Od Soreya CD Mikleo

środa, 17 grudnia 2025

|
 Trzymałem go blisko siebie, chcąc mu dać moje wsparcie. W końcu, nie był tu sam, i nie był zapewne jedyną osobą tutaj, która się boi burzy. Nie ma się czego wstydzić, ani bać. Jestem tuż obok niego, by ochronić go przed każdym złem tego świata. Nie wiem, jak miałbym sobie poradzić z burzą, nie mam na nią absolutnie żadnego wpływu... Ale mógłbym przyjąć na siebie piorun, jeśli byłaby taka możliwość. Dla niego wszystko, nawet jeśli miałbym umrzeć. Bez wahania przyjąłbym na siebie każdy cios. 
– W końcu – powiedziałem zadowolony, wchodząc do środka naszego domku. – Zaraz się przebiorę i... O, jesteś wspaniały – odezwałem się, kiedy Mikleo jednym ruchem dłoni pozbył się wody ze mnie, i z siebie samego. 
– To nic takiego – uśmiechnął się lekko, i zaraz potem zamarł. Kolejny huk, kolejny grzmot. 
– Już zakrywam okna. Pójdziemy zaraz do łóżka, nakryjemy się kołdrą, ukryjesz się w moich ramionach i to przeczekamy – powiedziałem, szybko podchodząc do pierwszego okna, by je dobrze zakryć, tak, by nie było widać tych wszystkich błysków. 
Mikleo nie oponował. On od razu skierował się do łóżka, a ja wszystko pozakrywałem i wróciłem do niego. Bez żadnych słów wszedłem pod koc, a Mikleo od razu schował głowę w moich ramionach. Trwaliśmy w ciszy, dopóki burza nie minęła. Grzmoty ucichły dopiero po godzinie, chociaż deszcz dalej padał. Ciekawe, kiedy przestanie. Znaczy, mnie on nie przeszkadzał, ale ja tam wolę, kiedy ładnie świeci słońce, i jest ciepło, i miło. A tak? Nigdzie nie wyjdziemy. Znaczy, on może, ale ja już nie. Niestety, chociaż bym bardzo chciał. Zaraz jednak bym chyba umarł na tym deszczu, to nie jest przyjemny, wiosenny deszczyk, tylko paskudna, zimna ulewa. Brr.
– Chyba już koniec – odpowiedziałem, nie pewnie wychylając kołdrę spod koca. 
– Chyba tak... W końcu. Przepraszam, ja po prostu... nie panuję nad sobą, kiedy słyszę te grzmoty – przyznał cicho, chyba zawstydzony swoim strachem. Jakby miał się czego wstydzić. 
– Nic się nie stało, Owieczko. To nic złego. Każdy się czegoś boi, tak? To normalne. Nie wmawiaj sobie, że to coś złego – powiedziałem ciepło, czule, po czym ucałowałem go w skroń. Był on strasznie przybity... powinienem jakoś poprawić mu humor. – Masz ochotę na gorącą czekoladę? – zaproponowałem, uśmiechając się znacząco. 
– Jak w takim tempie będziemy ją pić, to bardzo szybko się skończy – zauważył, ale ja się tym nie przejąłem. 
– To kupię znów kolejną porcję. Mam dostawać tygodniówki, więc jeszcze troszeczkę i będę miał troszkę gotówki. 
– A może... może coś upichcimy? – zaproponował, co mnie zaskoczyło. Upiec? Miał ochotę na jakieś ciasto? Babeczki? W sumie, to też słodkie, i może mu poprawić humor. 
– Możemy coś upiec... ale ja nie wiem, co. I jak. Nie potrafię, nigdy nic nie piekłem, więc jak ja będę w to zaangażowany, to jest wielkie prawdopodobieństwo, że może się zakończyć to fiaskiem – przyznałem zgodnie z prawdą, od razu go na wstępnie ostrzegając, żeby się nie spodziewał po mnie wielkich rzeczy. 

<Owieczko? c:>

Etykiety