Od Mikleo CD Soreya

środa, 31 grudnia 2025

|
Nie wiem, co takiego zrobiłem, by nazwał mnie niesamowitym. To jednak miłe, ciepłe w sposób, którego nie potrafię do końca przyjąć. W łóżku niewiele potrafię, naprawdę niewiele umiem, ale on… on jest inny. Potrafi dać mi przyjemność, bliskość i to ciepło, którego zawsze tak bardzo mi brakowało. Przy nim nie czuję się pusty.
- Myślę, że ja nie robię niczego niesamowitego - Wyszeptałem cicho. - Nie pracuję, nie robię niczego, czym mógłbym pomóc ci w codzienności… ale ty… ty jesteś niesamowity. I właśnie dlatego cieszę się, że mam ciebie. - Zamknąłem oczy, czując, jak zmęczenie powoli mnie ogarnia, a jednocześnie wypełnia mnie spokojna satysfakcja po tej krótkiej, tak bardzo naszej chwili, chwili tylko we dwoje, bez świata dookoła.
- Jesteś obok mnie, a to mi wystarczy - Odpowiedział miękko. - Dajesz mi siebie. Dajesz mi swój uśmiech, bliskość i ciepło. Jesteś, kiedy cię potrzebuję. Wierzysz we mnie. A to znaczy dla mnie więcej, niż myślisz. - Poczułem delikatny pocałunek na czole. Prosty gest, a jednak tak pełen znaczenia, że aż ścisnęło mnie w gardle.
- Cieszę się, że chociaż tobie jestem potrzebny - Wyszeptałem, unosząc dłoń, by zakryć usta, jakbym bał się, że głos zdradzi zbyt wiele.
- Zawsze będziesz mi potrzebny - Odpowiedział bez wahania. - Każdego dnia chcę cię widzieć, przytulać, chcę, żebyś tu był. Żebyś mnie wspierał. Chcę tego… dopóki tylko śmierć nas nie rozdzieli. - Te słowa mnie rozbawiły, nie z drwiny, lecz z tej ich wielkości. Do końca życia? Brzmi pięknie. Niemal jak obietnica z bajki. Ale czy to naprawdę możliwe?
Nie wiem.
Oczywiście, wiem tylko, że nie chcę go opuszczać. Że myśl o przyszłości jednocześnie mnie pociąga i przeraża. Bo nawet jeśli pragnę być z nim do końca swoich dni, to gdzieś głęboko we mnie czai się lęk, lęk przed tym, czego nie da się przewidzieć, przed tym, co jeszcze może nam odebrać los.
A mimo to… w tej chwili, w jego ramionach, przyszłość mogła poczekać.
- A ja każdego dnia chcę być przy tobie - Wyszeptałem cicho. - Po prostu boję się, że życie może kiedyś chcieć nas rozdzielić… a tego najbardziej w życiu byk nie chciał. - Schowałem twarz w jego ramionach, jakby to było jedyne miejsce, w którym lęk tracił swoją siłę.
- Nie musisz się bać - Odpowiedział bez zawahania. - Zaopiekuję się tobą. Będę pilnował, żeby nikt ani nic nas nie rozdzieliło. - Mówił to tak pewnie, tak spokojnie i odważnie, że aż chciałem mu wierzyć. Chciałem uwierzyć, że nawet jeśli cały świat stanie przeciwko nam, my wciąż będziemy razem, wystarczająco silni, by się nie puścić.- A teraz śpij - Dodał łagodniej. - Będę tu przy tobie. Gdy się obudzisz, nie musisz się bać. - W odpowiedzi jedynie kiwnąłem głową, nie mając już siły na słowa. Jego obecność otulała mnie niczym ciepły koc, a serce biło spokojniej, wolniej. Powoli odpływałem do krainy snów, bezpieczny i szczęśliwy, u boku osoby, którą kochałem bardziej, niż potrafiłem to wyrazić. Nie chciałem już bez niego żyć, nie gdy wiedziałem, że da mi wszystko co potrzebuję do pełni szczęścia.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
 Naprawdę zrobiło mi się ciepło na sercu, gdy powiedział mi, że mnie kocha. Czekałem na te słowa tak długo, zbyt długo. Teraz, gdy wreszcie wypowiedział je na głos, poczułem radość i spełnienie, których przez lata mi brakowało. Chciałem to usłyszeć. Potrzebowałem pewności jego uczuć, a gdy w końcu ją otrzymałem, wewnętrzny niepokój ustąpił, miejsca spokojowi. Po raz pierwszy od dawna poczułem, że mogę odetchnąć.
W końcu mam kogoś, kto pokochał mnie mimo mojej trudnej, bolesnej przeszłości. Przeszłości której to uczucie było niemal przytłaczające w swojej sile.
- Może i wypowiadasz jedynie proste fakty, co samo w sobie jest piękne - Przyznałem cicho. - Jednak mimo to… naprawdę miło jest usłyszeć, że wreszcie odwzajemniasz moje uczucia. - Przytuliłem go do siebie, obejmując jego ciepłe, znajome ciało, jakby było jedyną bezpieczną przystanią, jaką znałem. W tym geście chciałem zawrzeć wszystko to, czego nie potrafiłem ubrać w słowa. Jak bardzo go kocham, jak bardzo potrzebuję jego bliskości, jego miłości i obecności. Zarówno tej fizycznej, dającej poczucie realności i zakorzenienia, jak i tej cichszej, mniej uchwytnej, wsparcia, zrozumienia i bycia obok, bez konieczności mówienia czegokolwiek.
- A teraz chyba muszę już iść na dół - Powiedziałem cicho. - Moja babcia weszła do kuchni. Jeśli naprawdę nie chcesz już nic jeść, muszę zareagować teraz, bo za chwilę może być za późno. - Pocałowałem go delikatnie w czoło, zmuszając się do opuszczenia pokoju. Choć było mi z nim dobrze, choć chciałem zostać jeszcze chwilę dłużej, rzeczywistość nie dawała mi wyboru. Musiałem go zostawić, przynajmniej na moment.
Schodząc do babci, wiedziałem, że czeka mnie zderzenie z kobietą, która nie zna znaczenia słowa „nie”. Zawsze wiedziała lepiej. Zawsze miała swoje racje, swoje troski i swoje porcje, zdecydowanie zbyt duże.
- Babciu… musimy porozmawiać o jedzeniu - Zacząłem ostrożnie, jak ktoś, kto stąpa po cienkim lodzie i boi się, że jeden nieuważny krok może wszystko zepsuć.
Starsza kobieta spojrzała na mnie, unosząc jedną brew ku górze. Już sam jej wyraz twarzy zdradzał niezadowolenie, jakby doskonale wiedziała, co chcę powiedzieć, i wcale nie miała ochoty tego słuchać.
- Coś nie tak z moimi posiłkami? - Zapytała, unosząc brew jeszcze wyżej, z wyraźnym wyzwaniem w głosie.
- Nie, babciu, wszystko jest pyszne, naprawdę… ale - Zawahałem się, szukając odpowiednich słów.
I właśnie w tym momencie zaczęła się dyskusja. Długa, męcząca i pełna uporu z obu stron. Tłumaczyłem, prosiłem, próbowałem znaleźć kompromis, podczas gdy ona trwała przy swoim, przekonana, że wie najlepiej, co jest dobre dla wszystkich domowników.
Nie było łatwo. Kilka razy miałem wrażenie, że zaraz się poddam. Jednak w końcu, ku mojemu zaskoczeniu, odpuściła.
Ustaliliśmy, że będą trzy posiłki dziennie. śniadanie, obiad i kolacja. Bez dokładek, bez przymusu. Tyle i aż tyle. To musiało wystarczyć.
A ja miałem nadzieję, że to rozwiązanie zadowoli mojego panicza. Bo to jedyne na co może liczyć. 
- Dziękuję - Zwróciłem się do kobiety całując ją w policzek, nim wróciłem do mojego panicza któremu przekazałem wszystkie to co ustaliłem z moją babcią. 

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

wtorek, 30 grudnia 2025

|
 Starałem się, by zadbać o mojego chłopaka najlepiej, jak tylko mogłem. Zająłem się każdym centymetrem; pieściłem i opuszkami palców, i językiem, wargami, a nawet delikatnie zahaczałem zębami o jego sutki, czy też podgryzałem skórę. Gdyby nie nasi sąsiedzi, i cienkie ściany, brzmiałny naprawdę pięknie. Szkoda, że nie mogłem podziwiać jego głosu... ale nie wiem, co musiałoby się stać, bym mógł go słyszeć.
Jako, że mieliśmy mnóstwo czasu, nie spieszyłem się. Zajmowałem się jego ciałem powoli, delikatnie, pieszcząc jego najwrażliwsze punkty, których rozmieszczenie zapamiętałem doskonale. Mój Miki przy tym szalał. W pewnym momencie poczułem jego dłonie w swoich włosach, jego ciało wygięło się w łuk, z gardła wydobył się słodziutki jęk i chłopak doszedł, brudząc mój brzuch i swój. Trochę mnie to zaskoczyło. Nie zrobiłem w końcu nic konkretnego, tak naprawdę, trochę tylko popieściłem jego ciało. 
– Prze... przepraszam – wymamrotał, mocno zawstydzony, zaraz zerkając gdzieś w bok. Było mu głupio, bardzo głupio, czego trochę nie rozumiałem. O to mi przecież chodziło, by było mu miło, przyjemnie. Nie spodziewałem się, że mogłoby mu być aż tak dobrze... ja to jednak pewien dar mam. 
Od razu odsunąłem się od jego ciała i zbliżyłem się do jego twarzy, by złożyć na jego policzku delikatny pocałunek. Moja słodziutka, zawstydzona Owieczka... ależ on uroczo wyglądał z tym rumieńcem na policzkach. Nic, tylko go schrupać. 
– Nic złego się nie wydarzyło. W końcu, o to mi przecież chodziło – wyszeptałem z delikatnym uśmiechem. 
– Ale... nic się jeszcze nie stało, a ja już... – wyburczał, dalej na mnie nie patrząc. Ależ on robi problem z niczego. Za bardzo się przejmuje, całkowicie niepotrzebnie. W końcu dopiero się uczy, poznaje swoje ciało, moje ciało, i całe multum przyjemności, jakie z tego można mieć. To w końcu coś normalnego. 
– Nie martw się. Zaraz to naprawimy – wymruczałem mu wprost do ucha, by zaraz podgryźć delikatnie płatek jego ucha i wsunąć się w jego wnętrze. Mikleo zareagował od razu; spomiędzy jego warg wymknął się słodki jęk, i wbił pazurki w moje ramiona. Byłem pewien, że na plecach już mam ślady zadrapań... ale to nic takiego. 
Zadbałem o to, by znów mu było dobrze. Jakim bym był mężczyzną, gdyby nie było mu dobrze. Nie potrafiłbym go tak pozostawić samego sobie. A i przy okazji mnie było dobrze, jego wnętrze było takie ciasne, i jeszcze tak przyjemnie się na mnie zaciskał... pewnie robił to nieświadomie, ale było to niesamowite. 
– Jesteś niesamowity – wyszeptałem mu do ucha, lekko zdyszany i zmęczony, a następnie położyłem się obok niego. Moje maleństwo słodkie... nie mógłbym sobie wyobrazić lepszego partnera. 
– Ja? Nic przecież nie robię – wyszeptał, tuląc się do mnie, tak samo padnięty jak i ja. 
– Robisz więcej, niż jesteś w stanie sobie wyobrazić – odpowiedziałem, gładząc jego już nieco dłuższe włosy. Nie mogłem się doczekać, kiedy staną się na tyle długie, bym mógł coś z nimi kombinować. 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 I to mnie najbardziej przerażało. Pierwszy dzień. Jeden posiłek za mną, złożony z dwóch dań, i zaraz kolejne mają być? Przecież... przecież ja tak nie potrafię. I ja tak mam codziennie jeść? Ja stąd nie wyjdę, ja się wręcz wytoczę do tego portalu, jak jakaś beczka. Nie istnieje chyba bardziej poniżająca dla mnie rzecz. 
– Nie przesadzam, i to mnie martwi. Nie chcę mówić nie twojej babci, ale... ja naprawdę już nie mogę. Czuję się nawet bardziej niż pełen – przyznałem cicho, opierając głowę o jego ramię. Wyczułem delikatne napięcie, schowane gdzieś głęboko w nim. Nasza rozmowa wywołała w nim dyskomfort, który dalej trwa. Mój biedaczek... Może nie powinienem z nim poruszać tego tematu? Chociaż, nie, nie powinniśmy milczeć na ten temat. Chcę, by mi mówił, co czuje. I chcę mu pomagać w radzeniu sobie z tymi trudnymi emocjami. Zdecydowanie mam przed sobą trudny cel, mało który chłopak w jego wieku przeżył coś tak strasznego. Skoro jednak wywołuję w nim radość, i szczęście, mam realną szansę mu pomóc. 
– Postaram się dla ciebie wytargować jakąś naprawdę małą porcję, chociaż nic nie obiecuję. Babcia uważa, że jesteś zbyt chudy – dodał rozbawiony. Wyczułem aż nazbyt dobrze, że jest to tylko maska. Stara od siebie odtrącić myśli, które go jeszcze kilka minut temu nękały. 
– Ja chudy? Przy tobie znów przytyłem. Daleko mi do bycia chudym, i do perfekcji – mruknąłem, patrząc na swój brzuch. Moje ciało powoli stawało się po prostu paskudne. Na za dużo sobie ostatnio pozwalałem, ale też on mnie podchodził, i to aż za dobrze. Stawiał mi często warunki, a to mi się nie podobało. 
– Dla mnie jesteś idealny – odpowiedział uroczo, składając na mojej skroni lekki pocałunek. 
– Przy twojej babci szybko przestanę być, bo tyję po każdym jednym kęsie – ciężko westchnąłem, po czym wziąłem kolejny łyk herbaty. Ależ ona była dobra. Może odrobinkę zbyt słodka... ale dalej dobra. I gorąca. Wszystko, czego potrzebowałem, miała w sobie, więc nie mogłem narzekać. 
– I dla mnie dalej będziesz idealny – odparł, delikatnie tuląc mnie do siebie. 
– Wiesz, że cię kocham? – rzuciłem cicho. Jego postawa od razu się zmieniło, przygaszenje gdzieś zniknęło, a pojawiła się czysta radość, chociaż jeszcze trochę niepewna, krucha. 
– Naprawdę? – spytał cicho, zaskoczony moimi sławami, które go oczywiście zaskakiwać nie powinny. 
– Naprawdę. Nie wyobrażam sobie bez ciebie życia – mówiłem szczerze, prosto z serca. Już myślę o tym, jak zaplanować swoje życie pod niego, by móc z nim być, cieszyć się jego obecnością. 
Haru patrzył na mnie przez chwilę w milczeniu, aż w końcu się do mnie mocno przytulił. W tym wszystkim musiałem uważać na moją herbatę, nie chciałem, by się wylała. Byłoby szkoda jej, i tej pościeli. 
– Jesteś niesamowity – wyszeptał cicho, dalej mnie tuląc do siebie. 
– Tylko stwierdzam proste fakty – przyznałem skromnie. No cóż, taka była prawda, której ukrywać nie mogłem, i nie chciałem. 

