Od Soreya CD Mikleo

środa, 24 grudnia 2025

|
 No tak, jemu było łatwo to wszystko mówić. A ja... byłem beztalenciem, jak chodzi o gotowanie. Przecież ja nawet nie kroję, ja rąbię i mam nadzieję, że coś z tego wyjdzie. Zupełnie inaczej się gotuje, kiedy gotuję sobie, bo wtedy może to wyglądać okropnie, niechlujnie, ale smakować wspaniale. Ale jak gotuję też dla niego? Wtedy chcę, by wszystko było idealne, bo on to będzie jadł. Tylko, jak mam to zrobić idealnie, skoro nie potrafię nawet normalnie pokroić cebuli? I jeszcze ten jej zapach... jak lubię nawet cebulę, jej smak się znaczy, tak nie cierpię jej obierać, i kroić. Oczy tak bardzo szczypią, i zaraz się płakać chce... nie, nie, ja się w to nie bawię. Znaczy, teraz się bawię, ale to specjalnie dla niego. 
– No... dobra – powiedziałem cicho, niepewnie zabierając się do roboty. Tak jak myślałem, szło mi paskudnie. Okropnie wręcz. – Jakie to paskudne jest – mruknąłem niezadowolony, obserwując moje dzieło. 
– Daj spokój. Warzywa jak warzywa. Faktycznie, trochę krzywe, ale przecież finalnie i tak wylądują w zupie, tak? Zresztą, z każdym kolejnym ruchem noża jest coraz lepiej – dodał, po czym ucałował mnie w policzek. – I nie narzekaj, tylko krój. Jak zupa się będzie gotować, zabierzemy się od razu za ciasto. 
– No przecież kroję – mruknąłem cicho, pochylając głowę z powrotem. 
Wszystko to szło mi trochę kulawo i miernie... ale w końcu pokroiłem to wszystko. A później znów musiałem kroić kolejne warzywa. I kolejne. A później to wszystko wrzucić, i mieszać, i pilnować... a Miki w tym czasie zabrał się za ciasto. Łapałem się na tym, że wzrok uciekał mi w jego stronę. Jak dodaje te wszystkie składniki do miski, miesza je energicznie, przekłada do foremki... I to wszystko tak z głowy? On taki przepis zapamiętał? Czy tak te proporcje sam wymyśla? Nieważne, która z tych opcji, i tak podziwiam. Nie ma mowy, że wymyśliłbym jakiś własny przepis, jestem na to za głupi. A żeby zapamiętać jakiś trudny przepis? Do tego się tym bardziej nie nadaję. 
– I ciasto się piecze, a zupa gotowa. Przygotuję miski, nalejesz nam zaraz – stwierdził, znów kręcąc się po kuchni. Miałem wrażenie, że... sam nie wiem. Że świetnie się bawił? Ciężko mi było stwierdzić tylko, dlaczego. Czy to przez, co robił, czy może przez to, że robiliśmy to razem, chociaż, ja tam za bardzo przy cieście nie pomagałem. Czasem troszkę zamieszałem, kiedy on nie miał siły, i nastawiłem piekarnik, i to wszystko, zgodnie z jego poleceniami. Gdyby nie on, nic z tego by nie wyszło. 
Mieszając po raz ostatni zupę zerknąłem przez okno. Deszcz w ogóle nie utracił na sile, od tej ściany wody i ciemnych chmur w naszym małym domku było strasznie ciemno jak na to, że było wczesne popołudnie. Trzeba będzie rozpalić jakieś świeczki. W sumie, ja tam przy ogniu mogę siedzieć, płomienie mnie zawsze w jakiś sposób uspokajały i fascynowały. 
– Na pewno nie będziesz chciał później wyjść na dwór? Wygląda jak pogoda idealna dla ciebie – zaproponowałem, kiedy przyszedł do mnie z dwoma miskami. Ja oczywiście odpadłem, na moje było tam za zimno, i mokro, ale jak on ma się lepiej poczuć tam beze mnie, to jak najbardziej powinien. 

<Owieczko? c:>

Etykiety