Akurat o mnie nie trzeba się martwić. Przyzwyczaiłem się do bycia samemu. Przez długi czas mieszkałem u dziadka, wykonywałem swoje obowiązki, a potem spędzałem czas w pustym domku. Samotność stała się czymś normalnym, cichym towarzyszem, który z czasem przestał mnie dziwić.
Dlatego teraz, choć nie jest to przyjemne, potrafię to znieść. Całe dnie spędzam w ciszy, a wieczorem mój partner wraca z pracy wykończony, ledwo trzyma się na nogach. Wymienimy kilka słów, potem on zasypia. Wiem, że nie robi tego z obojętności, tylko z wyczerpania. Nie mam o to pretensji. Zresztą rzadko mam pretensje o cokolwiek. Najczęściej po prostu milczę i akceptuję to, co się dzieje wokół.
A jednak teraz jest inaczej. Nie potrafię tego zaakceptować. To, co się dzieje, zaczyna mnie denerwować. Nie mówię o tym na głos, ale cały czas zastanawiam się, jak mogę mu pomóc w tej trudnej sytuacji. Wiem, że musi mu być ciężko, więc nie chcę dokładać mu problemów swoimi narzekaniami. Już i tak ma na głowie dość.
- O mnie się nie martw, ja sobie poradzę. W końcu kiedyś to minie, prawda? Jak już nauczysz się fachu, może ten mężczyzna nie będzie aż tak okrutny dla ciebie - Mówiłem z uśmiechem, jak zwykle odsuwając siebie na dalszy plan. Przecież jestem dorosły. Przecież potrafię radzić sobie w trudnych, psychicznie męczących sytuacjach. Przecież zawsze sobie radziłem.
A jednak czasem zastanawiam się, czy to, że zawsze wszystko znoszę w milczeniu, nie jest moją największą słabością.
- W związku nie powinno być tak, że to ty będziesz sobie radzić. Powinniśmy radzić sobie razem. Nie musisz nosić całego ciężaru na swoich barkach - Powiedział spokojnie, a ja wiedziałem, że zaraz dopowie coś więcej. - Wiem, że cały czas mnie nie ma i trudno jest ze mną rozmawiać. Ale obiecuję, że już niedługo uporam się ze wszystkim. Wtedy będę przy tobie, będę twoim wsparciem, każdego dnia i każdej nocy. - Nachylił się i złożył na moim policzku delikatny pocałunek; czułem w nim zmęczenie, ale też szczerość.
- Słuchaj… mnie nic nie grozi - Odpowiedziałem, próbując brzmieć lekko. - Nie będę narzekać. To prawda, jestem tu sam i czasem jest mi po prostu przykro. Szukam sobie na siłę zajęcia i czekam, bo wiem, że to nie będzie trwało wiecznie. W końcu się przyzwyczaisz, nauczysz, a wtedy wszystko będzie już tak, jak powinno. A przynajmniej mam taką nadzieję. - Uśmiechnąłem się do niego, tak szczerze, jak tylko potrafiłem w tamtej chwili. Choć wewnątrz coś ścisnęło mi serce, chciałem, żeby zobaczył właśnie ten uśmiech.
Sorey patrzył na mnie przez dłuższą chwilę w milczeniu, jakby próbował z mojej twarzy wyczytać wszystkie emocje, które we mnie buzowały. W jego spojrzeniu było coś ciepłego, troskliwego, jakby za wszelką cenę chciał się mną zaopiekować, gdy tymczasem to on najbardziej potrzebował opieki i odpoczynku.
Czułem, jak w jego myślach narasta niepokój, niewypowiedziane pytania, jakby bał się, że nie radzę sobie tak dobrze, jak mówię. A ja nie chciałem, żeby się martwił. Nie chciałem być kolejnym ciężarem na jego barkach.
- No już, nie myśl tyle - Powiedziałem cicho, prawie szeptem, żeby nie przerywać delikatnej chwili między nami. - Jest dobrze. Naprawdę. Cieszę się z każdej chwili, którą mamy sam na sam. - Uśmiechnąłem się do niego najpiękniej, jak tylko potrafiłem.
<Pasterzyku? C;>