<Wilczku? c:>

Od Mikleo CD Soreya

poniedziałek, 29 grudnia 2025

|
Byłem szczerze poruszony jego podejściem do całej tej sprawy. Chciał się bardzo postarać, zrobić wszystko, by nasze przyszłe zwierzątko było zdrowe, szczęśliwe i miało wszystko, czego potrzebuje. To naprawdę było urocze z jego strony. Ten mężczyzna potrafił mnie rozczulić; kochałem go. Choć czasami nie do końca rozumiałem niektóre jego zachowania, gesty czy słowa, byłem mu wdzięczny za cierpliwość. Cierpliwość, z jaką uczył mnie wszystkiego, mimo że pewnie niektóre rzeczy były dla niego męczące, bo ja, choć pełen szczerych chęci, nie zawsze potrafiłem to czy owo albo wstydziłem się bardziej intymnych chwil.
- Obaj damy radę, nie martw się. Musimy się nauczyć opiekować małym zwierzątkiem, ale jestem pewien, że sobie poradzimy. Jesteśmy dorośli i odpowiedzialni, a ty… ty jesteś fantastycznym człowiekiem, tylko zbyt często tego nie doceniasz - Powiedziałem, całując go delikatnie w podbródek. - A teraz, proszę, bez zbędnego gadania. Rozpal w kominku ogień, twoje ciało wciąż jest zimne, a ja nie chcę, żebyś się przeziębił - Dodałem, odsuwając się od niego, choć tylko na chwilę. Zaraz położymy się razem w łóżku, wtuleni w siebie, tak jak lubimy.
Sorey niechętnie ruszył do kominka, a ja w tym czasie położyłem się do łóżka. Miałem co prawda jeszcze zająć się zupą, ale była wciąż ciepła, zdążę ją później wstawić do skrzynki którą zmutnie w lodówkę.. Spokojnie wyczekiwałem jego powrotu, wpatrując się w niego z podziwem. Nawet ubrany w codzienne ciuchy, jego ciało było dla mnie piękne, fascynujące. Po prostu idealne, lepiej nie mogłem sobie wymarzyć..
Gdy Sorey wrócił, od razu przyciągnął mnie do siebie. A ja poczułem jego dłonie pod moją koszulką, które wywołały szczere zawstydzenie, którego nie potrafiłem ukryć.
- Co robisz? - Zapytałem, drżąc pod jego dotykiem, jakbyśmy wieki się nie kochali. A przecież… kochaliśmy się ostatni raz.. No tak w gospodzie. A to było już jakiś czas temu. I coś tak czułem, że może potrzebował tej bliskości, a ja wcale nie byłem jej mniej spragniony, choć wciąż się wstydziłem.
- Ty chyba doskonale wiesz, co robię. I chyba masz na to ochotę tak samo jak i ja - Wyszeptał, a jego dłoń delikatnie drażniła moje ciało, która pod jego dotykiem stawało się ciepłe, drżące. Gotowe na wszelakie przyjemności którymi chce mnie obdarować.
- T… tak… mam - Wyszeptałem, mimowolnie łącząc nasze usta w namiętnym pocałunku. Chcąc poczuć jego usta, kontrolując przy tym dźwięki, jakie wydobywały się z moichust, bo ekscytacja wciąż we mnie rosła..
Sorey oderwał się od moich ust, tylko po to, by delikatnie położyć mnie na plecach. Poruszał się powoli, bez pośpiechu, jakby każdy jego ruch był dokładnie przemyślany, dobierając się do mojego ciała z niebywałą czułością. Czułem narastające podniecenie, gdy jego usta przesuwały się po mojej klatce piersiowej, delikatnie muskając skórę, by powoli sunąć w dół, wzdłuż brzucha aż do podbrzusza, wywołując we mnie drżenie.
Jego bliskość, każdy dotyk był niesamowity. Choć jeszcze nie doszło do pełnej intymności, czułem, jak moje ciało płonie pragnieniem, jakby wołało go tu i teraz. Rozum próbował przypominać mi, gdzie jesteśmy i co robimy, ale myśli o tym były jedynie cieniem w obliczu fali pożądania, która całkowicie mnie już pochłonęła. 

< Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
 Skinąłem delikatnie głową, pozwalając mu postawić zdjęcie tam, gdzie tylko zechce. Dla mnie mogło ono równie dobrze pozostać schowane głęboko w szafie, tak jak dotychczas. Jeśli jednak on tak bardzo pragnął, by było na widoku, nie zamierzałem się sprzeciwiać. Nie chciałem się kłócić, nie chciałem walczyć. To tylko zdjęcie. Za chwilę i tak wrócę do akademika i nie będę musiał patrzeć na wspomnienia, których chyba nigdy sobie nie wybaczę.
Zabicie własnej rodziny to nie drobnostka. To nie drobna kradzież, którą można wymazać przeprosinami. To nie potknięcie, które da się naprawić. Mordercom się nie wybacza. Oni zasługują na najgorszy los. I ja doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. Sam na niego zasługiwałem.
A jednak żyłem.
I co gorsza, miałem całkiem dobre życie. Chociaż w głębi duszy wiem, że nie zasługuje.
Ta myśl bolała najbardziej. Że mimo odebrania życia tym, których kochałem, świat dalej żył tak, jakby nic się nie stało. Do dziś pamiętam ich uśmiechy, ich śmiech, ciepło, które wypełniało dom. Pamiętam też swój niepokój w chwili, gdy kazano mi się przemienić. Już wtedy czułem, że nie jestem gotowy. Że coś jest nie tak. Ale nie chciałem ich zawieść. Nie chciałem, by poczuli się zawstydzeni, wśród rodziny i bliskich i by myśleli, że im odmawiam.
Dlatego właśnie zrobiłem to, co jak mi się wtedy wydawało, musiałem.
Dopiero później zrozumiałem, że gdybym wówczas się sprzeciwił, moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Oni by żyli, a ja nie odczułbym tak wielkiego poczucia winy.
- Dobrze - Odezwałem się w końcu cicho. - Połóż zdjęcie, gdzie tylko będziesz chciał. Ja w tym czasie przyniosę nasze obiecane herbaty. - Odwróciłem się i wróciłem do kuchni. Przygotowałem dwa kubki gorącego naparu, jeden dla niego, drugi dla siebie, dokładnie tak, jak sobie życzył. Z pozoru zwyczajna herbata, a jednak nawet przy tak prostej czynności można coś zepsuć. Wystarczy chwila zamyślenia, by dodać za dużo cukru albo zbyt długo parzyć liście. Starałem się skupić. Nie chciałem dziś zawieść już nikogo więcej.
Gdy wróciłem do sypialni, Daisuke leżał już w łóżku. Zdjęcie stało na szafce nocnej, tuż obok mojego dawnego miejsca do spania. Zbyt blisko. Wiedziałem, że gdy tylko otworzę oczy, od razu je zobaczę. Nie byłem pewien, czy to dobry pomysł, ale jeśli tak bardzo mu na tym zależało… niech stoi. Jeśli miało go to uszczęśliwić, mogłem znieść jeszcze i to.
- Proszę - Powiedziałem spokojnie, podając mu kubek. - Twoja herbata. - Usiadłem na skraju łóżka. Para unosiła się leniwie nad porcelaną, a cisza między nami była ciężka, lecz nieprzytłaczająca. Przez chwilę piliśmy w milczeniu, jakby ten prosty gest mógł choć na moment odsunąć od nas wszystko to, czego nie dało się już cofnąć.
- Wiesz, moja babcia, chyba właśnie się budzi coś tak czuję, że za chwilę przygotuję jeszcze kolację - Zmieniłem temat bo tamten chciałem już zamknąć, był zbyt trudny i bolesny, lepiej aby został tam gdzie jest.
- Błagam ja już mam dość jedzenia - Mruknął, a na mojej twarzy mimo że nie pojawił się uśmiech.
- Nie przesadzasz aby troszeczkę? To dopiero pierwszy dzień, a ona bardzo lubi gotować - Stwierdziłem, uśmiechając się do niego współczująco.

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

niedziela, 28 grudnia 2025

|
 To był mój który dzień pracy, trzeci? I on już taki stęskniony za mną? A to przecież dopiero początek, i to jeszcze dzisiaj wcześniej wyjątkowo wyszedłem. Nie wiem, czy często będzie się to powtarzać. Wiem, że jeżeli jutro będzie taka sama pogoda, też nie muszę się pokazywać, więc niby dobrze, ale z drugiej strony, będę pewnie musiał to jakoś odrobić, więc teoretycznie nie wiem, czy to aż takie fajne. Pytanie, czy to z dzisiaj też jakoś będę musiał odrobić, tego jeszcze nie ustalaliśmy... no, ale to się okaże. Na razie jestem tu z Mikim, i muszę z tego faktu korzystać. 
- Zaraz tu ogarnę, i będziemy mogli się położyć. I pogadać. Albo zrobić inne rzeczy – wymruczałem mu do ucha, a później go pocałowałem szybko w policzek. Od razu zauważyłem, jak delikatnie się rumieni. Brakowało mu mojego dotyku... a mi brakowało jego bliskości, oczywiście. Zwykle częściej uprawiałem seks, a teraz... cóż, nie dość, że byłem zmęczony, to i ciężko było się kochać w tak małym domku, gdzie praktycznie jest ściana przy ścianie. Znaczy się, mnie to tak za bardzo nie przeszkadzało, ale Mikleo już tak odrobinkę tak. Moje maleństwo było troszkę wstydliwe, ale mi to aż tak nie przeszkadzało. Na swój sposób, nawet to urocze było. 
- Powinienem ci jakoś tę zupę zabezpieczyć. Będziesz miał na później. Może na kolację. Może na jutro. Kiedy tylko będziesz chciał – powiedział, ale jeszcze się nie odsunął ode mnie. Mnie tam to nie przeszkadzało. Jego bliskość to wszystko, czego potrzebowałem do szczęścia. 
- Masz jakiś pomysł, jak to zrobić? - zapytałem, ciekaw jego rozwiązania. Za bardzo tutaj nie było takich nowoczesnych wynalazków, co było problematyczne. Jakaś lodówka by się przydała... no, ale chociaż jest wanna. To też jakaś namiastka luksusu. 
- Zaczaruję jedną ze skrzyń. Będzie to taka nasza mała lodówka – wyjaśnił. Ależ on był pomysłowy. I niesamowity. Jego moce przynajmniej się do czegoś nadają, nie to co te moje. Co ja w końcu z moimi mogę zrobić? Do niczego się nie nadają. - Ale wpierw trochę przestygnie. 
- Ale ty jesteś mądry... i utalentowany – powiedziałem rozradowany, uśmiechając się pod nosem. Po prostu... byłem niesamowitym szczęściarzem, że go mam. I w takich zwykłych dniach, kiedy to po prostu robimy te takie zwykłe rzeczy, jak sprzątanie, gotowanie, czy leżenie, najbardziej zdaję sobie z tego sprawę. - Doczytałeś coś o naszych potencjalnych zwierzątkach?
- Co nieco... niezależnie od tego, co byśmy nie wybrali, i tak wiąże się to z odpowiedzialnością. Ale wydaje mi się, że prędzej króliczka... na owcę nie mamy tu za wiele miejsca – odpowiedział, na co pokiwałem głową. Króliczek... w sumie, czemu by nie? Takie zwierzątko myślę, że by nam na swój sposób pomogło. I my byśmy pomogli jemu. - Ale to też odpowiedzialność. 
- Każda żywa istota pod naszą opieką to odpowiedzialność. Ale ja wierzę, że damy sobie radę. Zwłaszcza ty. Ty jesteś niesamowity. I odpowiedzialny. A ja... ja myślę, że się nauczę – odpowiedziałem, już gotów przygotować ten dom dla nowego, małego i futrzastego domownika. 

