Czy ten kot naprawdę był słodziutki? Nie byłem przekonany. Może po prostu nie chciałem się z tym zgodzić, bo nigdy nie przepadałem za kotami. Nie potrafię się z nimi dogadać, a już w ogóle nie rozumiem, jakim cudem moja babcia przyjęła jakiegokolwiek futrzaka pod dach. Przez całe życie powtarzała, że kotów nie cierpi, a teraz nagle… proszę bardzo, kot w domu. Naprawdę musiała się czuć samotna, skoro doszło do takiej sytuacji.
- Rozumiem, że samotność potrafi przytłoczyć, ale żeby od razu kot? - Mruknąłem, obserwując, jak ten mały grubasek podreptał w naszą stronę. Oczywiście nie do mnie. Do Daisuke. On tylko wyciągnął dłonie, a kociak od razu zaczął się do niego łasić, jakby znali się od lat.
Jeszcze chwila, a wszystko będzie tu śmierdziało kotem. To ostatnia rzecz, jakiej mi potrzeba. Naprawdę nie lubię kotów. Ich ciche kroki, ich spojrzenia jak z innego świata i to, że nigdy nie wiadomo, co planują. Z Daisuke wszystko było proste, człowiek, jasne zamiary. Kot? Totalna zagadka.
Ale najdziwniejsze było to, że patrząc na tę scenę, poczułem coś, czego nie powinienem. Niby mnie to irytowało, niby chciałem przewrócić oczami, lecz gdzieś głęboko… zrobiło mi się cieplej. Może to przez babcię. Może przez to, jak nagle wydawała się mniej krucha, kiedy kociak ocierał się o jej nogę, jakby chciał powiedzieć: „Jestem tu. Nie jesteś sama.”
A więc jednak, chyba ją lubi a ona lubi go, a więc nie będę psuł tej chwili, skoro każdy jest szczęśliwy tylko nie ja.
Nie chcąc nikomu psuć nastroju, wróciłem do swojego posiłku. Był dobry, najlepszy, jaki pamiętałem. Jedzenie w domu babci zawsze miało w sobie coś więcej niż smak. Było wspomnieniem wszystkich lat spędzonych tutaj, czymś, czego nigdy nie zapomnę i do czego zawsze będę wracać.
- Widzę, że młodzieniec nie jest już głodny, a kot chyba zgarnął całą jego uwagę - Odezwała się babcia, rozbawiona widokiem Daisuke bawiącego się z małym futrzakiem.
Daisuke podniósł wzrok, lekko speszony, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że oderwał się od stołu.
- Ach, przepraszam… ja naprawdę nie mogę. Muszę zrobić sobie przerwę. Zupa jest przepyszna, ale nie potrafię jeść aż tak dużo - Wyjaśnił grzecznie. Po tonie głosu słyszałem, że mówi szczerze, a nie z uprzejmości. Babci widać nie do końca się to podobało, lecz machnęła ręką, odpuściła mu, widząc, że naprawdę był najedzony.
- A to żaden problem. Ja chętnie za niego zjem - Rzuciłem, zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować. Jedzenia zawsze mogłem jeść dużo, może nawet zbyt dużo, a mimo to moje ciało pozostawało idealne. Urok bycia wilkołakiem. Metabolizm jak piecyk chcący tylko więcej drewna.
Babcia kiwnęła głową i wróciła do kończenia swojego posiłku, a mój panicz zupełnie zanurzył się w zabawie z kociakiem.
Patrzyłem na nich kątem oka, on klęczał na podłodze, kot ocierał się o jego dłonie, a w jego oczach było jakieś ciepło, miękkość, której nie widziałem u niego wcześniej. Chyba naprawdę się zauroczył. Kotem, oczywiście.
Jeszcze tylko tego mi brakowało.
<Paniczu? C:>