Na moich ustach niemal natychmiast pojawił się uśmiech. Tak naprawdę chodziło mi po głowie po prostu upichcenie czegoś ciepłego, bardziej gotowanie niż pieczenie. Skoro jednak sam zaproponował pieczenie, uznałem, że nie będę wyprowadzał go z błędu. Wręcz przeciwnie, zachęcę go do upieczenia jakiegoś ciasta.
Oczywiście doskonale wiedziałem, że nie zrobi tego sam. I równie dobrze wiedziałem, że będzie potrzebował mojej pomocy. A właściwie… to ja będę gotował i piekł, a on po prostu będzie mi towarzyszył i pomagał w drobnych rzeczach. Uznałem, że to najlepsze możliwe rozwiązanie i dla niego, i dla mnie.
- Tak - Odezwałem się po chwili. - Możemy ugotować dla ciebie zupę warzywną i upiec ciasto czekoladowe. Oboje na pewno chętnie je zjemy. Ty lubisz czekoladę, ja lubię czekoladę, więc to chyba całkiem dobry pomysł, prawda? - Zaproponowałem to głównie dlatego, że miałem przeczucie, iż ma już serdecznie dość jedzenia samego pieczywa. Suche, nijakie zupełnie nieodpowiednie na obiad. Zupa wydawała się idealnym rozwiązaniem. Oczywiście pod warunkiem, że będzie musiał mi przy niej pomóc.
- To doskonały pomysł… - Przyznał, po czym zawahał się. - Ale żeby ci nie przeszkadzać, może lepiej usiądę gdzieś w kącie i popatrzę? Nie chciałbym zmarnować żadnych produktów. Wiesz, są drogie… A ja nie chcę być dodatkowo problemem - Stwierdził to z wyraźnym wyrachowaniem, próbując zabezpieczyć się na wszelkie możliwe sposoby, by przypadkiem nie zostać wciągniętym do pracy.
- Ależ oczywiście, że… - Zacząłem, po czym urwałem i uśmiechnąłem się znacząco. - …Nie. Masz mi pomóc. Zrobimy zupę razem. Ja będę wszystkim kierował, a ty będziesz wykonywał to, co ci powiem. Będę mówił, co robić i jak robić, żeby było dobrze.
Zapewniłem go, po czym chwyciłem jego dłoń i delikatnie, ale stanowczo pociągnąłem w stronę kuchni.
Gdy podeszliśmy do blatu, od razu wyjąłem wszystkie najpotrzebniejsze składniki: kalafior, ziemniaki, cebulę, marchewkę, fasolkę szparagową i groszek. Ułożyłem je obok siebie, jakby samo to miało dodać mi kulinarnej pewności siebie.
- Jeśli mógłbyś obrać cebulę i marchewkę, byłoby świetnie - Zaproponowałem z łagodnym uśmiechem. - Ja zajmę się ziemniakami. - Podałem mu wybrane warzywa, dając jasno do zrozumienia, że tym razem nie ma już odwrotu.
Sorey kiwnął głową, wciąż nieco niepewnie, po czym zabrał się za obieranie marchewki i cebuli. Robił to ostrożnie, jakby każde kolejne pociągnięcie obieraczki wymagało od niego pełnego skupienia. W tym czasie ja zająłem się ziemniakami, obierałem je sprawnie i kroiłem na równe kawałki, po czym wrzucałem wszystko do garnka, doskonale wiedząc, co robię i w jakiej kolejności. Chciałem przygotować mu pyszną, sycącą zupę, taką, którą zje z przyjemnością i bez pośpiechu.
- Obrałem… co teraz? - Dopytał po chwili.
W jego głosie wyraźnie słychać było niepewność. Czy naprawdę aż tak bardzo przerażało go krojenie i obieranie? Przecież nie było to nic trudnego. Najbardziej skomplikowane czynności i tak brałem na siebie, jemu zostawiałem te prostsze, właśnie po to, by mógł spróbować, ale jednocześnie nie czuł lęku ani presji związanej z tym, że mógłby czegoś nie umieć.
- Możesz pokroić marchewkę i cebulę w kostkę, a potem wrzucić wszystko do garnka - Zaproponowałem spokojnie.
Podszedłem bliżej i pokazałem mu, jak powinien trzymać nóż i w jaki sposób kroić warzywa, by było mu wygodniej i bezpieczniej. - Nie muszą być idealnie równe - Dodałem z lekkim uśmiechem. - Ważne, żeby kawałki były mniej więcej tej samej wielkości. Reszta naprawdę nie ma znaczenia. - Chciałem, żeby wiedział, że nie oczekuję perfekcji. Liczyło się tylko to, że próbuje.
<Pasterzyku? C:>