<Owieczko? C:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Od razu wyczułem bijący od niego smutek na samo wspomnienie o jego rodzicach. Od razu widać było, że to zdjęcie było zupełnie inne, nowsze, na nim Haru bardziej wyglądał jak ten, którego znam. Może dlatego to jedno zdjęcie było schowane, za dużo przykrych wspomnień się z nim wiązało. Może kiedyś uda mi się sprawić, że sobie wybaczy. Położyłem dłoń na jego policzku, zwracając tym samym na siebie jego uwagę. Jeżeli sobie nie wybaczy, nigdy nie ruszy na przód, a przecież to jest bardzo ważne. Poczułby w końcu ulgę. 
- Jestem pewien, że byliby teraz z ciebie bardzo dumni, i nie mieliby ci tego za złe – odpowiedziałem cicho, uśmiechając się delikatnie. Poczułem chłód pod opuszkami, który na pewno wynikał z jego emocji. Na razie jednak jeszcze nic z nim nie robiłem. Nie lubiłem za bardzo manipulować jego emocjami tylko dlatego, że trochę się zasmucił. Mogę mu poprawić humor bez swoich mocy, a przynajmniej w to wierzyłem. 
- Śmiałe stwierdzenie. Nawet ich nie znałeś – odpowiedział, patrząc na mnie niepewnie. 
- Nie muszę. Wynika to z każdego zdjęcia, jakie obejrzałem. Widać po ich spojrzeniach, uśmiechach, że kochali was, i to bardzo. No i też twoja babcia nie ma ci tego za złe, to również wiele świadczy o waszej rodzinie i wartościach, jakie przekazujecie sobie z pokolenia na pokolenie – wyjaśniłem, gładząc go policzku. - Kocham cię. Czuję się przy tobie bezpiecznie. Nigdy nie pojawiła się w mojej głowie myśl, że stwarzasz dla mnie niebezpieczeństwo. Albo że zrobiłeś coś złego, czy mógłbyś coś takowego uczynić. Jesteś niesamowitym chłopakiem. I jestem pewien, że będziesz jeszcze bardziej niesamowitym mężczyzną – dodałem cicho, stając na palcach, by ucałować kącik jego ust. I niech się cieszy, ja tak często nie czynię. Zazwyczaj to chwytam jego koszulę i ciągnę go w swoją stronę, ale teraz nie było to na miejscu, coś tak czułem.
- Niesamowity to ty jesteś – odpowiedział, widocznie rozczulony moimi słowami, czego nie rozumiałem. W końcu, nic takiego nie powiedziałem. To proste stwierdzenie faktu. 
- Owszem. I wiesz jeszcze, jaki jestem? Zmarznięty. Napiłbym się tej herbaty – odparłem, mając ochotę usiąść spokojnie, wypić ten cudowny napój, i pogadać z moim chłopakiem, by poprawić mu humor. 
- Ależ się rozgość – wskazał ruchem ręki na malutkie łóżko, i zaraz też chciał zabrać zdjęcie, na co mu nie pozwoliłem. Chciał je pewnie wrzucić do szuflady, a to takie ładne zdjęcie. Piękna pamiątka. Ja miałem tylko i wyłącznie jedno zdjęcie, i jeszcze wyglądam okropnie, bo to zdjęcie z dzieciństwa. A dzieckiem nie byłem najpiękniejszym. Na szczęście wyrosłem, chociaż i tak coś by wypadało we mnie poprawić, bo byłem taki całkowicie normalny. 
- Myślę, że to zdjęcie powinno trafić na półkę – zaproponowałem, odsuwając od niego dłoń ze zdjęciem. - Jest bardzo ładne. Jesteście szczęśliwi. Czemu ma się kurzyć w szafie?
- Sam nie wiem. Kiedy widzę takie świeże zdjęcie, od razu przypominają mi się ich twarze, kiedy ich... no wiesz – nie doprecyzował, ale nie musiał. Doskonale wiedziałem, co miał na myśli. 
- I dlatego powinno stać na półce. To w taki sposób powinieneś ich pamiętać. Szczęśliwych. Dumnych z dziecka, i z brata – wyjaśniłem, pokazując mu mój punkt widzenia. 

<Wilczku? C:>

Od Mikleo CD Soreya

|
Zastanawiałem się przez chwilę, czy później będę chciał wyjść na dwór. Pogoda była wręcz idealna deszczowa, taka, jaką lubiłem najbardziej. A jednak odkąd go mam, coraz częściej odkrywam, że wolę zostać. Spędzać czas z nim. Moje życie stało się ciekawsze, cieplejsze, po prostu lepsze takie, o jakim kiedyś nawet nie śmiałem marzyć.
- Nie - Powiedziałem w końcu cicho. - Wiesz, zdecydowanie wolę spędzać czas z tobą tutaj, niż być tam samemu.
Obserwowałem niemal gotową do podania zupę, z której unosiła się para.- Poza tym zaraz będziemy jeść - Dodałem z lekkim uśmiechem, mieszając ją powoli. Wyciągnąłem dłoń w jego stronę. - Podaj mi proszę miseczki. - Sorey kiwnął energicznie głową i już po chwili podał mi je, a ja ostrożnie nalałem zupę, dbając, by każda porcja była równa. Oddałem mu miseczki, a on ustawił je starannie na stole, jakby to był mały, ale ważny rytuał.
Wspólny posiłek okazał się zaskakująco przyjemny. Rozmawialiśmy swobodnie, śmialiśmy się, czasem milczeliśmy i to milczenie wcale nie było niezręczne. Czas zdawał się płynąć wolniej, jakby świat wokół nas zwolnił tylko po to, by pozwolić nam pobyć razem. Przez chwilę istnieliśmy tylko my, bez pośpiechu, bez oczekiwań, bez czegokolwiek, co mogłoby nam przeszkodzić.
Po jedzeniu po prostu byliśmy obok siebie. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, tuliliśmy się, dzieląc drobne gesty czułości takie, które nie potrzebują słów ani wielkich deklaracji. Robiliśmy wszystko to, co robią dorośli ludzie, kiedy czują się bezpiecznie w czyjejś obecności. Bez pośpiechu, bez potrzeby inicjowania czegokolwiek więcej. Tego dnia ani on, ani ja nie mieliśmy na to ochoty i to było w porządku.
- Powinienem tu posprzątać - Odezwałem się po chwili, zerkając na pozostawione na stole miseczki, talerzyki i szklanki. - No i zupa… zrobiliśmy jej trochę za dużo. Muszę ją jakoś zabezpieczyć, żeby się nie popsuła. Szkoda byłoby ją zmarnować - Dodałem, już w myślach układając plan, co po kolei zrobić, by doprowadzić chatkę do porządku.
Oparłem dłonie o krawędź stołu, gotów wstać i zabrać się do pracy, kiedy nagle mnie uprzedził.
- Zostaw to, ja się tym zajmę - Powiedział spokojnie, zanim zdążyłem cokolwiek zrobić.
Zabrał brudne naczynia jedno po drugim i ruszył w stronę kuchni, a ja zostałem sam, siedząc na krześle w malutkim salonie. Przez chwilę tylko go obserwowałem, słuchając cichego brzęku szkła i jego kroków. W tej zwyczajnej scenie było coś zaskakująco kojącego. Coś, co sprawiało, że nawet takie drobiazgi jak sprzątanie wydawały się częścią czegoś większego. Domowego. Naszego.
Nudząc się odrobinę, wstałem i podszedłem do mojego partnera. Bez słowa objąłem go od tyłu, przytulając się do jego pleców, czując pod dłońmi znajome ciepło.
- Coś się stało? - Zapytał od razu, wyraźnie zaniepokojony, jakby odruchowo obawiał się, że coś jest nie tak.
- Nie - Odpowiedziałem spokojnie. - Wszystko jest jak najbardziej w porządku. Po prostu się za tobą stęskniłem. Ostatnio mamy mało czasu dla siebie, więc korzystam z każdej możliwej chwili, kiedy możemy być sami - Przyznałem szczerze.
Uśmiechnąłem się delikatnie pod nosem, wtulając w niego jeszcze mocniej, jakby ten gest mógł zatrzymać czas choć na moment.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
 Miał rację, moje łóżko w tym domu było naprawdę bardzo małe. Co jednak dziwne, zupełnie mi to nie przeszkadzało. Myślałem o tym całkiem spokojnie, nawet z pewnym rozbawieniem. Jesteśmy w końcu dość szczupłymi osobami, więc jakoś się pomieścimy. A nawet jeśli okaże się, że jednak nie… cóż, to wciąż nie będzie koniec świata. W najgorszym wypadku położę się na podłodze albo, w ostateczności, w dawnym pokoju moich rodziców. Choć tam, szczerze mówiąc, wolałbym nie spać.
Po tym, jak zginęli przeze mnie, nie potrafiłem patrzeć na tamte miejsca ani na rzeczy, które kiedyś do nich należały. Wszystko, co było ich, straciło dla mnie znaczenie. Nie chciałem wracać do wspomnień, rozdrapywać ran, których i tak było we mnie zbyt wiele. Dlatego wolałem zostać tutaj, nawet jeśli oznaczało to gniecenie się z nim na tym zbyt małym łóżku.
- Myślę, że się pomieścimy. A jeśli nie… cóż, zawsze możesz położyć się na mnie. Myślę, że jestem całkiem wygodny i raczej cię z siebie nie zrzucę, więc naprawdę nie ma się czym przejmować - Powiedziałem, starając się go uspokoić. A przynajmniej miałem nadzieję, że moje słowa spełnią to zadanie.
Dla mnie ten problem w ogóle nie był problemem. Życie i tak rzucało nam pod nogi znacznie cięższe przeszkody, takimi drobiazgami nie warto było się zamartwiać. Nie ma sensu martwić się na zapas, jeszcze nieraz przyjdzie moment, gdy pojawią się prawdziwe powody do zmartwień. Bo życie jest nieprzewidywalne… i na pewno nie raz da nam o tym znać.
- A więc poważnie chcesz, abym zrobił z ciebie łóżko? - Zapytał, a na jego twarzy pojawił się delikatny, rozbawiony uśmiech.
- Oczywiście, że masz - Odpowiedziałem bez wahania. - Jestem całkiem wygodnym łóżkiem. Może trochę kościstym, ale myślę, że i tak ci się spodoba - Dodałem, odwzajemniając uśmiech ciepłym spojrzeniem.
Zanim zdążył coś odpowiedzieć, zniknąłem w przedpokoju, kierując się prosto do kuchni. Jak obiecałem, miałem zamiar przygotować gorącą herbatę. Dla niego, słodką, z cukrem, dokładnie taką, jaką lubił. Dla siebie mocną, z imbirem i miodem. Na taki moment nie było nic lepszego niż parujący kubek gorącej, przyjemnej herbaty, która rozgrzewała nie tylko dłonie, ale i myśli.
W ciszy kuchni, przerywanej jedynie dźwiękiem gotującej się wody, poczułem, jak napięcie powoli ze mnie schodzi. Czasem wystarczyły takie drobiazgi, prosty gest, ciepły napój, czyjaś obecność, by choć na chwilę poczuć się po prostu lepiej.
Po przygotowaniu gorącego napoju wróciłem do swojego pokoju, niosąc oba kubki ostrożnie, żeby nie rozlać ani kropli.
- Proszę, oto twoja herbata - Zwróciłem się do mojego ślicznego panicza, podając mu kubek z gorącym naparem prosto do rąk.
- Dziękuję - Odparł.
Dopiero wtedy zauważyłem, że w drugiej dłoni trzyma zdjęcie. Musiał znaleźć je w szafce… a to oznaczało jedno, przeszukał moje szuflady, kiedy mnie nie było na górze.
- Ładnie to tak grzebać w cudzych prywatnych rzeczach? - Zapytałem z delikatnym uśmiechem, bardziej rozbawiony niż zirytowany.
- Nie grzebałem. Tylko się rozglądałem - Stwierdził spokojnie.
Ta odpowiedź szczerze mnie rozbawiła.
- Oczywiście… musiałeś się naprawdę dobrze rozglądać, skoro znalazłeś zdjęcie leżące na samym dnie szuflady - Westchnąłem cicho, po czym spojrzałem na fotografię. - Wiesz… to ostatnie zdjęcie sprzed tamtych wydarzeń - Uśmiechnąłem się smutno. - Byli wtedy tacy dumni. Myśleli, że dzięki temu, jaki jestem ambitny i silny, szybciej stanę się prawdziwym wilkołakiem. Że poradzę sobie lepiej niż inni. Pomyli się. A ja nie byłem w stanie zapanować nad tym, co mnie spotkało… ani nad tym, co zrobiłem. - Cisza, która zapadła po tych słowach, była ciężka, ale szczera. I w tamtej chwili wiedziałem, że to zdjęcie już nigdy nie będzie tylko zwykłą pamiątką.

