąd wyrzuci. Czy w takim razie ma to jakikolwiek sens? Moim zdaniem, nie. Powinien odpuścić. Nic się nie stało. To była tylko pusta, nic nieznacząca groźba, nie było powodu, by aż tak się nią przejmować. Przecież jeszcze nic złego nam nie zrobił.
- Sorey, zaczekaj - Ruszyłem za nim, nie chcąc, by szedł tam sam. Miałem nadzieję, że zdążę przemówić mu do rozsądku, zanim będzie za późno. Przecież obaj nie chcieliśmy problemów, po co więc sami mielibyśmy brać je sobie na barki? - To nie ma sensu. Co ty w ogóle chcesz zrobić? Uspokój się, weź kilka wdechów i wróćmy do domu. - Chwyciłem jego dłoń, próbując za wszelką cenę go zatrzymać, choćby na chwilę. Kilka oddechów. Tylko tyle. To musiało wystarczyć.
- Miki, nie mogę mu na to pozwolić - Warknął.-  Nie mogę pozwolić, żeby tak cię traktował. Powiem mu, co o nim myślę. - Nie zwracając uwagi na mój uścisk, wyszarpnął dłoń i ruszył dalej, zdecydowany, by odnaleźć mężczyznę.
Natychmiast pobiegłem za nim, próbując jeszcze coś wytłumaczyć, uspokoić go, zrobić cokolwiek, byle tylko nie doszło do tego spotkania. Byle tylko Sorey nie stanął twarzą w twarz z Ezekielem.
I co ja miałem teraz zrobić? Mówiłem, prosiłem, próbowałem go zatrzymać, ale on… on już mnie nie słuchał. Całą swoją uwagę skupiał wyłącznie na nadchodzącym spotkaniu z mężczyzną, który w jakiś sposób próbował nam zaszkodzić.
- Sorey, on nas stąd wyrzuci. Proszę cię… - To były ostatnie słowa, jakie zdołałem z siebie wydusić, zanim stanął twarzą w twarz z Aniołem.
- Sorey? - Odezwał się Ezekiel spokojnym tonem. - Co cię do mnie sprowadza? - Zachowywał się tak, jakby w ogóle nie pamiętał tego, co zrobił. Jakby to nie miało żadnego znaczenia. Jakby nic złego nigdy się nie wydarzyło.
- Mnie? - Warknął Sorey. - Jak śmiałeś przyjść do Mikiego, kiedy byłem w pracy, i jeszcze go straszyć? Jakim prawem? - Nie poznawałem go. Był wściekły, napięty, jakby ledwo panował nad sobą.
- Przyszedłem do was - Odparł Ezekiel chłodno - Ponieważ nie możecie być razem. - Te słowa tylko dolały oliwy do ognia i sprawiły, że gniew mojego partnera zapłonął ze zdwojoną siłą.
- Nie możemy być razem? - Prychnął Sorey. - A co cię to w ogóle obchodzi? Kim ty, do cholery, jesteś, żeby mówić nam, z kim mamy być? Nie masz prawa nam nic narzucać. Nie masz prawa do niczego nas zmuszać. - Był wściekły. Jego głos drżał od gniewu, a spojrzenie nie pozostawiało wątpliwości, że jest gotów bronić tego, co dla niego najważniejsze.
- Jesteście w miejscu, gdzie nie toleruje się takiego obrzydliwego zachowania - Stwierdził Ezekiel chłodno.
Te słowa zabolały bardziej, niż chciałem przyznać. Co takiego złego robimy? Przecież nie afiszujemy się z tym, że jesteśmy razem. Nawet jeśli, co w tym złego? Nie robimy nic niestosownego, nie okazujemy sobie miłości na oczach innych. Czasem tylko trzymamy się za ręce. Nic więcej.
- Obrzydliwego? - Warknął Sorey. - Co cię to w ogóle obchodzi? Odwal się od nas. - Chwycił mnie za dłoń, ściskając ją mocno, jakby chciał upewnić się, że naprawdę tu jestem.
- Jestem z nim szczęśliwy - Syknął, patrząc Ezekielowi prosto w oczy, dając mu jasno do zrozumienia, że jego słowa nie zmienią między nami absolutnie niczego.
- Jestem twoim ojcem i nie zgadzam się abyś był z innym mężczyzną!! - Uniósł głos obojgu nas zaskakując, takiego obrotu sytuacji raczej się nie spodziewaliśmy..

<Pasterzyku? C:>

Etykiety