Tym razem w pracy musiałem siedzieć godzinę dłużej, niż zwykle. Jorn tłumaczył mi to tak, że muszę odrobić te dni, co nie chodziłem do pracy z powodu złej pogody. Jak na moje, to było nieuczciwe. To moja wina, że padało? No nie. Dlatego niczego nie powinienem odrabiać... ale on i tak już wiedział swoje. A ja, jak zacznę się upominać o swoje, to stracę tę pracę... a nie mogę jej stracić. Nie w takim momencie, kiedy potrzebowaliśmy pieniędzy. Znaczy się, ja potrzebowałem, potrzebowałem kupić drewno do kominka na ogrzewanie domku, i jedzenie, i cieplejsze ubrania, bo tych nie miałem za dużo. Rany, ja to dopiero jestem kosztowny... Jestem pewien, że nawet jakss owca czy królik, czyli zwierzaki, które to rozważaliśmy na zaadoptowanie, wymagają mniej niż ja.
W końcu jednak wróciłem. Padnięty, nie mający siły na nic, marzący tylko o położeniu się... ale wróciłem. Myśl o tym, że zaraz zobaczę mojego chłopaka, będę mógł się do niego przytulić, poczuć jego zapach dawała mi siłę i chęć do stawiania kolejnych kroków. Już nie potrzebowałem jeść. Wystarczył mi po prostu on.
– Jestem – zawołałem, zdejmując buty i płaszcz. Muszę się zaraz przebrać, i umyć, Mikleo nie przepadał za zapachem dymu, ale musiałem go przytulić. Tak po prostu. – Przepraszam, że tak długo, muszę te dwa dni odrobić... hej, w porządku? – zapytałem, kiedy tylko go zobaczyłem. Coś się nie zgadzało. Był jakiś taki... spięty. Zdecydowanie coś się stało. Ale co?
– Hmm? Nie, wszystko w porządku. Witaj w domu – powiedział niby to spokojnie, ale wyczuwałem w jego głosie coś na kształt zmartwienia, strachu, a to już mnie mocno zmartwiło.
– Ja wiem, że jestem głupi, jak nie najgłupszy z całej wioski. Ale nie jestem aż tak głupi, by nie wiedzieć, że coś się dzieje – powiedziałem, chwytając jego dłonie i przysuwając je do swoich, by ucakować ich wierzch, najpierw jednej, później drugiej.
– Miałeś tak o sobie nie mówić – odpowiedział, olewając nieco istotę mojego pytania.
– Miałeś mnie nie kłamać – odbiłem piłeczkę, nie mogąc odpuścić. Nie, kiedy to tak ważna sprawa... Oczywiście, jeszcze tak nie do końca wiedziałem, o co chodzi, ale czułem, że to coś bardzo ważnego. Inaczej nie byłby tak roztrzęsiony. – Hej, chcę tylko pomóc. Ale jak ja mam pomóc, jak nie wiem, co się dzieje? – spróbowałem trochę z innej strony.
– Chodzi... chodzi o Ezekiela. Był tu, i kazał mi się z tobą rozstać. I powiedział, że jak się nie rozstaniemy, będziemy tego żałować – powiedział, a kiedy dotarł do mnie sens jego słów poczułem, jak krew we mnie wrze. Zamierzał grozić mojemu chłopakowi?
– Zobaczymy, kto tu będzie żałować – syknąłem i natychmiast opuściłem dom, by znaleźć Ezekiela, i sobie z nim porozmawiać. Już ja mu wszystko wygarnę, nikt nie będzie straszyć mojej Owieczki.
<Owieczko? c:>