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

środa, 24 grudnia 2025

|
 No tak, jemu było łatwo to wszystko mówić. A ja... byłem beztalenciem, jak chodzi o gotowanie. Przecież ja nawet nie kroję, ja rąbię i mam nadzieję, że coś z tego wyjdzie. Zupełnie inaczej się gotuje, kiedy gotuję sobie, bo wtedy może to wyglądać okropnie, niechlujnie, ale smakować wspaniale. Ale jak gotuję też dla niego? Wtedy chcę, by wszystko było idealne, bo on to będzie jadł. Tylko, jak mam to zrobić idealnie, skoro nie potrafię nawet normalnie pokroić cebuli? I jeszcze ten jej zapach... jak lubię nawet cebulę, jej smak się znaczy, tak nie cierpię jej obierać, i kroić. Oczy tak bardzo szczypią, i zaraz się płakać chce... nie, nie, ja się w to nie bawię. Znaczy, teraz się bawię, ale to specjalnie dla niego. 
– No... dobra – powiedziałem cicho, niepewnie zabierając się do roboty. Tak jak myślałem, szło mi paskudnie. Okropnie wręcz. – Jakie to paskudne jest – mruknąłem niezadowolony, obserwując moje dzieło. 
– Daj spokój. Warzywa jak warzywa. Faktycznie, trochę krzywe, ale przecież finalnie i tak wylądują w zupie, tak? Zresztą, z każdym kolejnym ruchem noża jest coraz lepiej – dodał, po czym ucałował mnie w policzek. – I nie narzekaj, tylko krój. Jak zupa się będzie gotować, zabierzemy się od razu za ciasto. 
– No przecież kroję – mruknąłem cicho, pochylając głowę z powrotem. 
Wszystko to szło mi trochę kulawo i miernie... ale w końcu pokroiłem to wszystko. A później znów musiałem kroić kolejne warzywa. I kolejne. A później to wszystko wrzucić, i mieszać, i pilnować... a Miki w tym czasie zabrał się za ciasto. Łapałem się na tym, że wzrok uciekał mi w jego stronę. Jak dodaje te wszystkie składniki do miski, miesza je energicznie, przekłada do foremki... I to wszystko tak z głowy? On taki przepis zapamiętał? Czy tak te proporcje sam wymyśla? Nieważne, która z tych opcji, i tak podziwiam. Nie ma mowy, że wymyśliłbym jakiś własny przepis, jestem na to za głupi. A żeby zapamiętać jakiś trudny przepis? Do tego się tym bardziej nie nadaję. 
– I ciasto się piecze, a zupa gotowa. Przygotuję miski, nalejesz nam zaraz – stwierdził, znów kręcąc się po kuchni. Miałem wrażenie, że... sam nie wiem. Że świetnie się bawił? Ciężko mi było stwierdzić tylko, dlaczego. Czy to przez, co robił, czy może przez to, że robiliśmy to razem, chociaż, ja tam za bardzo przy cieście nie pomagałem. Czasem troszkę zamieszałem, kiedy on nie miał siły, i nastawiłem piekarnik, i to wszystko, zgodnie z jego poleceniami. Gdyby nie on, nic z tego by nie wyszło. 
Mieszając po raz ostatni zupę zerknąłem przez okno. Deszcz w ogóle nie utracił na sile, od tej ściany wody i ciemnych chmur w naszym małym domku było strasznie ciemno jak na to, że było wczesne popołudnie. Trzeba będzie rozpalić jakieś świeczki. W sumie, ja tam przy ogniu mogę siedzieć, płomienie mnie zawsze w jakiś sposób uspokajały i fascynowały. 
– Na pewno nie będziesz chciał później wyjść na dwór? Wygląda jak pogoda idealna dla ciebie – zaproponowałem, kiedy przyszedł do mnie z dwoma miskami. Ja oczywiście odpadłem, na moje było tam za zimno, i mokro, ale jak on ma się lepiej poczuć tam beze mnie, to jak najbardziej powinien. 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Jego słowa, zamiast podnieść mnie na duchu, przybiły mnie jeszcze bardziej. Zabrzmiało to tak, jakby wkrótce z mojej winy to miało się skończyć z mojej winy. A ja... nie chciałem się, by to się kiedykolwiek kończyło. Nie wiem, czy jest to zwykła, szczeniacka miłość, z której to każdy dorosły się śmieje, ale ja naprawdę się czuję przy nim dobrze. I widzę nas razem w przyszłości, on zostanie detektywem, i ja... cóż, jeszcze nie wiem, kim bym został, ale wiem, że gdybym był przy nim, na pewno bym był szczęśliwy. 
Wychodzi na to, że muszę wziąć sprawy w swoje ręce, kiedy tylko osiągnę pełnoletniość. Tylko, do tego czasu jeszcze tyle czasu... czy my to przetrwamy? Będę się starał, by to dalej trwało, ale sam niewiele osiągnę. Jeżeli będzie się starał, damy radę. 
– Jeżeli wezmę swoje życie w swoje ręce, to będzie to trwało. Tylko nim to nastąpi, minie trochę czasu. To będzie ciężki dla naszej relacji czas. Mam nadzieję, że przez ten czas przy mnie będziesz – odezwałem się, unosząc głowę. 
– Ależ oczywiście, że będę – obiecał, po czym pocałował mnie w policzek. – Chodźmy już do domu. Za bardzo zmarzłeś. Zrobię ci coś ciepłego do picia, i pokażę pokój, w którym będziemy spać. 
Tym razem nie oponowałem. Naprawdę było mi zimno, i z chęcią wszedłbym do środka. Podniosłem się wraz z nim z ławki i wróciłem wraz z nim do domu. Nie było tu najcieplej, ale zdecydowanie było lepiej, niż na zewnątrz. Zdjąłem buty, płaszcz i skierowałem się za nim do kuchni, mogąc się trochę lepiej tutaj rozejrzeć. 
– Herbata, i z cytryną, imbirem, i może miodem? – zaproponował, na co pokręciłem głową. 
– A jest zwykły cukier? Nie przepadam za miodem – poprosiłem. 
– W porządku, zwykły cukier... Coś do przekąszenia? – zaproponował, a ja tylko rzuciłem mu znaczące spojrzenie. Po tym ogromnym obiedzie? Teraz to ja przez tydzień nie powinienem nic jeść. Oczywiście wątpiłem, by mi tutaj na to pozwolono, nie dość, że mam natarczywego Haru, to jeszcze jego babcię, która w ogóle nie chce słyszeć słowa „nie”. Przecież ja wrócę dwadzieścia kilo cięższy. Haru mnie tutaj roztyje, a potem mnie zostawi, bo będę brzydki, i tyle z tego będzie. – Rozumiem. Chodźmy zatem. 
Haru zaprowadził mnie na górę, do swojego malutkiego pokoiku. Był naprawdę... niewielki. Chyba mniejszy, niż połowa naszego pokoju w akademiku, a i on już był niewielki. Szafę, drzwi, łóżko, biurko, niewielkie okno z parapetem, to wszystko dzieliło dwa kroki. I on tu tak żył normalnie? Jeny, ja bym chyba tak nie potrafił. Mój pokój był kilkukrotnie większy niż ten kącik. Trochę tu było klaustrofobicznie, jak na mój gust. 
– Witaj w moich skromnych progach – odpowiedział, zapraszając mnie do środka. Bez słowa podszedłem do półki, na której stało kilka zdjęć. Kilka rodzinnych zdjęć. Z uwagą obserwowałem te rysy twarzy, i znajdowałem wiele podobieństw pomiędzy chociażby nim a jego rodzicami. Swoją drogą, był bardzo słodki jako dziecko. To wiele tłumaczy, chociażby to, że teraz też jest przyjemny dla oka. Niby z brzydoty można wyrosnąć, ale to bardzo ekstremalne przypadki. 
– Malutkie to łóżko. Pomieścimy się? – spytałem, kiedy mój wzrok padł na materac. Było chyba jeszcze mniejsze, niż te w akademiku, a już na tamtym się mieścimy na styk. Tu musiałbym się chyba bardzo mocno do niego przytulić, by stąd nie spaść. 

<Wilczku? c:>

Od Mikleo CD Soreya

poniedziałek, 22 grudnia 2025

|
Na moich ustach niemal natychmiast pojawił się uśmiech. Tak naprawdę chodziło mi po głowie po prostu upichcenie czegoś ciepłego, bardziej gotowanie niż pieczenie. Skoro jednak sam zaproponował pieczenie, uznałem, że nie będę wyprowadzał go z błędu. Wręcz przeciwnie, zachęcę go do upieczenia jakiegoś ciasta.
Oczywiście doskonale wiedziałem, że nie zrobi tego sam. I równie dobrze wiedziałem, że będzie potrzebował mojej pomocy. A właściwie… to ja będę gotował i piekł, a on po prostu będzie mi towarzyszył i pomagał w drobnych rzeczach. Uznałem, że to najlepsze możliwe rozwiązanie i dla niego, i dla mnie.
- Tak - Odezwałem się po chwili. - Możemy ugotować dla ciebie zupę warzywną i upiec ciasto czekoladowe. Oboje na pewno chętnie je zjemy. Ty lubisz czekoladę, ja lubię czekoladę, więc to chyba całkiem dobry pomysł, prawda? - Zaproponowałem to głównie dlatego, że miałem przeczucie, iż ma już serdecznie dość jedzenia samego pieczywa. Suche, nijakie zupełnie nieodpowiednie na obiad. Zupa wydawała się idealnym rozwiązaniem. Oczywiście pod warunkiem, że będzie musiał mi przy niej pomóc.
- To doskonały pomysł… - Przyznał, po czym zawahał się. - Ale żeby ci nie przeszkadzać, może lepiej usiądę gdzieś w kącie i popatrzę? Nie chciałbym zmarnować żadnych produktów. Wiesz, są drogie… A ja nie chcę być dodatkowo problemem - Stwierdził to z wyraźnym wyrachowaniem, próbując zabezpieczyć się na wszelkie możliwe sposoby, by przypadkiem nie zostać wciągniętym do pracy.
- Ależ oczywiście, że… - Zacząłem, po czym urwałem i uśmiechnąłem się znacząco. - …Nie. Masz mi pomóc. Zrobimy zupę razem. Ja będę wszystkim kierował, a ty będziesz wykonywał to, co ci powiem. Będę mówił, co robić i jak robić, żeby było dobrze.
Zapewniłem go, po czym chwyciłem jego dłoń i delikatnie, ale stanowczo pociągnąłem w stronę kuchni.
Gdy podeszliśmy do blatu, od razu wyjąłem wszystkie najpotrzebniejsze składniki: kalafior, ziemniaki, cebulę, marchewkę, fasolkę szparagową i groszek. Ułożyłem je obok siebie, jakby samo to miało dodać mi kulinarnej pewności siebie.
- Jeśli mógłbyś obrać cebulę i marchewkę, byłoby świetnie - Zaproponowałem z łagodnym uśmiechem. - Ja zajmę się ziemniakami. - Podałem mu wybrane warzywa, dając jasno do zrozumienia, że tym razem nie ma już odwrotu.
Sorey kiwnął głową, wciąż nieco niepewnie, po czym zabrał się za obieranie marchewki i cebuli. Robił to ostrożnie, jakby każde kolejne pociągnięcie obieraczki wymagało od niego pełnego skupienia. W tym czasie ja zająłem się ziemniakami, obierałem je sprawnie i kroiłem na równe kawałki, po czym wrzucałem wszystko do garnka, doskonale wiedząc, co robię i w jakiej kolejności. Chciałem przygotować mu pyszną, sycącą zupę, taką, którą zje z przyjemnością i bez pośpiechu.
- Obrałem… co teraz? - Dopytał po chwili.
W jego głosie wyraźnie słychać było niepewność. Czy naprawdę aż tak bardzo przerażało go krojenie i obieranie? Przecież nie było to nic trudnego. Najbardziej skomplikowane czynności i tak brałem na siebie, jemu zostawiałem te prostsze, właśnie po to, by mógł spróbować, ale jednocześnie nie czuł lęku ani presji związanej z tym, że mógłby czegoś nie umieć.
- Możesz pokroić marchewkę i cebulę w kostkę, a potem wrzucić wszystko do garnka - Zaproponowałem spokojnie.
Podszedłem bliżej i pokazałem mu, jak powinien trzymać nóż i w jaki sposób kroić warzywa, by było mu wygodniej i bezpieczniej. - Nie muszą być idealnie równe - Dodałem z lekkim uśmiechem. - Ważne, żeby kawałki były mniej więcej tej samej wielkości. Reszta naprawdę nie ma znaczenia. - Chciałem, żeby wiedział, że nie oczekuję perfekcji. Liczyło się tylko to, że próbuje.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
 Chęć pomocy mojej babci w taki sposób była z jego strony bardzo miła. Niestety miałem wrażenie, że gdyby rzeczywiście zaproponował jej pomoc w taki sposób, mogłaby się na niego poważnie obrazić. Znałem ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że duma nie pozwoliłaby jej przyjąć takiej propozycji, zwłaszcza od kogoś takiego jak on. I nie chodzi o rasę a o pieniądze, babcia nie lubi materialistów, dlatego lepiej niech pieniądze zostawi dla siebie.
Wracając jednak do niebezpieczeństwa, które mogło na niego czyhać… Czułem to niemal instynktownie. Jego babcia mogłaby stanowić dla niego ogromne zagrożenie, gdyby dowiedziała się, że jesteśmy razem. W jej oczach byłoby to czymś nie do pomyślenia wilkołak, i to jeszcze biedny, związany z kimś takim jak on. Przecież to nie przystoi. Nie jestem go godzien. I, szczerze mówiąc, w pewnym sensie to prawda, nie jestem. A mimo to cieszyłem się, że jesteśmy razem. Że mogę na niego liczyć, tak samo jak on mógł liczyć na mnie.
- Obawiam się, że gdyby twoja babcia dowiedziała się o nas, to ty znalazłbyś się w prawdziwym niebezpieczeństwie - Powiedziałem w końcu, mając silne przeczucie, że właśnie tak by się to skończyło.
- Cóż… możliwe, że masz rację - Odpowiedział spokojnie. - Chcę jednak zauważyć, że ty również byłbyś w niebezpieczeństwie, gdyby się o tym dowiedziała. - I tego byłem bardziej niż pewien. Ja prawdopodobnie zostałbym zabity bez wahania, a on zamknięty w rezydencji niczym księżniczka w wieży. Tyle że zamiast smoka pilnującego murów byłaby zła, okropna starsza pani o ogromnych wpływach taka, której bałby się każdy rycerz na białym koniu.
- Coś w tym jest - Przyznałem. - Mam nawet takie dziwne przeczucie w kościach, że moje życie szybko dobiegłoby końca… no chyba że bym cię zostawił, dokładnie tak, jak ona by sobie tego życzyła - Dodałem rozbawiony, przytulając go do siebie. - Ale nie martw się - Ciągnąłem dalej, uśmiechając się szeroko. - Nie zostawię cię, nawet jeśli ten wielki, zły smok postanowi mnie pożreć. - Powiedziałem to lekkim tonem, bardziej żartem niż wyznaniem, czym wyraźnie go zaskoczyłem.
- Zły smok? - Zapytał rozbawiony, najwyraźniej nie mając jeszcze pojęcia, o kogo mi chodzi.
- Twoja babcia - Wyjaśniłem w końcu. - Kojarzy mi się właśnie ze złym smokiem, który strzeże księżniczki zamkniętej w wieży.
Uśmiechnąłem się do niego głupkowato, licząc na to, że potraktuje to jako żart… choć obaj wiedzieliśmy, że w każdej bajce jest ziarnko prawdy.
Mój panicz od razu westchnął, spuszczając wzrok. Widziałem, że już zaczął się martwić, zamiastcieszyćchwilą. Cholera… naprawdę mogłem tego nie mówić. Mogłem pominąć tę dla mnie śmieszną uwagę, bo przecież dla niego wcale nie była śmieszna.
Czasem naprawdę najpierw rzucam słowa, a dopiero potem myślę i właśnie tak to się kończy.
- Masz rację… moja babcia jest przerażająca, jak smok w bajce - Pzyznał cicho, kiwając głową..
- Hej spokojnie. Mam nadzieję, że to niczego nie przekreśla. Bo ja i tak cię kocham. I chcę spędzić z tobą tyle czasu, ile tylko mogę, zanim twoje życie każe nam zakończyć tę znajomość. - Wyznałem, uśmiechając się do niego o przepraszając. 

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

środa, 17 grudnia 2025

|
 Trzymałem go blisko siebie, chcąc mu dać moje wsparcie. W końcu, nie był tu sam, i nie był zapewne jedyną osobą tutaj, która się boi burzy. Nie ma się czego wstydzić, ani bać. Jestem tuż obok niego, by ochronić go przed każdym złem tego świata. Nie wiem, jak miałbym sobie poradzić z burzą, nie mam na nią absolutnie żadnego wpływu... Ale mógłbym przyjąć na siebie piorun, jeśli byłaby taka możliwość. Dla niego wszystko, nawet jeśli miałbym umrzeć. Bez wahania przyjąłbym na siebie każdy cios. 
– W końcu – powiedziałem zadowolony, wchodząc do środka naszego domku. – Zaraz się przebiorę i... O, jesteś wspaniały – odezwałem się, kiedy Mikleo jednym ruchem dłoni pozbył się wody ze mnie, i z siebie samego. 
– To nic takiego – uśmiechnął się lekko, i zaraz potem zamarł. Kolejny huk, kolejny grzmot. 
– Już zakrywam okna. Pójdziemy zaraz do łóżka, nakryjemy się kołdrą, ukryjesz się w moich ramionach i to przeczekamy – powiedziałem, szybko podchodząc do pierwszego okna, by je dobrze zakryć, tak, by nie było widać tych wszystkich błysków. 
Mikleo nie oponował. On od razu skierował się do łóżka, a ja wszystko pozakrywałem i wróciłem do niego. Bez żadnych słów wszedłem pod koc, a Mikleo od razu schował głowę w moich ramionach. Trwaliśmy w ciszy, dopóki burza nie minęła. Grzmoty ucichły dopiero po godzinie, chociaż deszcz dalej padał. Ciekawe, kiedy przestanie. Znaczy, mnie on nie przeszkadzał, ale ja tam wolę, kiedy ładnie świeci słońce, i jest ciepło, i miło. A tak? Nigdzie nie wyjdziemy. Znaczy, on może, ale ja już nie. Niestety, chociaż bym bardzo chciał. Zaraz jednak bym chyba umarł na tym deszczu, to nie jest przyjemny, wiosenny deszczyk, tylko paskudna, zimna ulewa. Brr.
– Chyba już koniec – odpowiedziałem, nie pewnie wychylając kołdrę spod koca. 
– Chyba tak... W końcu. Przepraszam, ja po prostu... nie panuję nad sobą, kiedy słyszę te grzmoty – przyznał cicho, chyba zawstydzony swoim strachem. Jakby miał się czego wstydzić. 
– Nic się nie stało, Owieczko. To nic złego. Każdy się czegoś boi, tak? To normalne. Nie wmawiaj sobie, że to coś złego – powiedziałem ciepło, czule, po czym ucałowałem go w skroń. Był on strasznie przybity... powinienem jakoś poprawić mu humor. – Masz ochotę na gorącą czekoladę? – zaproponowałem, uśmiechając się znacząco. 
– Jak w takim tempie będziemy ją pić, to bardzo szybko się skończy – zauważył, ale ja się tym nie przejąłem. 
– To kupię znów kolejną porcję. Mam dostawać tygodniówki, więc jeszcze troszeczkę i będę miał troszkę gotówki. 
– A może... może coś upichcimy? – zaproponował, co mnie zaskoczyło. Upiec? Miał ochotę na jakieś ciasto? Babeczki? W sumie, to też słodkie, i może mu poprawić humor. 
– Możemy coś upiec... ale ja nie wiem, co. I jak. Nie potrafię, nigdy nic nie piekłem, więc jak ja będę w to zaangażowany, to jest wielkie prawdopodobieństwo, że może się zakończyć to fiaskiem – przyznałem zgodnie z prawdą, od razu go na wstępnie ostrzegając, żeby się nie spodziewał po mnie wielkich rzeczy. 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Miał rację, ogród był naprawdę urokliwy. Zupełnie inny od tych, po których ja chodziłem. W Konglomeracie mój ogród był zupełnie... inny. Ciekawe, czy dla niego w ogóle mógłby mieć miano ogrodu; rośliny w końcu nie były tam w pełni organiczne. To naprawdę miła odmiana, że mogę pochodzić po takim małym, przydomowym ogródku. Trochę zmartwił mnie fakt o jego babci, że nie ma siły. Myślałem, że wilkołaki są długowieczne. Idąc tym tropem, to jak wiele lat musi mieć jego babcia, że już czas ją dogania? Trochę to przerażająca myśl, że mam do czynienia z tak doświadczoną kobietą. 
– Więc tutaj się wychowywałeś? – spytałem spokojnie, zajmując miejsce na małej, drewnianej ławeczce. 
– Całe swoje życie. Nie znam innego miejsca na ziemi. No, jeszcze oczywiście akademia. Pewnie wieczorem babcia ci pokaże nasze zdjęcia. Uwielbia pokazywać zdjęcia – powiedział z uśmiechem, a jednak było w tym coś takiego trochę... smutnego. A może melancholijnego? 
– No proszę, zobaczę małego Haru – uśmiechnąłem się delikatnie na samą możliwość. Skoro teraz jest przystojny, to pewnie był słodki. Zawsze to tak działa. 
– Tak, i usłyszysz mnóstwo głupich i ośmieszających mnie historyjek, a ja później się będę musiał wstydzić – przyznał, obejmując mnie ramieniem. – Polubiła cię. Widzisz? Mówiłem ci, że nie będzie tak źle – dodał, gładząc moje ramię. 
– To jeszcze nie jest takie przesądzone. Jeszcze mogę zrobić coś głupiego, coś, co sprawi, że stracę w jej oczach – odpowiedziałem ostrożnie, jeszcze nie nastawiając się od razu tak pozytywnie. 
– Musiałbyś chyba być złym człowiekiem, a oboje dobrze wiemy, że ty złym człowiekiem nie jesteś – powiedział łagodnie, uśmiechając się szeroko. 
– Patrząc na to, jaka jest moja babcia, mam do tego tendencję – powiedziałem cicho, spuszczając wzrok. 
– To, że ona jest okropna nie oznacza, że ty też taki będziesz. W ogóle nie jesteś jak ona. Jesteś wspaniały, i miły, i kochany. Gdybym nie wiedział, że to twoja babcia, w ogóle bym was nie powiązał – pocieszył mnie, całując w policzek.
– Mam nadzieję, że geny nie okażą się silniejsze – mruknąłem, poprawiając swoje włosy. – Jeśli twoja babcia by potrzebowała pomocy myślę, że byłbym coś dla niej zaaranżować – dodałem, skupiając się na innym temacie rozmowy. 
– Nawet nie próbuj jej tego proponować. Nie spodoba jej się ta opcji. Chociaż to bardzo miłe z twojej strony, że chcesz zaproponować pomoc – odpowiedział, poprawiając z czułością kosmyk, który opadł mi na czoło. – Bardzo zmarzłeś? 
– Odrobinkę – przyznałem, nie zamierzając tego ukrywać. Ja jednak jestem ciepłolubny bardzo. – Ale, możemy jeszcze tu chwilkę posiedzieć, by twoja babcia się wyspała. Przez ten słuch pewnie ma strasznie ciężko, by wypocząć. To mnie zawsze zaskakiwało w tobie, też masz przecież dobry słuch, a jednocześnie potrafisz przespać bitwę – odpowiedziałem rozbawiony, przysuwając się bliżej niego, by ogrzać się nieco jego ciałem. W końcu, było ono takie ciepłe, że nawet przez ubranie mogłem się ogrzać. Nie, żeby wiele na sobie miał; podczas kiedy ja miałem ubrałem elegancki golf, kamizelkę, ciepły płaszcz i do tego szalik, to on miał na sobie zwykłą bluzę. I tyle. Patrzyłem na niego, i mi już było zimno. 
– Ja po prostu lubię porządnie wypocząć – uśmiechnął się do mnie głupio, chwytając moje dłonie, by je ogrzać. – Zresztą, słyszę bicie twojego serca, i spokojnie mogę przespać kolejne godziny, bo wiem, że jesteś blisko i nic ci nie grozi – dodał z czułością, gładząc mój policzek. To, że miał taką ciepłą dłoń, było tak... irracjonalne. Nie na miejscu. Prawie jak sen. Sceneria w sumie też pasowała, było to urokliwe miejsce. Trochę szkoda, że nie mam możliwości podziwiać go wiosną, latem, tylko teraz, jak już wszystko na zimę zasypia... ale może jeszcze kiedyś będę miał okazję? O ile jego babcia dalej mnie tu będzie chciała zaprosić. 
– Trochę przesadzasz. Co by mi tu miało grozić? – spytałem, uśmiechając się do niego lekko. – Przy twoim boku zawsze będę bezpieczny – dodałem, opierając głowę o jego ramię. 

<Wilczku? c:>

Od Mikleo CD Soreya

poniedziałek, 15 grudnia 2025

|
Wiedząc, że spędzę w bibliotece co najmniej pół dnia, jeśli nie cały, postanowiłem wykorzystać ten czas jak najlepiej. Usiadłem między regałami i sięgnąłem po książki o zwierzętach, o których wcześniej wspominał mi Sorey. Nie byłem jednak całkiem sam, starsza kobieta pracująca w bibliotece okazała się niezwykle rozmowna i pełna wiedzy. Chętnie odpowiadała na moje pytania, wiele rzeczy cierpliwie tłumaczyła i poleciła mi kilka wartościowych książek, głównie o królikach i owcach.
Dowiedziałem się naprawdę wielu ciekawostek. Na przykład króliki hodowlane mają niemal trzysta sześćdziesiąt stopni pola widzenia, a ich zęby rosną przez całe życie, dlatego muszą je stale ścierać. Żyją średnio od ośmiu do dwunastu lat i wymagają nieprzerwanego dostępu do siana. Poza tym, jeśli przypadkiem kupi się samca i samicę, bardzo szybko można doczekać się mnóstwa młodych, a nie byłem pewien, czy chcę prowadzić małą hodowlę.
Jeśli chodzi o owce, sprawa wydawała się jeszcze bardziej skomplikowana. Choć potrafią doskonale rozpoznawać ludzi i przywiązują się do opiekunów, wymagają znacznie więcej pracy. Ich wełna musi być regularnie strzyżona, jedzą ogromne ilości pożywienia, a koszty utrzymania są wysokie. Doszedłem do wniosku, że przynajmniej na razie zwyczajnie nie byłoby nas na nie stać.
Tak bardzo pochłonęło mnie czytanie, że huk burzy całkowicie mnie zaskoczył. Gwałtowny grzmot sprawił, że podskoczyłem na krześle. Nigdy nie lubiłem burzy, zawsze mnie przerażały, ale tym razem strach był wyjątkowo silny.
Starałem się opanować. Skupiłem wzrok na książce, próbując nie panikować. 
~ To przecież tylko burza - Powtarzałem sobie w myślach. Jestem dorosły, nie mogę bać się jak dziecko, a jednak dokładnie tak się czułem. Każdy kolejny grzmot wywoływał we mnie zimny dreszcz, jakby serce na moment zamierało.
- Miki, jesteś tu? - Gdy tylko usłyszałem głos Soreya, od razu ruszyłem w jego stronę, zupełnie nie rozumiejąc, co tu robi. Przecież powinien być jeszcze w pracy, prawda? Zaskoczony jego obecnością, podszedłem bliżej i bez zastanowienia wtuliłem się w niego, nie przejmując się tym, że jest cały przemoczony.
- Co ty tu robisz? Nie powinieneś być w pracy? - Zapytałem, czując, jak w jego ramionach powoli wraca mi poczucie bezpieczeństwa.
- Z powodu burzy musieliśmy zamknąć kuźnię, więc dostałem wolne - Wyjaśnił, gładząc mnie po głowie. - Pomyślałem, że przyjdę po ciebie, żebyśmy mogli spędzić razem trochę czasu - Dodał z ciepłym uśmiechem, choć sam lekko drżał z zimna.
Dopiero wtedy dotarło do mnie, jak bardzo jest mokry i zmarznięty. Jednym płynnym ruchem użyłem swoich mocy, osuszając jego ubrania i ciało, by choć na chwilę poczuł się bardziej komfortowo.
- Cieszę się - Przyznałem cicho, odwzajemniając uśmiech.
- To co, wracamy? - Zapytał, zauważając, jak reaguję na kolejny grzmot dochodzący z zewnątrz.
- T… tak. Możemy już wracać - Szepnąłem, ściskając jego dłoń.
- Nie bój się. Obronię cię przed tą straszną burzą - Powiedział, całując mnie w czoło, po czym pociągnął delikatnie w stronę wyjścia. Po drodze pożegnał się ze starszą bibliotekarką.
Szliśmy obok siebie, trzymając się mocno za ręce. Starałem się zachowywać jak każdy normalny dorosły, nie drżeć i nie reagować panicznie, choć gdy tylko rozległ się kolejny potężny huk, serce znów zabiło mi szybciej.

<Sorey? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
 Nie wydawało mi się, aby moja babcia w jakikolwiek sposób źle zareagowała na fakt, że jest on w połowie Tkaczem. Oczywiście nie posiadałem takich zdolności jak mój panicz, który potrafił wyczuwać emocje każdego, wystarczyło, że po prostu z kimś przebywał. Ja jednak znałem swoją babcię doskonale. Wiedziałem, jaka jest. Znałem jej reakcje te drobne, niemal niezauważalne gesty, które zdradzały irytację, zaskoczenie czy sympatię. Potrafiłem rozpoznać je bez najmniejszego trudu.
W tej sytuacji widziałem jednak wyraźnie, że było jej to zupełnie obojętne, kim on jest. A właściwie… nie do końca obojętne. Pytała z ciekawości, z potrzeby zrozumienia drugiego człowieka, nie po to, by go oceniać. W naszej rodzinie nigdy nie przywiązywaliśmy wagi do pochodzenia. Interesowało nas ono wyłącznie jako historia, nie jako miara wartości. Nigdy nie ocenialiśmy ludzi przez pryzmat tego, z jakiego domu się wywodzą, to byłoby krzywdzące. Tego właśnie nauczyła mnie babcia, dlatego byłem pewien, że myśli dokładnie tak samo również teraz.
- Tkacz? - Odezwała się w końcu, unosząc lekko brwi. - To całkiem ciekawe… nie pasujesz mi do nich - Dodała po chwili. - Słyszałam o nich wiele złego, ale osobiście nigdy nie oceniam książki po okładce. Cieszę się, że mimo tego, kim jesteś, potrafisz być sobą, nie przejmując się tym, że ktoś może cię oceniać przez pryzmat pochodzenia. - Uśmiechnęła się do niego łagodnie, sięgając po łyżkę.
- Smacznego - Dodała ciepło.
Odruchowo zerknąłem na mojego panicza. Był wyraźnie zaskoczony, ale jednocześnie poczuł ulgę. Najwidoczniej wyczuł, że emocje płynące od mojej babci są szczere, a jej słowa prawdziwe. Mówiłem mu przecież, że to fantastyczna kobieta i że nigdy nie pomyśli o nim źle. Była kimś, kto naprawdę potrafił pozytywnie zaskoczyć.
- Dziękuję za miłe słowa i również życzę smacznego - Odparł Daisuke.
Zabrał się powoli za swój posiłek. Jadł spokojnie, bez pośpiechu, jakby wciąż potrzebował chwili, by oswoić się z tą sytuacją. Najważniejsze jednak było to, że jadł. W tamtym momencie nic więcej nie miało znaczenia.
Po obiedzie, jak można było się spodziewać, moja babcia zadecydowała, że pora na krótką przerwę przed kawą lub herbatą i ciastem. Chciała dać nam chwilę, by żołądek zdążył odpocząć, a ciało nieco się zregenerowało po posiłku. Sama również zamierzała się na moment położyć, wiek coraz częściej dawał o sobie znać, nawet jeśli rzadko się do tego przyznawała.
Spacer po okolicy raczej nie wchodził w grę. Nie lubiłem chodzić po tej wsi z wiadomych powodów spojrzenia, szepty i traktowanie mnie jak kogoś gorszego wciąż potrafiły boleć.
Jedyne, co mogłem zrobić, to zaproponować mojemu paniczowi wyjście do ogrodu.
Nasz ogród był naprawdę ładny. Może nie teraz, pogoda nie sprzyjała, a chłód zaczynał coraz mocniej wdzierać się pod ubrania, ale nawet o tej porze roku miał w sobie coś uspokajającego. Poza tym krótki spacer dobrze by nam zrobił, a przede wszystkim pozwoliłby babci odpocząć w ciszy, bez naszej obecności.
Postanowiliśmy więc zajrzeć do starego ogrodu, który od dawna nie był już tak zadbany jak kiedyś. Nie było w tym nic dziwnego, babcia robiła, co mogła, ale z każdym rokiem brakowało jej sił. Coraz częściej łapałem się na myśli, że chciałbym tu być częściej, pomagać jej, dbać o to miejsce tak, jak ona robiła to przez całe życie. Wiedziałem jednak, że to niemożliwe.
Musiałem się uczyć. Nawet jeśli szkoła nie miała dla mnie większego znaczenia, nawet jeśli czułem, że to nie moja droga, nie mogłem jej zawieść. Byłem niemal pewien, że gdybym ją porzucił, babcia przeżyłaby to bardziej niż ja sam. I chyba tylko ze względu na nią wciąż tam chodziłem.
- To nasz ogród. Nie jest może zbyt estetyczny i daleko mu do ideału. Babcia nie ma już siły pracować tak jak kiedyś, więc… nie miej zbyt dużych oczekiwań. Ale na swój sposób jest urokliwy. Wiosną wygląda naprawdę magicznie, kiedy wszystko kwitnie, drzewa obsypują się kwiatami, a zapach roślin unosi się w powietrzu… wtedy można zapomnieć o całym świecie. - Wyznałem, uśmiechając się do niego łagodnie.

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

niedziela, 14 grudnia 2025

|
 Obudziłem się wyjątkowo wcześnie, i to jeszcze sam, i postanowiłem go nie budzić. Bo i po co? On nie musiał wcześnie wstawać. On mógł się wyspać, wyleżeć, odpocząć... nie musi cierpieć ze mną. Zachowywałem się bardzo cicho; cicho się ogarnąłem, przebrałem w już i tak nieco zniszczone rzeczy, zrobiłem sobie kanapki, które zaraz zjadłem. Miałem ochotę na coś ciepłego przed pracą, ale nie chciałem grzać wody, bo jej szum zaraz by obudził Mikleo, dlatego wlałem sobie do szklanki zwykłej wody, i do butelki, bym mógł się na szybko w pracy napić. Nie brałem też żadnego posiłku, bo po co? Ostatnio i tak wracałem z nim do domu, więc równie dobrze mogę sobie zrobić jakiś obiad. Nawet bym tak chciał, zjeść coś innego niż kanapki. Może zupę jakąś, albo kotleciki jajeczne, o, albo panierowaną mozarellę, albo... sam nie wiem. Coś innego, ciepłego, taki obiad, a nie zwykłe kanapki. Znaczy, kanapki też są dobre, ale już trochę mi się przejadły, nawet jak robię codziennie z czymś innym. 
Dzisiaj było ciężko, ale skończyliśmy szybciej, niż z początku podejrzewałem, a to wszystko z powodu pogody. W jednej sekundzie było oberwanie chmury i burza, i zaraz musieliśmy wszystko gasić, zamykać... Trochę mnie zaskoczyła taka pogoda. I nie tylko mnie, takie burze się nie zdarzyły od lat, jak się dowiedziałem. Cała rada otoczyła te wyspy  niewidzialną, ochronną barierą, dzięki czemu takie anomalie pogodowe się nie zdarzały. Padało, owszem, ale zawsze było to bardziej spokojniejsze, w zależności od pory roku czasem w miesiącu więcej padało, czasem mniej, ale zawsze tego deszczu było odpowiednio, by flora mogła się rozwijać. Po tych wiadomościach naprawdę się zmartwiłem. To chyba... niedobrze, że się tak wydarzyło, prawda? Chyba ta bariera nie jest tak szczelna, jak mogło by się wydawać. 
Mimo, że do pracy nie miałem daleko, wróciłem do domku cały przemoczony, i zziębnięty. Nie zepsuło to jednak mojego humoru. W końcu, byłem wcześniej w domku, a że krócej pracowałem, nie byłem aż tak zmęczony, no i mogłem spędzić czas z moim Mikim najpiękniejszym. Czy może być coś lepszego? Znaczy, na pewno by się coś takiego znalazło, ale mi to na razie wystarcza. Nie chcę być chciwy, nic z tego dobrego nigdy nie wychodziło. 
- Miki, jestem...! Miki? - nie zauważyłem jego butów, więc trochę się zmartwiłem. Mógłby wyjść w deszcz, owszem. Ale w burzę? On chyba się trochę burzy bał, jak dobrze pamiętam. I dlatego tak strasznie się martwiłem. 
Dobrze, myśl, Sorey, gdzie Miki mógłby pójść? O czym wczoraj rozmawialiśmy? O zwierzakach. Tak, chciał się dowiedzieć więcej o nich, by dobrze wybrać i nie zrobić takiemu małemu stworzonku krzywdy.. Jest w bibliotece, i pewnie w niej został. Muszę go odebrać, i przyprowadzić tutaj, by się za bardzo tam nie bał. 
Nie przebierałem się, bo i po co? Burza dalej trwała, więc i tak zmoknę, i tak, a ja tylko chciałem bezpiecznie odebrać moje maleństwo, zapewnić mu bezpieczeństwo i zabrać cały ten strach, który pewnie w tej chwili czuje. A może nie czuje? Może jednak coś sobie ubzdurałem? No, ale nawet jeżeli coś sobie ubzdurałem, to i tak mogę go odebrać. Skoro wyszedłem wcześniej, nie musi dłużej siedzieć w bibliotece. Możemy ten czas spędzić przyjemnie w domu. Zrobiłbym nam czekolady, i byśmy coś zjedli, i może... sam nie wiem, ale na pewno coś miłego wymyślę. Na pewno będę się musiał przebrać, i wejść na chwilę pod koc, by się trochę rozgrzać. Ale na to jeszcze przyjdzie jeszcze czas. 

<Owieczko? C:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Miałem wrażenie, że nie mówi mi do końca prawdy. Nie miałem na sobie rękawiczek, zatem doskonale czułem emocje jego, jego babci i tego precelka zwiniętego na moich kolanach. Nie była to zazdrość taka typowa, jaką to odczuwa się względem człowieka, ale też nie było mu to obojętne. Chyba wolałby, bym to na niego zwracał uwagę. I przecież zwracam. Tylko nie mogę go miziać, jakby to wyglądało przed jego babcią? I on tego też nie chce. Ale w sumie... to nawet ciekawe, że jest zazdrosny. Może po tym częściej będzie pokazywał swoje uszy, i pozwalał mi się głaskać. Ja to uwielbiałem, on też, więc czemu tak rzadko mi na to pozwala?
- Dziękuję – powiedziałem, zerkając rozbawiony, jak kotek porusza swoim noskiem, wciągając zapach kurczaka. Nie ruszył się jednak. Grzecznie siedział na moich kolanach, cicho mrucząc. - Wiesz, że... jestem świadom twoich emocji, prawda? - dopytałem, nawiązując do naszej poprzedniej rozmowy. Korzystałem z faktu, że jego babci jeszcze nie było obok... chociaż, czy to miało jakiś sens? Pewnie słyszy tak samo dobrze, jak. 
- Wiem. Opisujesz mi to czasem. Jestem pod wrażeniem, jak odczuwasz emocje – odpowiedział, nalewając mi wody do szklanki. Chyba nie załapał. A może nie chciał załapać? 
- Więc wiesz, że ja wiem, że jednak odczuwasz zazdrość? - spytałem spokojnie, uśmiechając się do niego delikatnie. Delikatnie się spiął, jakby przyłapany, na drobnym kłamstwie, ale zaraz się uśmiechnął głupkowato. 
- Ja? Zazdrość? O kota? Daj spokój, to tylko zwierzak, nie ma ze mną żadnej konkurencji – powiedział lekko, siadając obok mnie. Czy powinienem się z nim podroczyć? Cóż, tak odrobinkę chyba mogę. Nic złego przecież nie zrobię. 
- Masz rację, Racuch ma tylko mięciutką sierść, urocze łapucie papucie, taki malutki nosek i śliczne, bystre oczka – odpowiedziałem, posyłając mu delikatny uśmiech. Oj, nie spodobało mu się to. Aż tak nie lubi tego kociaka? To jego wyjaśnienie, że jest wilkołakiem i dlatego nie lubi kotów jest dla mnie trochę naciągane. Przecież to, że psowate i kotowate się nie lubią jest zwykłym mitem. 
- Słyszę, że kociak został już ochrzczony – odezwała się uprzejmie jego babcia, zajmując miejsce przed nami. 
- Tak mi się wydaje, że Racuch do niego prasuje – powiedziałem cicho, trochę niepewnie. Emocje, które to biły od tej kobiety, były trochę dla mnie jeszcze niejasne. Była zaciekawiona moją osobą, i mnie badała, to na pewno. Oczywiście była uprzejma, traktowała mnie miło, ale czułem, że jeszcze opinie o mnie sobie tak właściwie wyrabia, co jest chyba normalne. W końcu, jeszcze za bardzo nie rozmawialiśmy, zna mnie tylko z listu Haru, a co on tam o mnie wypisał, to nie mam pojęcia. Nie wiedziałem tego listu, i nawet nie chciałbym widzieć. To jego korespondencja w końcu. 
- Racuch... może być, Haru lubi racuchy, będzie mi się z nim kojarzyć – powiedziała, nie spuszczając ze mnie wzroku. - Skąd pochodzisz? Haru o tej części mi nie pisał. 
- Wywodzę się od tkaczy... i od ludzi – powiedziałem cicho, niepewnie, jak zareaguje. Uznałem jednak, by jak najszybciej o tym wiedziała, i bym wiedział, na czym stoję. Jak mnie nie polubi, lepiej wiedzieć to na początku. 

<Wilczku? C:> 

Od Mikleo CD Soreya

sobota, 13 grudnia 2025

|
Owca? Sam nie wiem, czy to dobry pomysł. Owca to chyba zwierzę, które potrzebuje znacznie więcej uwagi i pracy nad samą opieką. Trzeba ją pilnować, dbać o jej bezpieczeństwo, uważać, żeby nic złego jej się nie stało ani żeby nie została zaatakowana przez jakieś dzikie zwierzę. Choć tak naprawdę nie wiem, czy w ogóle coś mogłoby jej tutaj zagrozić… Mimo wszystko mam wątpliwości.
Wydaje mi się, że opieka nad owcą to nie jest byle co. Do tego dochodzi jeszcze kwestia wełny, przecież trzeba ją regularnie strzyc, prawda? Tak mi się przynajmniej wydaje, bo nigdy wcześniej nie miałem owcy i szczerze mówiąc, nie mam w tym żadnego doświadczenia.
Z królikiem też nie jestem do końca pewien. Niby mniejszy, niby łatwiejszy, ale przecież takim królikiem również trzeba się odpowiednio zajmować. To nie jest zabawka, tylko żywe stworzenie, które ma swoje potrzeby. Kurczę… może naprawdę powinienem najpierw trochę o tym wszystkim poczytać. W końcu mam na to czas, kiedy mój partner jest w pracy, nie będę się nudził, prawda?
- Może jutro, gdy będziesz w pracy, poczytam sobie trochę o owcach i o królikach domowych, żeby w ogóle wiedzieć, jak wygląda opieka nad takim zwierzakiem - Powiedziałem po chwili. - Nie możemy przecież wziąć zwierzęcia bez żadnej wiedzy. To byłoby bardzo nieodpowiedzialne, a my nie chcemy zachowywać się nieodpowiedzialnie, prawda? - Wyjaśniłem to, uśmiechając się do niego łagodnie. Nie chciałem mieć na sumieniu żadnego zwierzątka tylko dlatego, że ani ja, ani on nie potrafilibyśmy się nim odpowiednio zaopiekować.
- Ależ ty jesteś mądry, owieczko. Przy tobie wszystko wydaje się łatwiejsze - Powiedział, chwytając moją dłoń, całując ją, prowadząc w stronę naszej chatki.
Był naprawdę zmęczony, a ja nie chciałem go dodatkowo obciążać. Wiedziałem, że gdy się wykąpie, wypije ciepłą herbatę, którą mu zrobiłem, i pójdzie spać. Choć to wciąż niewiele czasu spędzonego razem, cieszyłem się, że w ogóle możemy być choć chwilę razem. Zawsze mógł przyjść i od razu pójść spać, a on poświęcił się dla mnie. Byłem mu za to bardzo wdzięczny, ale jednocześnie wiedziałem, że musi więcej odpoczywać, by zregenerować siły po ciężkiej pracy.
Po powrocie do chatki wszystko potoczyło się zgodnie z oczekiwaniami: wykąpał się, wypił gorącą herbatę i położył się spać. Chciał nawet chwilę ze mną porozmawiać, ale już nie miał siły. No cóż, jakoś to przeżyję, przecież wiele razy byłem sam.
Przebrałem się w jego koszulę i położyłem obok niego, wtulając się w jego ciało. W tej chwili cieszyłem się, że choć w taki sposób mogę mieć go przy sobie.

Gdy obudziłem się rano, Soreya nie było już obok mnie. Musiał wstać znacznie wcześniej, pewnie myśląc, że nie musi mnie budzić, przecież po co tracić czas. Mam tylko nadzieję, że wziął coś do jedzenia. Nawet jeśli nie będzie jadł w pracy, lepiej, żeby miał coś przy sobie, nigdy nie wiadomo, czy nagle nie zgłodnieje, prawda? Nie chciałem, żeby chodził głodny.
Postanowiłem, że dzisiaj pójdę do biblioteki. Oczywiście poczytam coś o owcach i królikach, żeby dowiedzieć się, jak właściwie się nimi opiekować. A gdy wrócę do domu, zrobię mu pyszną, warzywną zupę. Czuję, że potrzebuje czegoś ciepłego i porządnego, a nie tylko śniadania, które zwykle zjada w domu, nadrabiając to czego nie zjadł po raz kolejny w pracy..

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
 Jak już wcześniej wspominałem, nie przepadałem za kotami. Może nie od razu ich nie cierpiałem, po prostu wcześniej nie odczuwałem do nich sympatii takiej, jaką większość ludzi ma. Poza tym byłem trochę zazdrosny, w końcu to mój panicz, a ja nie lubiłem dzielić się tym, co moje. Oczywiście wiem, że to zabrzmiało trochę egoistycznie, bo nikt nie jest własnością drugiego człowieka, ale on był dla mnie wyjątkowy. A ten kot… perfidnie sobie rościł prawa, dając do zrozumienia, że teraz to on go „posiada”. Na coś takiego nie mogłem się zgodzić.
- Nie, wszystko w porządku, po prostu nie przepadam za kotami - Odpowiedziałem, wzruszając ramionami, gdy zbierałem miseczki, które wciąż leżały na stole. Zaniosłem je do kuchni, do babci, i od razu włożyłem do zlewu, żeby je umyć. Skoro już tu byłem, nie chciałem zostawiać bałaganu.
Nie widziałem w tym żadnego problemu, trochę pomóc starszej kobiecie, która tak wiele dla nas poświęca, to przecież najmniej, co mogłem zrobić. Babcia przygotowała dla nas wszystko, co tylko potrafiła zrobić, abyśmy byli najedzeni i szczęśliwi. Doceniałem to w pełni i byłem jej naprawdę wdzięczny za to, jak wspaniałą jest osobą.
Kiedy wróciłem do salonu, mój panicz wciąż siedział na krześle e z kotem na kolanach. Nie dotykał go, ale było widać, że bardzo go to kusiło, palce co chwilę drgały, jakby same chciały zanurzyć się w miękkim futrze. Gdyby nie to, że babcia zapowiedziała już posiłek, pewnie jeszcze przez dłuższą chwilę by go miział.
- Wyglądasz, jakbyś był trochę zły o to, że głaszczę tego kota - Stwierdził, przyglądając mi się uważnie w swoimi pięknymi, przenikliwymi oczami.
Pokręciłem głową i uśmiechnąłem się lekko, sięgając po ścierkę i zaczynając wycierać stół, przygotowując go na danie, które lada moment miało się pojawić.
- Nie jestem zły. To tylko kot, nie mogę być złego kota - Powiedziałem spokojnie. - Głaszcz go, jeśli sprawia ci to przyjemność. Ja po prostu nie przepadam za zapachem kotów. Ogólnie nie jestem ich wielkim fanem. Nie mam do nich jakiejś silnej niechęci, ale… wolę, kiedy ich nie ma w pobliżu. - Wyjaśniłem, zgodnie z prawdą.
- Nie rozumiem cię - Odpowiedział, przytulając kota nieco mocniej i patrząc na niego z rozczuleniem. - Kotki są fantastyczne. Takie piękne, słodkie… i miękkie. Jak można ich nie kochać albo przynajmniej lubić? - Westchnąłem cicho.
- Cóż, jestem wilkołakiem - Stwierdziłem bez większych emocji. - A przeze mnie koty nie są szczególnie lubiane. To raczej… naturalne. - Odwróciłem się w stronę kuchni, słysząc kroki babci. Wiedziałem już, że niesie talerze. To było dla mnie nie do przyjęcia, w końcu mogłem zrobić to bez najmniejszego wysiłku, a ona powinna była już odpoczywać. Napracowała się wystarczająco.
Wróciłem więc do kuchni i delikatnie zabrałem jej talerze z rąk, ignorując jej ciche protesty. Z uśmiechem zaniosłem je do salonu i ustawiłem na starym, nieco już zniszczonym stole. 
- Smacznego - Odparłem, podaj artystę sztućce aby było czym jeść posiłek, kurczak zapiekany z ziemniaczkami, wyglądało i pachniało idealnie tak jak pamiętałam to za dzieciaka. 

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

|
 Muszę przyznać, bałem się o mojego partnera. Mówił mi, że się niby czuje dobrze, że mam się nie martwić... więc czemu podskórnie czuję coś innego? Czuję, że nie mówi mi prawdy? Uspokaja mnie tylko, bym w pracy się nie przejmował, i mógł się skupić na niej. Ale... nie może tak być. Nie mogę go zostawić z tym wszystkim samego. I nie zostawię. Muszę pogodzić pracę, i ten czas po pracy spędzać z nim tak długo, jak będzie mnie potrzebował. Muszę ignorować zmęczenie. Albo je jakoś zaakceptować? Sam nie wiem... Ale wiem jedno, sam z tym na pewno nie zostanie. Nie pozwolę mu na to. 
– Jeśli jest ci ciężko, możesz mi o tym powiedzieć – powiedziałem cicho, chwytając jego dłoń i bawiąc się jego palcami. Chciałem, by był ze mną szczery, niż by gadał takie miłe słówka. Z drugiej strony... Czy ja nie robiłem tak samo? Ukrywałem swoje złe samopoczucie, by się o mnie nie martwił. Uśmiechałem się do niego pomimo tego, że bolało. Chyba oboje na siebie zasługiwaliśmy. 
– Nie jest mi ciężko. Nie bardziej, niż tobie. Kocham cię, i będę ci pomagać. Tak jak ty chcesz pomagać mnie – odpowiedział miękko, uśmiechając się do mnie. – Wracajmy. Wypijesz coś ciepłego, umyjesz się i pójdziesz spać. Zdecydowanie musisz się umyć. Śmierdzisz paleniskiem. 
– Śmierdzę? – powtórzyłem, mrugając kilkukrotnie. – Więc... nie podoba ci się? 
– Zdecydowanie bardziej wolę, jak pachniesz świeżością. Dym... to nie są moje nuty zapachowe – przyznał, uśmiechając się lekko. No tak, czego ja się mogłem spodziewać po Aniele wody? Chociaż, on też nie pachnie tak, jak myślałem, że mógłby pachnieć. Pachnie, jak dom. Jak najsłodsza rzecz na świecie. 
– Będę miał to na uwadze – powiedziałem z zakłopotaniem. Pierwsze, co będę robił po pracy, to zmiana ubrań, i kąpiel, chociażby szybka, by nie śmierdzieć dymem dla niego. – Wiesz... może to posiadanie zwierzątka nie jest takie złe? Nie będziesz samotny. I ja nie będę samotny, kiedy będziesz pracować. 
– A jakie zwierzątko moglibyśmy mieć? – zapytał, wstając wraz ze mną z ziemi. – Psów się... psa bym nie chciał. Kotów tutaj raczej nie ma. I są jeszcze zwierzęta gospodarcze. Nasze opcje są trochę ograniczone. 
– Cóż... to może jakieś właśnie takie niby gospodarcze? Na przykład owieczkę – odpowiedziałem, do mocno zaskoczyło Mikleo. 
– Owcę? Chcesz mieć owcę w domu? – powtórzył, jakby zabrzmiało to jakieś szaleństwo. 
– No... a czemu nie? Owieczki są urocze. Nauczyłbym się ją obcinać, i dzięki temu mielibyśmy wełnę, a to przydatny materiał. Albo jak nie owieczkę... to może królika? To też takie pocieszne stworzonko – proponowałem, nie mając problemu, by było to coś nietypowego. Chociaż w sumie, gdybyśmy w przyszłości założyli taką małą farmę...? Niewielką, dla swoich potrzeb. Wymagałoby to zbudowania małego pomieszczenia na podwórku dla nich... no nic, nad tym będziemy mieć czas pomyśleć. Wpierw zwierzątko, które pomogłoby mu przetrwać tą samotność, kiedy mnie nie ma. 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Byłem naprawdę zachwycony tym małym stworzonkiem. Miękkością jego sierści, cichym mruczeniem, i tymi bystrymi oczami. W moim rodzinnym mieście takich stworzeń nie było. W ogóle było mało takiej natury. Może dlatego też tak bardzo zachwycam się uszkami mojego chłopaka, kiedy to pełnia nie pozwala nad nimi panować? Dodatkowo, ten kotek tutaj był taki miły, chciał się przytulać. Nie każdy kociak lubił, kiedy się go głaskało, a on sam lgnął do moich dłoni. Jakie to było miłe. 
- Ma jakieś imię? - spytałem, unosząc głowę, na chwilę przerywając głaskanie. 
- Nie, nie bawiłam się w takie rzeczy. To po prostu kot, i tyle – odpowiedziała. Z jakiegoś powodu bardzo teraz zabrzmiała jak Haru. Naprawdę, im dłużej ją znam, tym więcej znajdowałem pomiędzy nimi podobieństw. 
- Szkoda. Skoro ma dom, zasługuje na imię – powiedziałem i po tych słowach, niezadowolony kocurek sam wskoczył na moje kolana, domagając się atencji. Zaskoczony chwyciłem go i podniosłem się z klęczek, drapiąc go pod bródką. Czy on nie jest przekochany? 
- Jak masz ochotę, to możesz mu nadać jakieś imię. Ale to po drugim daniu, niedługo je podam – zdecydowała, na co kiwnąłem szczęśliwy głową. W mojej głowie już pojawiło się mnóstwo pomysłów. Od tych bardziej wyszukanych, po takie zwykłe, trochę pospolite. Ten kociak to chyba jeden z najmilszych kociaków, jakie chodzą po tym świecie, w dodatku taki milutki, i kochany, i puchaty... może Racuch? Wygląda takiego Racucha.
- Pójdę w takim razie umyć ręce – odpowiedziałem, odstawiając kociaka na podłogę. 
Znalezienie łazienki nie było trudne. Domek był mały, nie było tu za dużo pomieszczeń; znalazłem ją blisko drzwi wejściowych. Korzystając jeszcze z tego, że widzę swoje odbicie, poprawiłem szybko włosy. Może... może trochę przesadziłem z tym kotem? Zachowywałem się jak zwykły dzieciak. Co ona sobie o mnie pomyśli? Że jestem dziecinny. Że się nie nadaję jako partner dla jej wnuka. Coś jednak czułem, że jak tylko zobaczę jeszcze raz te małe, puchate łapki, to znów się zatracę. Ewidentnie mam słabość do takich słodziaków. 
Kiedy wróciłem do kuchni, on mój chłopak już kończył moją porcję. Gdzie on to wszystko pomieści? Ile on może jeść?Tak właściwie, to trochę straszne. Jak taka studnia bez dnia. Ale czy to oznaczało, że w akademiku się nie najadał? Jak tak sobie pomyślę o tym, ile on jadł tam, a ile je tu, to troszkę się martwię, że tam wręcz się głodzi. To niedobrze. Muszę go pilnować, by zdecydowanie więcej jadał przy mnie. 
Zająłem swoje miejsce i ledwo usiadłem, a na kolana wskoczył mi kocurek, zwijając się w kłębuszek. Jako, że przed chwilą umyłem ręce, już go nie głaskałem, chociaż bardzo miałem ochotę. 
- Stało się coś? - spytałem cicho mojego chłopaka, który miał jakiś taki dziwny wyraz twarz, którego tak nie do końca rozumiałem. Przejadł się, czy chodziło może o coś zupełnie innego?

<Wilczku? C:> 

Od Mikleo CD Soreya

środa, 10 grudnia 2025

|
 Akurat o mnie nie trzeba się martwić. Przyzwyczaiłem się do bycia samemu. Przez długi czas mieszkałem u dziadka, wykonywałem swoje obowiązki, a potem spędzałem czas w pustym domku. Samotność stała się czymś normalnym, cichym towarzyszem, który z czasem przestał mnie dziwić.
Dlatego teraz, choć nie jest to przyjemne, potrafię to znieść. Całe dnie spędzam w ciszy, a wieczorem mój partner wraca z pracy wykończony, ledwo trzyma się na nogach. Wymienimy kilka słów, potem on zasypia. Wiem, że nie robi tego z obojętności, tylko z wyczerpania. Nie mam o to pretensji. Zresztą rzadko mam pretensje o cokolwiek. Najczęściej po prostu milczę i akceptuję to, co się dzieje wokół.
A jednak teraz jest inaczej. Nie potrafię tego zaakceptować. To, co się dzieje, zaczyna mnie denerwować. Nie mówię o tym na głos, ale cały czas zastanawiam się, jak mogę mu pomóc w tej trudnej sytuacji. Wiem, że musi mu być ciężko, więc nie chcę dokładać mu problemów swoimi narzekaniami. Już i tak ma na głowie dość.
- O mnie się nie martw, ja sobie poradzę. W końcu kiedyś to minie, prawda? Jak już nauczysz się fachu, może ten mężczyzna nie będzie aż tak okrutny dla ciebie - Mówiłem z uśmiechem, jak zwykle odsuwając siebie na dalszy plan. Przecież jestem dorosły. Przecież potrafię radzić sobie w trudnych, psychicznie męczących sytuacjach. Przecież zawsze sobie radziłem.
A jednak czasem zastanawiam się, czy to, że zawsze wszystko znoszę w milczeniu, nie jest moją największą słabością.
- W związku nie powinno być tak, że to ty będziesz sobie radzić. Powinniśmy radzić sobie razem. Nie musisz nosić całego ciężaru na swoich barkach - Powiedział spokojnie, a ja wiedziałem, że zaraz dopowie coś więcej. - Wiem, że cały czas mnie nie ma i trudno jest ze mną rozmawiać. Ale obiecuję, że już niedługo uporam się ze wszystkim. Wtedy będę przy tobie, będę twoim wsparciem, każdego dnia i każdej nocy. - Nachylił się i złożył na moim policzku delikatny pocałunek; czułem w nim zmęczenie, ale też szczerość.
- Słuchaj… mnie nic nie grozi - Odpowiedziałem, próbując brzmieć lekko. - Nie będę narzekać. To prawda, jestem tu sam i czasem jest mi po prostu przykro. Szukam sobie na siłę zajęcia i czekam, bo wiem, że to nie będzie trwało wiecznie. W końcu się przyzwyczaisz, nauczysz, a wtedy wszystko będzie już tak, jak powinno. A przynajmniej mam taką nadzieję. - Uśmiechnąłem się do niego, tak szczerze, jak tylko potrafiłem w tamtej chwili. Choć wewnątrz coś ścisnęło mi serce, chciałem, żeby zobaczył właśnie ten uśmiech.
Sorey patrzył na mnie przez dłuższą chwilę w milczeniu, jakby próbował z mojej twarzy wyczytać wszystkie emocje, które we mnie buzowały. W jego spojrzeniu było coś ciepłego, troskliwego, jakby za wszelką cenę chciał się mną zaopiekować, gdy tymczasem to on najbardziej potrzebował opieki i odpoczynku.
Czułem, jak w jego myślach narasta niepokój, niewypowiedziane pytania, jakby bał się, że nie radzę sobie tak dobrze, jak mówię. A ja nie chciałem, żeby się martwił. Nie chciałem być kolejnym ciężarem na jego barkach.
- No już, nie myśl tyle - Powiedziałem cicho, prawie szeptem, żeby nie przerywać delikatnej chwili między nami. - Jest dobrze. Naprawdę. Cieszę się z każdej chwili, którą mamy sam na sam. - Uśmiechnąłem się do niego najpiękniej, jak tylko potrafiłem.

<Pasterzyku? C;>

Od Haru CD Daisuke

|
Czy ten kot naprawdę był słodziutki? Nie byłem przekonany. Może po prostu nie chciałem się z tym zgodzić, bo nigdy nie przepadałem za kotami. Nie potrafię się z nimi dogadać, a już w ogóle nie rozumiem, jakim cudem moja babcia przyjęła jakiegokolwiek futrzaka pod dach. Przez całe życie powtarzała, że kotów nie cierpi, a teraz nagle… proszę bardzo, kot w domu. Naprawdę musiała się czuć samotna, skoro doszło do takiej sytuacji.
- Rozumiem, że samotność potrafi przytłoczyć, ale żeby od razu kot? - Mruknąłem, obserwując, jak ten mały grubasek podreptał w naszą stronę. Oczywiście nie do mnie. Do Daisuke. On tylko wyciągnął dłonie, a kociak od razu zaczął się do niego łasić, jakby znali się od lat.
Jeszcze chwila, a wszystko będzie tu śmierdziało kotem. To ostatnia rzecz, jakiej mi potrzeba. Naprawdę nie lubię kotów. Ich ciche kroki, ich spojrzenia jak z innego świata i to, że nigdy nie wiadomo, co planują. Z Daisuke wszystko było proste, człowiek, jasne zamiary. Kot? Totalna zagadka.
Ale najdziwniejsze było to, że patrząc na tę scenę, poczułem coś, czego nie powinienem. Niby mnie to irytowało, niby chciałem przewrócić oczami, lecz gdzieś głęboko… zrobiło mi się cieplej. Może to przez babcię. Może przez to, jak nagle wydawała się mniej krucha, kiedy kociak ocierał się o jej nogę, jakby chciał powiedzieć: „Jestem tu. Nie jesteś sama.”
A więc jednak, chyba ją lubi a ona lubi go, a więc nie będę psuł tej chwili, skoro każdy jest szczęśliwy tylko nie ja.
Nie chcąc nikomu psuć nastroju, wróciłem do swojego posiłku. Był dobry, najlepszy, jaki pamiętałem. Jedzenie w domu babci zawsze miało w sobie coś więcej niż smak. Było wspomnieniem wszystkich lat spędzonych tutaj, czymś, czego nigdy nie zapomnę i do czego zawsze będę wracać.
- Widzę, że młodzieniec nie jest już głodny, a kot chyba zgarnął całą jego uwagę - Odezwała się babcia, rozbawiona widokiem Daisuke bawiącego się z małym futrzakiem.
Daisuke podniósł wzrok, lekko speszony, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że oderwał się od stołu.
- Ach, przepraszam… ja naprawdę nie mogę. Muszę zrobić sobie przerwę. Zupa jest przepyszna, ale nie potrafię jeść aż tak dużo - Wyjaśnił grzecznie. Po tonie głosu słyszałem, że mówi szczerze, a nie z uprzejmości. Babci widać nie do końca się to podobało, lecz machnęła ręką, odpuściła mu, widząc, że naprawdę był najedzony.
- A to żaden problem. Ja chętnie za niego zjem - Rzuciłem, zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować. Jedzenia zawsze mogłem jeść dużo, może nawet zbyt dużo, a mimo to moje ciało pozostawało idealne. Urok bycia wilkołakiem. Metabolizm jak piecyk chcący tylko więcej drewna.
Babcia kiwnęła głową i wróciła do kończenia swojego posiłku, a mój panicz zupełnie zanurzył się w zabawie z kociakiem.
Patrzyłem na nich kątem oka, on klęczał na podłodze, kot ocierał się o jego dłonie, a w jego oczach było jakieś ciepło, miękkość, której nie widziałem u niego wcześniej. Chyba naprawdę się zauroczył. Kotem, oczywiście.
Jeszcze tylko tego mi brakowało.

<Paniczu? C:> 

Od Soreya CD Mikleo

|
 Jakiś cichy głosik w mojej głowie mówił mi, że Miki miał rację. Że tak to nie może wyglądać. Ale z drugiej, czy miałem jakiś wybór? Musiałem się dopasować, by w końcu móc zacząć normalnie żyć. By zostać zaakceptowanym, co i tak może być trudne przez to, że kocham Mikleo. Może, kiedy w końcu pokażę, że nie różnię się od innych, że jestem dobrym człowiekiem. A jak poznają Mikleo, no to przecież się w nim zakochają. Nie dość, że przecież jest piękny, to i miły, i kochany, i fantastyczny. Tak, on nie będzie miał tak dużych problemów z zaaklimatyzowaniem się, i ze znalezieniem pracy jak ja. Przede wszystkim, jest bardziej utalentowany. Może pracować i w ogrodzie, i w kuchni, i w przychodni, i wszędzie. 
– Przyzwyczaję się. Pod koniec tygodnia już będzie lepiej, a po miesiącu to nie dość, że będę mniej zmęczony, to i będę więcej umiał, i będzie lepiej – powtórzyłem jak mantrę, by uspokoić i siebie, i jego. – Już teraz umiem trochę więcej. Co prawda, Jorn nie mówi tego na głos, ale jestem pewien, że idzie mi dobrze. Trochę mniej dzisiaj na mnie krzyczał... dzisiaj coś dziwnego się stało, bo jak mi pokazywał te nowe rzeczy, było nawet miło. Był trochę taki szorstki, ale tak wiesz, normalnie szorstki. Raz mnie nawet pochwalił. I po tym, jak mnie pochwalił, nagle zamarł, i po tym był tylko gorszy. Jakby sobie przypomniał, że ma być dla mnie niemiły – podzieliłem się z nim swoją małą historią, tuląc się do niego. Jak on pięknie pachniał... mój słodziaczek. Ja to przy nim muszę się dopiero miernie prezentować. W kuźni... w kuźni pachniało bardzo specyficznie. Tak właściwie, mnie się ten zapach nawet podobał, ale przy nim to pewnie wręcz śmierdzę. Znaczy, na pewno śmierdzę, chociażby potem, jednak tam trochę gorąco jest. 
– To... ciekawe – podsumował, delikatnie marszcząc brwi. 
– Może... może to jego jakiś test? Czy mi się uda to przetrwać? A jak przetrwam, to znaczy, że się nadaję? To ciężka praca, i może chce sprawdzić moją siłę charakteru? – zaproponowałem, chcąc jakoś wyjaśnić jego surowe zachowanie. Przy pierwszym poznaniu wydawał się być surowy, wycofany, ale nie.. Nie taki, jaki teraz jest. 
– Na pewno są lepsze sposoby niż znęcanie się nad tobą – mruknął niezadowolony. 
– Od razu znęcanie, jestem tylko trochę zmęczony. To nie jest od razu takie złe. A gdybym szybciej pojmował te rzeczy, których to mnie uczy, to nawet bym miał czas na przerwę – powiedziałem lekko, starając się znaleźć pozytywy. To wszystko przez to, że tak wolno się uczę. 
– Jak będziesz czuł, że jesteś na granicy, zrezygnuj, proszę. Twoje zdrowie jest w końcu najważniejsze – powiedział niby spokojnie, ale też wyczułem zmartwienie w jego głosie. Ależ oczywiście, że się będzie martwił. Taki kochany aniołek, to oczywiście, że się będzie martwił.
– Na razie jest dobrze. Martwi mnie tylko to, że tak długo jesteś sam – przyznałem, poprawiając jego włosy, które dzisiaj zostawił rozpuszczone. Ależ bym się nimi zajął, gdyby miał dłuższe włosy... 

<Owieczko? c:>

Etykiety